Dzień: <[1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]
Nieudany wyjazd do Cu Chi | Przekraczam granicę kambodżańską | | Przeprawa przez Mekong | Phnom Penh
Rano wsiadam do autobusu nr 13 (7000 VND) i po godzinie jazdy jestem w Cu Chi. By dostać się do Dien Diou i zwiedzić podziemne tunele Vietcongu trzeba przesiąść się do kolejnego autobusu. Motocykliści proponują podwiezienie za 7 USD, stanowczo za dużo. A autobus odjedzie dopiero za godzinę. Kalkuluję czas i wychodzi na to, że się przeliczyłem. Mam przecież już kupiony bilet do Phnom Penh i muszę wrócić na czas do Sajgonu. Trudno. Nieco rozczarowany wracam do miasta. Jednak nawet krótkie i niezbyt udane podróże kształcą i zawsze można poznać coś nowego. Oto do autobusu wsiada kaznodzieja, starszy mężczyzna, i monotonnym acz donośnym głosem wygłasza jakieś kazanie. Może opowiada o Andrzeju Trần An Dũng i jego 116 towarzyszach wyświęconych hurtem przez Jana Pawła II dwadzieścia trzy lata temu. Wzrok ma nieobecny, utkwiony gdzieś ponad ludźmi. Zdaje się jego misja katolicka jest trudna, bo Wietnamczycy patrzą na niego z niechęcią, może z lekceważeniem. Mało który bierze od niego propagandowe ulotki. No cóż... Kościół katolicki ma swoje ustalone miejsce w Indochinach, tu w Wietnamie katolików jest około 6 procent i oczywiście nie są tak widoczni w krajobrazie. Dwa lub trzy chrześcijańskie kościoły widziałem do tej pory.
Dojeżdżamy do Ho Chi Minh City. Odwiedzam olbrzymi kryty market, pełen ciuchów, pamiątek i wszelkiego jedzenia. Niestety, bułeczek brak :( Ale są żywe ryby, kraby, langusty i martwe ośmiornice. Kupuję thanh long, czyli pitaję, której biały, czarno kropkowany miąższ tak mi smakował wczoraj. Odświeżam się w hotelu i internetuję w oczekiwaniu na autokar.
Jeszcze w Sajgonie pomocnik kierowcy zbiera paszporty pasażerów. Widzę, że niektórzy nie mają wiz i od nich chce po 25 USD. He he, nie ze mną takie numery, znam cenę wizy! Na granicy (przejście Krong Bavet) szybko przechodzę wietnamską kontrolę paszportową i pokonuję pieszo 200 metrów. Kambodżańskiemu urzędnikowi imigracyjnemu daję zdjęcie na pamiątkę, wypełniam druczek i podaję 20 dolarów. O legendarnym haraczu 1 USD nie było mowy. Jeszcze jeden druczek przy odprawie paszportowej, skanowanie 10 paluchów, stempelek i jestem w Kambodży. Autobus z bagażami po chwili podjeżdża, dołącza do mnie reszta grupy. Ruszamy w dalszą drogę. Do Phnom Penh zostało jeszcze 160 kilometrów. Trochę przysypiam.
Do stolicy Kambodży zostało jeszcze 90 kilometrów. Za oknem monotonny krajobraz. Pola uprawne, bananowce, palmy kokosowe i inne drzewa. Czasem zaczerwieni sie krzak bugenwilii. Wioski niewielkie, przy drodze raczej spotykamy pojedyncze gospodarstwa. Wiekszość z budynków mieszkalnych postawiona jest na palach. Rzecz jasna pale są współczesne, betonowe. To znak, że jesteśmy na terenie zalewowym. Tu życie zapewne toczy się od powodzi do powodzi.
Kolejny przystanek wypada nad Mekongiem. Ma w tym miejscu ¾ kilometra szerokości. Powoli toczy swe szarobure wody. Musimy się załadować na prom.
– Mostu jeszcze tu nie ma – mówi mój sąsiad – zaczną go wkrótce budować.
Rzeczywiście za parę dni rusza wielka inwestycja. Most Neak Loeung (inaczej Tsubasa Bridge) będzie najdłuższym mostem w Kambodży (2.200 metrów) i znacznie usprawni komunikację między Phnom Penh a Miastem Ho Chi Minha.
W stolicy Kambodży zatrzymujemy się na dużym dworcu autobusowym na przedmieściu po zachodniej stronie miasta. Nie, wiem, gdzie mam nocować. Mam w Lonely Planet kilka adresów hoteli, ale nie wyglądają na tanie. A okolica, w której się znajduję nie wygląda na zbyt turystyczną. Zaczepiam jakiegoś mieszkańca i wypytuję o tanie hoteliki. Pokazuje mi ogólny kierunek. Ponoć 15 minut drogi. Ok, ruszam, zobaczymy.
Nocleg znajduję przy bocznej ulicy. Hotelik jest zadbany i jak na moje potrzeby – zbyt elegancki. Jest jednak już wieczór i nie za bardzo chce mi się dalej szukać. Płacę 6 dolarów i dostaję pokój. Z ulga rzucam się do łóżka. Minął właśnie tydzień mojej podróży. Pierwszy tydzień! A ma być ich jeszcze trzy… Cieszę się, że opuściłem Wietnam. Chociaż te dni były bardzo atrakcyjne i wypełnione maksymalnie zwiedzaniem, to poczułem jednak zmęczenie Wietnamczykami. Ich merkantylnym podejściem do turysty. W Egipcie też psioczyłem na konieczność targowania się o wszystko, jednak „negocjacje” z Arabami były zwyczajne, można powiedzieć przyjemne. Sprzedawcy w Egipcie i innych krajach arabskich zawyżają cenę, ale wiedzą, że ją opuszczą, a klient również wie, że targować się trzeba i że jest to tradycja. To przedstawienie, spektakl, w którym bierze udział dwóch aktorów. Na Zakaukaziu, które ostatnio odwiedzałem, targowanie się było również bezproblemowe – może za sprawą łatwej komunikacji po rosyjsku. Tu natomiast, w Wietnamie, chociaż ceny dla turystów były ewidentnie zawyżone, sprzedawcy nie chcieli ustępować. Może niesprawiedliwie lub w sposób wykrzywiony patrzę na temat tutejszego handlowania, w każdym razie ta kwestia wpłynęła na mój stosunek i opinię o kraju i mieszkańcach. Pocieszam się, że w Indochinach mam jeszcze trzy inne państwa do odwiedzenia, zresztą do Wietnamu jeszcze zawitam pod koniec trampingu.
Podliczam jeszcze wietnamskie wydatki. Zostało mi jeszcze 292.000 dongów. Wow!
Następny dzień  Powrót do Wstępu   Powrót do Strony głównej