Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]
Nie dam się oskubać! | Pod Łukiem Triumfalnym | Serce Laosu? | Motory na autobusie
Na dworcu autobusowym jestem około 9:00. Późno. Za bilet na autobus do Oudomxay (zwanego również Muang Xai) o 17:00 chcą w kasie 145 000 LAK. Kupić można dopiero na cztery godziny przed odjazdem. Dziwne. Muszę teraz dostać się do centrum miasta. Miejscowi przekrzykując się, zachęcają do skorzystania z jednego z dziesiątków pick-upów z dwoma ławeczkami na pace zwanych tu songthaew. Ja i dwójka Anglików siada do kolejnego wpół wypełnionego songthaew, ale Laotańczyk każe przejść do swojego pojazdu. Jedziemy tylko we trójkę. Denerwują mnie takie sytuacje. Znów pewnie chodzi o wyciskanie białasów z kasy. Oni płacą po 20 000, ja bardziej uczciwą cenę – 10 000 LAK.
Dzielnica hotelowa, młodzi turyści kręcą się po ulicy; ja nie szukam pokoju. Zaglądam pod pałac prezydencki, flaga laotańska łopoce na wietrze, wokół palmy i zadbane rabatki z kwiatami. Po drugiej stronie ulicy świątynia, bez fałszywego wstydu przechodzę na ukos przez skrzyżowanie. Widząc budkę policjantów po 2:00 stronie ulicy i pytam o dalszą drogę pod Łuk Triumfalny. Zwiedzam pobliską świątynię z muzeum. Tylko zewnętrznie, bo jest jeszcze zamknięte, zresztą średnią mam ochotę na wstępowanie. Obchodzę dookoła, drewniane ozdoby, trochę pomników pod murem. Wymieniam 20 USD i idę dalej na północny wschód.
Przy alei Lane Xang znajduje się, z daleka widoczny Patuxay – pomnik w kształcie łuku triumfalnego. Jest poświęcony walczącym o wolność Laosu. Łuk Triumfalny wzorowany na paryskim, został wzniesiony w latach 60. XX wieku. Ponoć beton użyty do jego budowy (a zasponsorowany przez Amerykanów) był przeznaczony na płytę lotniska; cóż, ważniejsze było świętowanie 400 lat Vientiane jako stolicy kraju… Chociaż łuki triumfalne to europejski wynalazek – dość wspomnieć Łuk Konstantyna Wielkiego w Rzymie – to miejscowy pomnik ma, jak najbardziej, elementy lokalnego stylu. Pięć wież na szczycie podwójnej bramy otoczonych jest ozdobnymi blankami; rzekomo mają symbolizować pięć buddyjskich zasad: „rozważnej życzliwości, elastyczności, uczciwości, honoru i pomyślności". Piszę "rzekomo", gdyż buddyzm wypracował bardzo różne zasady i wskazania, choćby pañca-sila, i ciężko doszukać się – poza informacjami o Patuxai – zacytowanego powyżej zestawu zasad… Zwieńczenia wież są również bogato rzeźbione – a raczej odlane (bo to przecie beton!). Na ścianach budowli znajdują się posągi mitycznego króla Laosu – Nagi oraz przedstawienia kinnari – (pół-kobiety, pół-ptaka). Wewnątrz znajduje się duży sklep z pamiątkami, biura a nawet muzeum; wstęp na górę (7 pięter) płatny, dziękuję. Odpoczywam chwilę przy sadzawkach wokół Patuxai. Zanim skieruję się do Złotej Stupy, wstępuję na uliczne jedzonko. Tym razem są to duże "pierogi" nadziewane ryżem z cebulką i zawinięte w cienkie, prześwitujące ciasto ryżowe. Przypominają nasze gołąbki. Kulturalnie przekładam jedzenie ze styropianowego pudełka na swój talerzyk. Do tego sosik i smażone banany. Mniam!
Idę dalej w kierunku "złotej" stupy Pha That Luang – tej, która jest na wszystkich banknotach laotańskich. Na ulicy typowe obrazki. Kobieta z sześcioma koszykami na żerdzi. Mężczyźni grzebiący w swych wiecznie psujących się motorach. Dzieciaki biegające za piłką. Ale oto przede mną zabudowania sławnej stupy. Lecz najpierw WC – jeden z ciekawszych na wyjazdach. Pisuar jest bowiem zrobiony z 20-litrowego plastikowego pojemnika na wodę.
Na rozległym placu – pomnik faceta w zabawnym kapeluszu. Ups! Przepraszam. To przecież posąg króla Chao Anouvonga, który dowodził Rebelią Laotańską (1826–1828) jako ostatni monarcha laotańskiego królestwa Vientiane. Dodajmy, że wojnę z Syjamem przegrał, pomimo sprzymierzenia się z wietnamskim cesarzem, Minh Mạngiem.
Już z daleka widoczny jest szczyt stupy, otoczona jest wysokim, ceglanym murem. Po lewej znajduje się świątynia Ho Thammasapha, po prawej – za murem złożonym z dziesiątków małych stup widoczna jest piękna świątynia Wat That Luang Tai. Znajduje się tam również 23-metrowy leżący Budda. Wstęp do Złotej Stupy – 5000 kipów – do wytrzymania. Przez bramę wchodzę na duży dziedziniec. To tu, pośrodku znajduje się serce świątyni, a może i serce całego Laosu – 44-metrowa stupa zbudowana na planie prostokąta 67 x 68 metrów. Ma trzy poziomy, przy czym trzeci jest ozdobiony setką małych stupek. Powyżej kopuła stupy ze złoconym szczytem. Aczkolwiek złoty kolor tu dominuje, to kolorowy akcent wnoszą cztery – kryte dachówką i bronione przez kamienne smoki – bramy skrywające posągi buddów oraz – przykryta wielospadowym dachem – niewielka świątyńka. W podcieniach dziedzińca – statuy buddów lśnią złotym kolorem na tle idealnie błękitnego nieba. Wchodzi akurat grupka turystów – chyba z Japonii. Każdy z nich z komórką na selfie-sticku. Obchodzą stupę "po bożemu", czyli zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Nie sprawiają wrażenia nadmiernie uduchowionych tym miejscem. Zapewne to szintoiści lub po prostu niewierzący.
Zaglądam jeszcze pod świątynię Ho Thammasapha. Ma fantastyczne tympanony w każdej z kilku bram – rzeźbione i kolorowe, zachwycają podobnie jak ozdobne sklepienia i drzwi prowadzące do wnętrza.
Wracam, kawał drogi, rozglądam się za minibusem lub motorikszą. Być może jeszcze coś ciekawego Wientian, ale chcę dalej jechać. Zresztą Kupuję bilet, który tymczasem podrożał o 5000 LAK – rzekomo autobus będzie z AC. Ponoć dojedzie na 8:00 rano. To kupa czasu – 14 godzin!
Trwa załadunek autobusu. Gdy luki bagażowe są wypełnione, pakunki, pudła i tobołki zaczynają być wciągane na dach pojazdu. Później zaczyna się operacja "Motor". Na pasach wciągane na dach są motocykle. Trwa to wszystko długo, mam więc czas na zakup bułek i picia. Później moczę nogi w fontannie. W końcu ruszamy. Po kilometrze… zatrzymujemy się by zabrać więcej towaru. Do mojej sąsiadki ktoś puka w okno, by uchyliła lufcik. Z dachu spuszcza się dwóch mężczyzn i stają nogami na ramie lufcika i pomagają wciągnąć dwóm innym na dach... kolejny motocykl. O ile zauważyłem, już czwarty… Autobus wyładowany jest również wewnątrz – w przejściu leży pięć 50-kilogramowych worków z ziarnem. Przypomina mi to wyjazd z Ułan Bator do Moron. Sąsiadka, 20-letnia Laotanka, dzwoni co chwilę z komórki. Ja próbuję oglądać krajobrazy przez zabrudzone szyby. Okolice zapewne obfitują w jeziora lub rzeki, gdyż miejscowość, przez którą akurat przejeżdżamy pełne jest straganów z wysuszonymi lub wędzonymi rybami. Klimatyzacja, oczywiście nie działa, wystarczyć musi nawiew. Za to laotańska muzyka sącząca się z głośników jest bonusowa.
Przestajemy w jakimś miasteczku. Częściowa wymiana pasażerów. O! Jakiś chłopak pakuje karabin na półkę. Może jakiś wojskowy w cywilu, wszystko jedno. Obyśmy tylko byli na rano w Oudomxay. Dworcowe "babuszki" sprzedają przez okna jedzonko w styropianowych foremkach. Ja decyduję się na faszerowane jajka podawane na patyku. Wydmuszki są wypełnione masą jajeczną w trzech piątych i posypane zieleniną i przyprawami. Sąsiadka, która zna miejscowe ceny pilnuje, by mnie Laotanka nie oskubała. Chłopak siedzący przede mną kupił awokado, teraz kawałki owocu macza w czymś brązowym i sypkim, pewnie dla poprawienia smaku.
Po dwóch godzinach wjeżdżamy w góry, senność mija, autobus podskakuje na wertepach. Rdzawy pył pokrywa zieleń wokół. Kiście bananowców wyglądają niczym pokryte miedzią. Czas upływa powoli. Słońce pochyla się ku zachodowi. Cień człowieka i motocykli na dachu podskakuje na poboczu. Od czasu do czasu zapadam w drzemkę.
Czeka mnie dziś ciężka noc.
Następny dzień  Powrót do Wstępu   Powrót do Strony głównej