Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]
Chłodny poranek | Dzieci się bawią, a kobiety pracują | Jak żyją Hmongowie | Tradycja i "nowoczesność" | Niesamowite tarasy ryżowe | Wracam do Sa Pa
Nawet nie zmarzłem. Koc elektryczny spisał się na medal. Mokre pranie, które rozłożyłem obok siebie, także wyschło. W hotelu jeszcze cicho. Niestety, znów nad ranem wyłączyli prąd i nie mogę zagrzać sobie wody na kawę. Schodzę do hallu i witam się z burdelmamą i resztą prostytutek odpoczywających na sofach. Przykucam i wyciągam otwarte dłonie ku wygasłemu już palenisku, z którego wciąż bije przyjemne ciepło. Uzgadniam, że mogę zostawić rzeczy w pokoju do wieczora i ruszam w kierunku doliny Ta Van.
Jest chłodny ranek, a powietrze wilgotne. Martwi mnie mgła zasnuwająca świat. Jednak kiepska pogoda nie zraża ani mnie ani innych do turystycznej aktywności. Oto przed "lepszym" hotelem usytuowanym na urwisku gromadzi się grupa turystów z Japonii w oczekiwaniu na przyjazd busa, który zawiezie ich do etnicznych wiosek. Zmarznięci przytupują nogami. O, jakże zabawnie wygląda druciany napis „Sapa View Hotel” na tle mlecznobiałego krajobrazu…
Mój cel – wioska Ta Van – jest oddalony o kilkanaście kilometrów. Idąc prostą asfaltową drogą spotykam kolorowo ubrane kobiety narodowości Hmong. Wyłaniają się niespodziewanie z gęstej mgły jak duchy. Idą szybko, w milczeniu, niosąc do miasta swoje towary w plecionych koszach zawieszonych na plecach. Kosze te, zwane kawm, są wyplatane z bambusa lub palmy rotangowej (Calamus rotang) i co niezwykłe – plecionkarstwem zajmują się głównie mężczyźni.
Za zakrętem zatrzymuję się gwałtownie, dostrzegając budkę strażniczą, w której pobierane jest myto za wstęp do wioski. Zawracam i jakieś sto metrów wcześniej skręcam w boczną drogę. Prowadzi nieco pod górę, równolegle do szosy. We mgle zaścielające dolinę nie widzę dobrze budki strażników, ale słyszę hamujące busy i głosy mężczyzn. Droga którą podążam przeradza się w dróżkę, a później w ścieżkę, mijam od czasu do czasu uśpione zabudowania. Mój chiński kapelusz głęboko nasadzony na oczy i kamizelka z kieszonkami upodabniają mnie – jak sądzę – do miejscowych. Tylko ten wzrost! Po 30 minutach przechodzę przez jakieś podwórka i zniżam się do głównej drogi. Zastanawiam się, ile jeszcze takich posterunków dziś napotkam. Na razie droga jest prosta.
Mgła nieco się podniosła, widzę dolinę po prawej stronie. Jej zbocza i dno zamieniono na tarasy ryżowe. Tu, w górach północnego Wietnamu, wiosna przychodzi dużo później niż w delcie Mekongu. Pola są więc jeszcze niezaorane, a ryż nieposadzony. Szkoda, bo najpiękniej okolica wygląda, gdy ryż już podrośnie i cieszy oczy soczystą zielenią. Powiedzieć, że wioski, które mijam są biedne i zaniedbane, to nic nie powiedzieć. Są w tragicznym stanie. Parterowe chaty posadowione na kamiennej, omszałej podmurówce z kamieni polnych kryte są często strzechą lub blachą falistą. Obejście jest nieuporządkowane, wszędzie walają się rupiecie. Przy niektórych domostwach spotykam wielkie, metrowej wysokości kamienne lub raczej gliniane dzbany. Instalacje wodociągowe doprowadzone do nich wskazują, że służą one do gromadzenia deszczówki.
Przy jednym z domów spotykam grupkę dzieciaków; mają trzy do sześciu lat. Bawią się w swoim towarzystwie, nigdzie nie dostrzegam opiekunów lub rodziców. Ubrane są więcej niż skromnie: jeden z dzieciaków ma kalosze, reszta jakieś sandały. Ubrane są w ponaciągane swetry lub długie, zbyt obszerne kurtki – zapewne po starszym rodzeństwie. Dzieciaki są wysmarowane błotem, znalazły sobie bowiem zabawę polegającą na zjeżdżaniu na tyłku z metrowej hałdy ziemi przykrytej jakąś folią. Gdy się zbliżam, dzieci przerywają na chwilę zabawę, patrzą z zainteresowaniem na mnie. Witam się z nimi po polsku, coś mi odpowiadają po swojemu. Pozują jeszcze do zdjęcia, a po chwili wracają do swoich zajęć.
Przy kolejnej krzyżówce spotykam kilka kobiet w czarnych czy też ciemnogranatowych ubiorach. Dwie z nich zajmują się pozyskiwaniem włókien z konopi. Wiązkę wysuszonych roślin mają przełożoną przez ramię, ujmują pojedyncze źdźbło i paznokciami je rozwłókniają. Niektóre z kobiet trzymają na plecach plecione koszyki, ale to, co mnie dziwi, to różnorodność nakryć głowy. Przecież każda grupa etniczna, a nawet każda wioska ma swoje własne kolory i sposoby upinania chust na głowie. A tu widzę kobiety jakby z różnych wiosek. Zostawiam tę obserwację bez dalszych dociekań i dochodzę do skraju szerokiej doliny.
Mgła podniosła się wyżej, ale wciąż szczyty gór kryją się w mlecznym tumanie. Tu, w dole, z mgły wyłaniają się pola ryżowe. Pokrywają całe dno doliny a na jej zboczach tworzą tarasy. Jedno ze wzgórz na wprost mnie ma charakterystyczny, nieregularny kształt i parę domostw na szczycie. Przez dłuższą chwilę zachwycam się urozmaiconymi, falistymi liniami tarasów je pokrywających.
Dochodzę do centrum wioski. Tu spotykam więcej osób – a precyzyjnie mówiąc – głównie kobiet należących do kilku grup etnicznych, sądząc po wyglądzie. Niektóre mają chusty w tonacji zielonej, inne założyły purpurowe chusty, ale najbardziej interesujące są kobiety z plemienia Red Yao, które przystroiły się jednobarwnymi czerwonymi chustami upiętymi na głowie w coś podobnego do turbanu. Z tylnej części chusty zwisają czerwone frędzle, a brzeg chusty dekorowany jest koralikami i monetami. Wiele ze spotkanych kobiet niesie kosz z obowiązkową parasolką, a na ramieniu trzyma niewielką haftowaną torbę.
Właśnie nadjeżdża biały bus z turystami i zatrzymuje się opodal. W ciągu kilku sekund zostaje otoczony przez tłum Wietnamek, które wykrzykują coś po swojemu, wyciągają ręce do jeszcze zamkniętych okien w pojeździe. Zaczyna się handlowanie i sprzedaż pamiątek. Mogę się tylko domyślać, że samochód nieprzypadkowo zatrzymał się w tym miejscu, a sceny te są odgrywane wielokrotnie w ciągu dnia i przez cały rok.
Ruszam dalej. Dolina rzeki Mường Hoa rozszerzyła się, przystaję na chwilę, by ogarnąć fascynującą panoramę. Dno doliny pokryte jest polami ryżowymi. Tarasy nie wznoszą się zbyt wysoko, nie spinają na odległe zbocza. O tej porze roku tworzą układ stawów rozdzielonych półmetrowymi pasami zieleni. Nie ma tu umowy o regularnych kształtach, co przy słabo zmechanizowanej uprawie, która odbywa się tu od setek lat nie ma większego znaczenia. Krawędzie pól poprowadzone są, po prostu, wzdłuż poziomic.
W kolejnym przysiółku, w którym zatrzymało się już parę busów, napotykam zorganizowaną grupę turystów. Odwiedzają jedno z domostw, w którym urządzono skromne „muzeum” z pokazowym warsztatem tkackim i napoczętą tkaniną. Korzystając z zamieszania wślizguję się za nimi do środka. Maszyna tkacka jest niewielka, można na niej wytwarzać jedynie szale. Bez wątpienia ten model od lat jest nieużywany. W tej chwili nie ma w tkalni nikogo, lokalni przewodnicy oprowadzają grupkę turystów po innych pokojach. Po chwili i ja się udaje ich śladem. W sąsiednim pomieszczeniu znajduje się kuchnia. Duże palenisko o półtorametrowej średnicy wykonane jest z kamieni i gliny. Umieszczono na nim wielki „wok” służący zapewne do przyrządzania lokalnej potrawy thắng cố – tradycyjnego gulaszu. Obok znajduje się mniejsze palenisko z żelaznym rusztem i wielkim, pokrytym sadzą, czajnikiem. Poza tą prymitywną kuchnią i kilkoma osmolonymi saganami rozstawionymi po kątach w pomieszczeniu nie ma innego wyposażenia. Mieszkańcy tego domu nigdy nie zadbali o sprawną wentylację, brakuje tu komina, najwyraźniej szczeliny w ścianach wykonanych z bambusu są wystarczające. W sąsiednim pokoju widzę pierwszy mebel. To niewielka szafka z dwoma półkami. Na ścianach zawieszono kilka zdjęć, między innymi portret Ho Chi Minha, wycinki z gazet oraz kilka dyplomów zapewne wręczonych gospodarzom w uznaniu ich rękodzielniczych wyrobów. Dostrzegam również kilka gotowych pasów szerokich na kilkanaście centymetrów wzorzystych pasów. Dziwnie się czuję w tym niby skansenie, gdyż całość sprawia wrażenie zaniedbania i przypadkowości. Obok niewątpliwie starych eksponatów, takich jak palenisko, krosno tkackie i stojący pośrodku stół sklecony z nieheblowanych desek, umieszczono wentylator elektryczny (co prawda starego typu) i kuchenkę elektryczną.
Ruszam w dalszą drogę. Przechodzę na drugą stronę rzeczki przez kołyszący się most linowy i wędruję dalej przez wioskę. Widoki są naprawdę smutne. Chociaż można dostrzec pewien zmysł estetyczny u wieśniaków wyrażający się w ozdobnych drewnianych elementach balkonów, to nie widać zamiłowania o zadbania o swoje otoczenie. Całość przypomina przedwojenną polską wieś: nieutwardzona droga, obok rów z powoli płynącymi nieczystościami, przechylone płoty obwieszone praniem.
Przechodząc obok jednego z domów, słyszę szum wody i miarowe stukanie. Z ciekawością zaglądam na podwórko, tu odkrywam pracujący stępor wodny – prymitywne urządzenie do rozdrabniania ziaren. Na drewnianej ramie zamontowano ruchomą dwumetrową belkę. Na jej dwóch końcach umieszczono naczynie na wodę i solidny tłuczek. Woda dopływająca z rzeki przez bambusową rurę wypełnia naczynie, w wyniku czego ramię tej prymitywnej maszyny podnosi się, a po opróżnieniu z wody tłuczek uderza w ziarno umieszczone w zagłębionym w ziemi kamiennym saganie. Ten proces rozdrabniania ziarna jest prawdopodobnie mało wydajny i niedokładny, ale w dużym stopniu bezobsługowy. I to jego główna zaleta. Tego rodzaju stępa wodna jest jednym z najstarszych urządzeń do mechanicznego rozdrabniania i łuskania ziaren, a jego historia ma kilka tysięcy lat i sięga początków rolnictwa w Azji, Afryce i Europie.
Bardziej nowoczesną technikę mogę zobaczyć parę kroków dalej. Słysząc warkot jakiejś maszyny, zaglądam na kolejne podwórko. Dźwięki pochodzą z prostej maszyny wyposażonej w silnik elektryczny i służącej do rozdrabniania materiału. Wieśniaczka wsuwa długie łodygi kukurydzy do podajnika, a maszynka rozdrabnia je na paszę dla zwierząt.
Dzień dziś pochmurny, zamglony, można rzec – ponury. Lecz nawet gdyby świeciło pięknie słońce, niewiele by poprawiło przykre wrażenie jakie sprawia wietnamska ulica w tej wiosce. Wszystko wygląda jakby było niedokończone lub zaniedbane. Nieotynkowane domy, stosy kamieni i cegieł, walające się wszędzie śmieci na podwórkach. Po ulicy szwendają się czarne świnie i psy. Z pewnością nie są bezpańskie, po prostu korzystają z darmowego, publicznego wyżywienia, zjadając resztki wyrzucane przez mieszkańców przed domy. Wietnamska wersja przedsiębiorstwa oczyszczania i wywozu śmieci.
Idąc dalej przez wioskę, spostrzegam po raz pierwszy pracującego mężczyznę. I to nie byle jakiego, bowiem to artysta! Trzydziestolatek siedzi przed sklepem z wyrobami dla turystów i rzeźbi w kamieniu. Materiał jest dość miękki, by mógł ryć w nim niewielkim dłutem bez użycia młotka. Robota jest zresztą bardzo precyzyjna, wymagająca skupienia i pewnej ręki. W tej chwili obrabia niewielki kawałek kamienia z naszkicowanym ołówkiem wzorem. Widzę, jak stopniowo powstaje roślinny relief. Efekty jego pracy są fenomenalne i można je zobaczyć w sklepie znajdującym się za jego plecami. Ornamentowane wazy, dzbanki, dzbanuszki, realistyczne figury i figurki przedstawiające ludzi, bogów i zwierzęta są wprost niesamowite. Wśród nich znajduje się olbrzymia waza z równie wielkimi uchwytami. Pokryta jest reliefem przedstawiającym walczące smoki i inne mityczne potwory oraz figurki Buddy i mnichów. Z pewnością wykonanie tego, śmiało można powiedzieć: dzieła sztuki wymagało wielu miesięcy pracy.
Opodal znajduje się szkoła podstawowa (Trường Tiểu Học Tả Van). Na dziedzińcu i na ulicy setka dzieci, zajęcia właśnie się skończyły. Dzieciaki wychodzą ze szkoły roześmiane, dyskutują, wygłupiają się. Wiele dziewczyn ubrało się w stroje "etniczne”. Mają czarne getry lub podkolanówki z zielonym lub niebieskim szlaczkiem, krótkie spodenki lub spódniczkę oraz haftowaną czarną bluzkę z szerokimi rękawami, na głowie zaś – haftowane przepaski. Zamiast tornistrów lub teczek noszą haftowane kolorowe tekstylne torby. Większość uczniów obiera się jednak zwyczajnie – w dżinsowe lub "szmaciane" spodnie, kraciaste, bawełniane koszule oraz sweterki lub kurtki puchowe.
Czas wracać w kierunku Sa Pa. Poruszam się cały czas drogami ponad szeroką doliną rzeki Mường Hoa, której jest zbocza pokrywają niekończące się tarasy pól ryżowych. Z daleka wyglądają jak stopnie wykute w górach przez olbrzyma, lecz z bliska widać, ile pracy wymagało ujarzmienie tego krajobrazu. Każdy taras trzeba było ręcznie wyciąć w zboczu, wyrównać, obudować ziemnym wałem i stale naprawiać po ulewnych deszczach oraz osunięciach ziemi. Tutaj najlepiej widać pomysłowość miejscowych społeczności Hmong, Dao i Giáy, które przez stulecia rozwijały system uprawy ryżu w warunkach niemal całkowitego braku płaskiej ziemi. Woda doprowadzana jest do najwyższych tarasów bambusowymi rurami, kanałami i wąskimi przepustami odprowadzającymi ją stopniowo na coraz niższe poziomy. Jeden taras zasila następny, a cały system działa wyłącznie dzięki grawitacji i precyzyjnie wyprofilowanym groblom. Nawet niewielkie uszkodzenie wału mogłoby pozbawić wody wiele pól położonych niżej*/.
Budowa takich tarasów była procesem liczonym nie w latach, lecz często w pokoleniach. Mogę sobie wyobrazić, jak każda rodzina stopniowo, mozolnie powiększała swoje poletka, odrywając kolejne fragmenty zboczy od górskiego lasu. Praca musiała odbywać się niemal wyłącznie ręcznie – przy użyciu motyk, łopat i pomocy bawołów wodnych. Ale rolnik wietnamski nie mógł na tym poprzestać. O tarasy należało dbać, konserwować i naprawiać. W czasie monsunu nadmiar wody potrafi niszczyć groble i porywać fragmenty pól, natomiast w porze suchej największym problemem staje się jej niedobór. Od sprawności systemu nawadniania zależy tu dosłownie wszystko: plony, zapasy żywności i przetrwanie całych wiosek. I dziś, jak widzę na okolicznych polach ryżowych, wieśniacy wykonują prace ręcznie: oczyszczanie pół zeszłorocznych resztek, naprawianie grobli, później przyjdzie czas na sadzenie młodych pędów ryżu w błocie i żniwa.
W pewnym momencie zatrzymuję się i niemal na głos parskam śmiechem. Bo oto, po drugiej stronie doliny, widzę sznur białych, jednakowych busów pokonujących powoli serpentyny. To białasy, których biura turystyczne dowożą do wiosek etnicznych.
Idę teraz wzdłuż wąskiej, 50-centymetrowej grobli oddzielającej dwa tarasy ryżowe. Przede mną, w odległości 15 metrów powoli idzie chłopka z plemienia Hmong. Na głowie ma chustę w zielonej tonacji, niesie duży wypakowany towarami koszyk. Poruszam się szybciej niż ona, więc po chwili zaczynam ją doganiać. Wówczas kobieta przyspiesza, a w pewnym momencie puszcza się biegiem. Długo później zastanawiam się, czy się mnie przestraszyła, czy też uznała, że nie damy rady wyminąć się na wąskiej ścieżce. Dróżka wkrótce opuszcza otwartą przestrzeń pól ryżowych i zagłębia się w zagajniku bambusowym trawersując zbocze. Las bambusowy wokół jest gęsty rośliny tworzą gąszcz, jak się zdaje, nie do przebycia bez maczety. Po raz pierwszy jestem w takim miejscu. Sal – wilgotny las liściasty monsunowy w Nepalu, subtropikalny wiecznie zielony las monsunowy w okolicach Leshan, czy nawet dipterokarpowy tropikalny las monsunowy, przez który przedzierałem się parę dni temu koło Oudomxay nie były tak gęste**/.
Dochodzę do kolejnego przysiółka. Przekraczam parę razy rzeczkę, przechodząc przez kilka przerzuconych nad nią drewnianych mostków. Jeden z nich nie wzbudza mojego zaufania: to konstrukcja wykonana z lian i bambusa wzmocniona paru drutami. Ostrożnie poruszam się po położonych co kilkadziesiąt centymetrów deskach starając się stopniowo je obciążać. Nie wyglądają na przegnite, ale nigdy nic nie wiadomo. Most się kołysze, więc na chwilę muszę się zatrzymać, by nie wypaść przez nisko położoną poręcz. Co prawda woda jest zaledwie 5 metrów poniżej, lecz nie chciałbym się potłuc o wystające z niej głazy.
Mijają kolejne godziny, jest już 15:00. Ciepło dnia sprawiło, że mgły ustąpiły, a niebo zbłękitniało. W dobrym nastroju zmierzam w kierunku Sa Pa. Cały czas towarzyszą mi w dole pola ryżowe, a ich widok jest naprawdę fascynujący. Tu i ówdzie pracują rolnicy. Porządkują ścierniska, a chaszcze spalają w ogniskach. Pracują w dużych zespołach liczących po kilkanaście osób. Być może skrzyknęli się członkowie kilku rodzin do wspólnej pracy. Parę razy mijam na drodze kobiety niosące w koszach wiązki drewnianych szczap. Zapewne takie wędrówki w poszukiwaniu opału odbywają codziennie. Okolica generalnie jest bezleśna, a drewno jest tu przecie głównym opałem w domowych paleniskach.
Sa Pa. Kupuje sobie jedzonko w jakimś barze i wracam do hotelu po rzeczy. Zostało jeszcze trochę czasu do odjazdu nocnego autobusu, który zawiezie mnie do Hanoi. Czas spędzam szwendając się po ulicach miasteczka.
O 23:00 wsiadam do autobusu. Noc będzie ciężka, gdyż nie udało mi się kupić biletów na autobus sypialny. Do stolicy Wietnamu jest stąd 330 kilometrów.
_________________________________
*/ Parę lat później miałem okazję przyjrzeć się systemowi nawadniania i utrzymywania pól ryżowych na Filipinach. Woda na poziom górnych tarasów doprowadzana była długimi, nawet kilkukilometrowymi korytkami. Budowa tarasów jest swoistym dziełem inżynieryjnym, nie może więc dziwić, że liczące około 2000 lat tarasy ryżowe w okolicach Banaue i stworzone przez lud Ifugao wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO jako część Tarasów Ryżowych Kordylierów Filipińskich.
**/ Wyobrażenie „dżungli nie do przebycia” może być fałszywe. Po południowoamerykańskiej dżungli (tropikalnym wilgotnym lesie równikowym) a nawet na Borneo można poruszać się ze względnie dużą prędkością (0.5–2 km/h). Liany i podszyt blokują miejscami, ale często da się „przeciskać” bez pełnych barier. Gęste bambusowe lasy Indochin są znacznie trudniejsze: bambus tworzy fizyczne bariery, które trzeba wycinać lub obchodzić, co skutkuje zmniejszoną prędkością do 0.2–1 km/h. Nagorzej pod tym względem wypada las mangrowy, w którym każdy krok wymaga testowania podłoża, a gęsta sieć korzeni wystających nad wodą i błoto o półpłynnej konsystencji spowalniają pokonywanie lasu do 0.1–0.5 km/h (czasem prawie 0). Próbkę przedzierania się przez naprawdę trudny teren leśny miałem na Gwadelupie.
Następny dzień  Powrót do Wstępu   Powrót do Strony głównej