Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32] [33] [34] [35] [36] [37] [38] [39] [40] [41] [42] [43] [44] [45] [46] [47-48]
Wspaniała droga przez góry | Zmiana klimatu | Dziwne wierzby | Spotkanie z Wielkim Buddą | W Świątyni Wuyou | Gram z Chińczykiem w reversi
Wstaję o wpół do szóstej – budzą mnie hotelowe hałasy. Inna rzecz, że teraz mam sen bardzo czujny i płytki – boję się zaspać na autobus. Doświadczenie mnie uczy, że nie można liczyć na obudzenie przez personel. To także przykład lekceważącego stosunku Chińczyków do innych. Rodzaj braku wyobraźni i odpowiedzialności.
W autobusie do Leshan początkowo pustki, ledwie kilku Skandynawów. Opuszczamy kurortowy Kangding. Mimo brzydkiej zabudowy, tego napakowania hoteli i bloków – obrazków znanych nam z polskich górskich miejscowości – będę z sympatią wspominał to miejsce.
Gdy autobus wyrusza o 7:00 na trasę, jest jeszcze ciemno w dolinie Dadu He. Deszcz na szczęście ustał. Rzeka wcześniej stłamszona w mieście betonowym korytem teraz pokazuje swą potęgę: burzy się i kotłuje na zakolach niosąc swe brudne wody. Wciąż jest zasilana dziesiątkami strumieni i siklawic i cały czas rośnie w siłę. Po półgodzinie opuszczamy dno doliny, i zaczyna się to, co najlepsze. Wznosimy się ponad poziom rzeki o 100... 200... 500 metrów. Niesamowite. To już nie Sokolica i Dunajec. Pod nami i ponad nami płyną chmury, gdzieś w dole skrywa się brązowo-biała nitka rzeki. Nachylenie zboczy często przekracza 50o, czasem są to pionowe skały. Jak te drzewa są w stanie tu rosnąć? Co kilkaset metrów usuwisko na drodze tarasuje przejazd. Autobus co chwilę przyhamowuje i przyspiesza. Ale muszę przyznać, że jakość drogi jest idealna. Widać, że inwestycja jest opłacalna. Później wpadamy w obszar tak gęstej mgły, że kierowca używa non-stop klaksonu.
W przejaśnieniach między chmurami ukazują się odległe pasma górskie. Gdzieś tam jest Gongha Shan święty siedmiotysięcznik. Niestety, niskie chmury uniemożliwiają ujrzenie tej wspaniałej góry. Ale wiem, że tu jest i czują ją ;-)
Przez dobre dwie godziny jedziemy tak w chmurach zachwycając się widokami. Dalej czeka nas kilkukilometrowy tunel i zagłębiamy się w mroczną dolinę rzeki. I znów pionowe niemal zbocza, kropelki wody spadają z niewidocznych w górze skał. Powietrze jest przesycone wilgocią. Autobus pędzi po tych wszystkich wirażach co najmniej 60 kilometrów na godzinę. Wspaniała jazda!
Jesteśmy już na wschodnich stokach Daxue Shan. Tu już zupełnie inny klimat. Ta zmiana dokonała się tak niepostrzeżenie i tak szybko Jeszcze wczoraj po południu oglądaliśmy bezdrzewne, skaliste krajobrazy Tybetu, teraz pojawiły się dziko rosnące bananowce, dynie na poletkach, w ogródkach kwitną storczyki, zbocza przyozdabiają palmy.
Wjeżdżamy do Luding z dużą prędkością trąbiąc na wszystko, co się rusza. Tu po raz pierwszy widzę prawdziwe chińskie riksze napędzane przez pomarańczowo oznakowanych chłopców. I gdy już myślę: koniec zabawy z zakrętami i przełomami, znów wjeżdżamy w wąwóz o kilkusetmetrowych zboczach. Tym razem ściany są dokładnie pionowe. Gdy omijamy kolejne zwalone na jezdnię głazy, zastanawiam się nad prawdopodobieństwem tego, że... no, wiecie...
Ale co mi tam! Gapię się na bujną roślinność i stwierdzam, że już praktycznie nie ma tu roślin występujących w Polsce. No, czasem trafia się coś modrzewiopodobnego, jakieś "klony". Poza tym widzę drzewa o długich liściach podobnych do wierzby, inne mają duże trójpalczaste liście i zielone szypułki. Wszystko obrośnięte powojami. A co zakręt – kilkudziesięciometrowa kaskada wody spadająca po zboczach do rzeki ukrytej w gęstwinie poniżej drogi.
Małgorzata Maniecka wspomina o wielokrotnych kontrolach na tym odcinku jazdy. Mi ani razu się to nie przydarzyło. Owszem, w górach, w okolicach Suiqu było kilka szlabanów, lecz panowie tylko się pozdrawiali. Na granicy prowincji Qinghai i i Syczuan wypełniałem jakąś ankietę, ale bez okazywania dokumentów.
Muszę powiedzieć, że ten 4.5-godzinny przejazd dolinami rzek i te wszystkie nowe widoki poprawiły mi humor. Heh, do czasu! Po posiłku w Ya'an, Chinka – pomocnica kierowcy – zbiera od pasażerów po 10 CNY za przejazd autostradą. Nie powiedziałem jej "sp...", i tak by nie zrozumiała. Rzecz jasna nie zapłaciłem. Skandynawowie – i owszem.
Jedziemy więc autostradą. Pada deszcz, wszystko jest zamglone, wręcz białe. Za oknem pola ryżowe – na takie obrazki z tarasami na zboczach czekałem! Małe poletka rozdzielone są groblami obsianymi rządkiem kukurydzy. Później pojawiają się plantacje herbaty – równe rzędy herbacianych krzewów układają się we wzorki na zboczach. Co prawda to nie Yunnan, ale już te widoki mi wystarczają! Na deser – gaje cytrynowe i brzoskwiniowe.
Dojeżdżamy do Leshan, ponad 3-milionowego miasta. Dużo jest kwiatów, żywopłotów, ozdobnych drzewek, owocowych i wiecznozielonych. Widać, że Chińczycy dbają o zieleń miejską... Na dworcu (później się okaże, ze jest to nowy dworzec, kilka kilometrów na zachód od dworca z mapki Pascala) osaczają mnie rikszarze. Uprzejmie dziękuję. Jadą za mną, obok mnie i przede mną krok w krok. Nie chcę korzystać z ich usług! Polskie przekleństwa nie pomagają. Ostatecznie wsiadam do autobusu #9 i podjeżdżam do Jiading Fandian. Tu poniżej 50 CNY zejść się nie da. W sąsiednim Leshan Jiaoyu Binguan po negocjacjach 80 CNY. Rezygnuję. Biorę rikszę, chudy chłopak zapycha ze mną (i plecakiem) przez pół miasta do Taoyuan Binguan. Chce 2 CNY (80 groszy); mi by się tak nie chciało. Tu w Taoyuan biorę ostatni "ekonomiczny" dwuosobowy pokój za 35 CNY. Brudno i obskurnie, ale tanio. No i dobra lokalizacja – przy przystani stateczków podpływających pod Wielkiego Buddę.
Rejsem nie jestem zainteresowany, wsiadam do autobusu #13 i jadę na drugą stronę rzeki Min He. Wstęp do Da Fo 70 CNY. Byłem na to przygotowany. Chińczycy wypromowali kilka znanych teraz w świecie miejsc i zdzierają forsę. Jest już 17:00, a do oglądnięcia sporo.
Zabytkowy kompleks położony jest na wzgórzach porośniętych gęsto na wpół-tropikalną roślinnością. Deszcz się skończył, ustała nawet mżawka, ale to nie ma znaczenia. Wilgotność powietrza wynosi 100%, upał sprawia, że jestem cały mokry, nie ma mowy o tym, by ubranie i buty wyschły na człowieku. Zewsząd kapie woda, parne powietrze utrudnia oddychanie. Po śliskich schodkach wykutych w czerwonej skale ganiają turyści. Zaglądam do paru mniej ważnych miejsc: kilka grot z postaciami smoków i lwów, sztuczne wodospady udekorowane zielonym gąszczem, twarz Buddy wykuta w czerwonym piaskowcu. Zapędzam się na chwilę ku położonym w cieniu stylowym pawilonom, to jakiś punkt informacyjny, bufet i szalety, ale po chwili wracam na właściwy szlak idąc za grupkami Chińczyków. Oto placyk z ustawionymi barierkami, uniemożliwiający poturbowanie chętnym do oglądania Da Fo. Tłumów na szczęście o tej porze nie ma, jeszcze kilka kroków w kierunku urwiska i... jest! Widzę tylko czubek głowy i zdaję sobie sprawę, że całość musi być ogromna. Przestaję się spieszyć, oglądam dokładnie 1300-letniego Buddę: najpierw prawy profil, włosy, lewy profil... Duży jest! I taki miał być! Nie będę rozczarowany. Schodzę teraz po schodkach do poziomu rzeki. Mijam głowę, tors, rękę, kolano, stopę. Jest na co popatrzeć. Teraz Budda góruje nade mną, jestem liliputem. W małej zatoczce przystaje statek. Pasażerowie stłoczeni przy burcie fotografują pomnik. Ryk silników zmagających się z silnym nurtem Dadu He, by utrzymać statek w jednym miejscu psuje nastrój.
Schody prowadzą teraz wzdłuż brzegu wykutą w skale galerią. Czuję, że się rozpływam, nie mam niestety czasu na odpoczynek. Zaglądam do kolejnych obiektów, małych i dużych świątyń, pieczar i starożytnych grobowców (Mahaoya Mu Bowuguan). Znaleziska są ładnie wyeksponowane i opisane, lecz cóż z tego? Pot zalewa mi oczy, ledwo stoję...
Teraz ścieżką na północ. Wychodzę teraz na brzeg rzeki i widzę, bardzo sympatyczny obrazek: wsparty na łukowatych przęsłach i zabudowany "chińskimi" dachami most spina dwa brzegi. Po drugiej stronie wzgórze ze świątynią Wuyou Si. To niezły kawałek do przejścia. Ale są i naganiacze. Za jedyne 10 CNY podwiozą mnie busem do wzgórza: "to 40 minut marszu". Ano! Po 5 minutach jestem na miejscu. Prawdę mówiąc nieco zziajany. W klasztorze Wuyou pochodzącym z okresu dynastii Tang znów Budda i niebiańscy królowie. Na podwórzu wysoka na kilka metrów kadzielnica. W głównym pomieszczeniu odgrodzone od turystów barierką postacie trzech wielkich buddów. Trochę kręcę się po mniejszych pomieszczeniach, na piętrze galeryjka z ciągiem małych pokoików-cel. Mnisi zgromadzili się w dużej sali, trwa jakaś prelekcja lamy, przysłuchuje się jej także kilku elegancko ubranych gości. W jadalni pusto, zostało kilka metalowych misek z resztkami jedzenia (no tacy święci to oni nie są). Czas na sąsiedni budynek, równie interesujący. Zgromadzono tu kilkaset posągów arhatów: każdy terakotowy mnich jest inny, inaczej ubrany, z inną miną. W centralnej części pawilonu posąg wielorękiego, czterolicego bóstwa.
Wystarczy. Przynajmniej dla mnie i na dziś. Wychodzę z kompleksu przez drugi most i wsiadam do swojej #13. Idę się internetować (100 metrów od hotelu idąc uliczką prostopadłą do rzeki). Właściwie chcę sprawdzić, czy dobrze mam zgrane zdjęcia; niestety, komputery są tu bez czytników CD. Relaksuję się przy reversi. Gram z Chińczykiem na Kurniku, on akurat siedzi w... Niemczech. Zabawne, prawda? Natomiast znacznie mniej zabawne jest to, że praktycznie wszyscy na targowisku próbują mnie naciągnąć. A ja chcę kupić arbuza w chińskiej cenie! Nie zacytuję epitetów, którymi obrzucam sprzedawców. [hotel – ścianka rozdzielająca – hasło]