Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]


Sajgon

czwartek, 26 I 2012


15 godzin na leżąco | Dziwne kaktusy, dziwne ogórki | | Szukam noclegu w Ho Chi Minh | Nocne życie w Sajgonie


Dziś dzień transportowy: muszę przejechać do Sajgonu, czeka mnie kilkanaście godzin w autobusie. Być może są jakieś połączenia lotnicze i to niezbyt drogie, ale jakoś nie pomyślałem o tym, aby z tego korzystać. Poza tym autobusem jest łatwo podróżować, a przy okazji poznaję kraj. Autobus kosztuje mnie 850 tysięcy. To jakieś 40 dolarów. Dużo to czy mało za 900 kilometrową podróż? W Iranie zapłaciłbym około 10 dolarów, ale tam ropa jest tania. Tu w Wietnamie zapłaciłbym mniej, gdyby nie święto Tet.

Wsiadam do autobusu o 5:00, będziemy jechać 15 godzin. Na szczęście to autobus sypialny, mam swoją leżankę. Chociaż będziemy jechać głównie w ciągu dnia, to taka opcja jest bardzo wygodna i korzystna. Gdyby jeszcze szyby w tym autobusie były czyste! Niestety, zdjęcia będę miał uproszczone brudnymi plamkami.

Tak więc czeka mnie dziś długa droga. To nie pierwszyzna dla mnie, znacznie dłużej trwał pamiętny przejazd z Ułan Bator do Moron w Mongolii lub ze Stambułu do Teheranu.

Droga numer CT01 biegnie tuż nad morzem, czasem w odległości kilkuset metrów, czasem oddala się o kilka kilometrów. Na drodze nie ma dużego ruchu, bo i samochodów w Wietnamie niezbyt dużo. W każdym razie poza dużymi miastami. Królują oczywiście motory i motorowery, które w dużym stopniu wyparły rowery. Rzadko kiedy spotyka się samotnego motocyklistę, najczęściej jedzie z pasażerem, ale często widzę na motorze po 3, a nawet 4 osoby.

Mijane miasta i miasteczka są bardzo podobne do siebie. Z krzykliwymi reklamami znakami, warsztatami samochodowymi i knajpkami. Czasem mignie budynek państwowy z obowiązkową czerwoną flagę na maszcie.

Na horyzoncie po zachodniej stronie towarzyszą nam wyższe lub niższe wzniesienia i góry. Na pierwszym planie pola uprawne. Niektóre dopiero co zaorane, inne już z podrośniętym ryżem. Na polach ryżowych widzę dziesiątki Wietnamczyków i chętnie bym ich z bliska pofotografował, jak pracują brodząc w wodzie po łydki. Sadzą ryż albo prowadzą jakieś inne prace pielęgnacyjne. Trafiają się pola z uprawą kaktusów, kukurydzy i pszenicy. Uprawiane kaktusy czasem są przywiązane do słupków niczym drzewa owocowe i w zależności od roku uprawy są albo skromne krótkie albo już rozgałęzione, krzaczaste. Jak się później zorientuję, te plantacje „kaktusów” to dragon fruits, czyli pitaje (Hylocereus undatus)*/. Mijamy zagajniki palmowe, sady bananowców, czasem mignie za oknem dziwaczne drzewo "ogórkowe". Liści prawie nie ma, a z gałęzi zwisają podłużne zielone owoce przypominające jako żywo ogórki. Po głębszej analizie dochodzę do wniosku, że to owocujący puchowiec (Ceiba pentandra) albo zbliżony gatunek.

Około 13:00 autobus zwalnia, zajeżdżamy przed jakiś bar. Czas na obiad (35.000 VND). Przypatruję się, co kupują inni pasażerowie i zamawiam ryż z kurczakiem pokrojonym w długie paseczki. Do tego sosik. To nikt nie wygłupia się z pałeczkami, dostajemy do jedzenia łyżki do zupy.

Im bliżej południa Wietnamu, tym częściej w wioskach i miasteczkach dostrzegam kościoły chrześcijańskie, a właściwie katolickie. Nie powinny te widoki mnie dziwić, wszak historia kościoła katolickiego w Wietnamie jest długa, a wierni doświadczali lepszych i gorszych okresów. Dość wspomnieć o szykanach i prześladowaniach, które dotykały wiernych oraz księży katolickich w XIX wieku. Wielu księży zginęło zamęczonych przez władzę. Kilkunastu z nich zostało później nawet świętymi.

Godziny mijają. Późnym popołudniem, właściwie pod wieczór, dojeżdżamy na dworzec w Bình Thạnh, przedmieściu Sajgonu. Głównym moim zadaniem jest znalezienie jakiegoś hotelu. Ale najpierw muszę dojechać do centrum. Z tłumu przyjezdnych wyłuskuje mnie motocyklista z dwoma kaskami. Szybko się dogadujemy, zawiezie mnie do dzielnicy z hotelami. Przeciskając się w kierunku parkingu upewniam się, że chce 10.000 dongów. Pokazuję mu banknot.

– No! – żywo zaprzecza – one hundred, one hundred!

Przegiąłeś, kolego. Szukaj innego jelenia, mruczę pod nosem i zawracam w kierunku dworca. Rozpytuje o autobus.

– To niebezpieczne. Musisz wziąć taksówkę. – słyszę starą śpiewkę.

Na szczęście trafiam na pomocną Wietnamkę, która wskazuje właściwy autobus nr 26. Przejazd kosztuje mnie zaledwie 4000 dongów. Przejazd przez zatłoczony Sajgon to wyzwanie. Przejeżdżamy koło szerokiej rzeki Sajgon (Sông Sài Gòn), by w końcu po 40 minutach wysiąść w Phạm Ngũ Lão – centralnej dzielnicy o wyraźnie turystycznym charakterze. Słysząc polską mowę zaczepiam dwójkę Polaków.

– My śpimy za 14 dolców – mówią i wskazują mi hotel.

Okazuje się pełny, w końcu po kilku próbach udaje mi się znaleźć tanie miejsce do spania. Za noc w dormie z klimą w hostelu Nga Hoang, położonym w pobliżu głównej ulicy Phạm Ngũ Lão, gdzie parkują dziesiątki, żółtych autobusów z napisem Phuong Nam Express, płacę 7 USD.

Mój hostel oczywiście oferuje tripy do delty Mekongu: jednodniowe, dwudniowe, a nawet trzydniowe. Także do innych atrakcji w okolicy. Ja jednak wolę się przejść i sprawdzić ofertę bezpośrednio u organizatorów. Odwiedzam kilka biur i orientuję się w cenach. Ostatecznie decyduję się na jutrzejszy jednodniowy wyjazd do delty za 250.000 dongów. Niestety wyjazdy dłuższe z noclegiem są dużo droższe. Zresztą szczerze mówiąc chwilowo mam już dość Wietnamczyków i ich świętowania Nowego Roku.

Czas na spacer po nocnym Sajgonie. Właściwie powinienem używać nazwy Miasto Ho Chi Minha, ale biorąc pod uwagę chaos na ulicach, nawoływania sprzedawców, warkot i klaksony samochodów, trudno nie mieć skojarzeń z Sajgonem. Sercem gwarnej dzielnicy Phạm Ngũ Lão jest popularna wśród turystów ulica Bùi Việna, gdzie można odwiedzić wietnamskie knajpki serwujące domowe jedzenie, sklepiki z pamiątkami i ubraniami oraz pracownie tatuażu. Nocą życie tętni w piwiarniach i barach ze stolikami na świeżym powietrzu, a także w koktajlbarach i klubach tanecznych. W pełnym zieleni parku 23 Września (Công viên 23 tháng) znajduje się plac zabaw i staw z kaczkami, a stylowy kościół Huyện Sĩ słynie ze swojej wysokiej wieży.

Pomimo późnej pory (jest 23:00), a może właśnie ze względu na tę nocną godzinę, kiedy jest chłodniej, na ulicach spotyka się tłumy. Dostrzegam również wcale nie tak rzadko turystów – głównie młodych backpackersów, ale też są i zwykli turyści z Zachodu w średnim wieku. Snują się po ulicach lub siedzą na miniaturowych plastikowych krzesełkach w barach i pubach. Miasto nie bez powodu kojarzy się z prostytucją, która tu kwitnie od czasów okupacji amerykańskiej. I rzeczywiście kilka razy spotykam panienki odpowiednio ubrane. Jedna nawet podaje mi swą cenę. Około północy wracam do hostelu. Późno w nocy wracają do pokoju dwie Angielki.

– Where is my locker? Where is my key? – słyszę ich szepty w ciemności.

Rumor i brzęk toczącej się butelki sprawia, że parskam śmiechem. Później przychodzi do pokoju dwóch chłoptasi ze Skandynawii. Pakują się do jednego łóżka. Rano jeden z gejów wygląda na niewyspanego.

_______________________________

*/ W zasadzie miałem dobre skojarzenie. Pitaja, zwana też smoczym owocem lub truskawkową gruszką – to owoc wielu gatunków kaktusów, zwłaszcza z rodzaju Hylocereus.

Następny dzień  Powrót do Wstępu   Powrót do Strony głównej