Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]
Nakarm mnicha! | Od świątyni do świątyni | | | |
Czym Kraków dla nas, Uppsala dla Szwedów, a Kioto dla Japończyków, tym Luang Prabang dla mieszkańców Laosu. Początki tej kulturowej stolicy kraju są trudne do ustalenia. Wiadomo, że Muang Sua, jak nazywało się wcześniej to miasto, istniało już w VII w. n.e. Przez pewien czas pozostawało pod władzą Mongołów, którzy w pochodzie na południe (i na zachód) dotarli do Yunnanu i dalej na półwysep Indochiński. Do niedawna (1975) miasto było stolicą kraju. W moim odczuciu wydaje się ciekawszy niż Wientian, obecna stolica. Postanowiłem więc cały dzień pod przeznaczyć na zwiedzanie.
Luang Prabang znany jest z mnogości świątyń i innych ciekawych miejsc. Popularną atrakcją są również spływy na wielkich dętkach po Mekongu. Jednak ostatni rafting w Tajlandii na razie jest dla mnie wystarczający.
Po szybkim śniadaniu ruszam najpierw na brzeg Mekongu by podelektować się widokiem wijącej się wśród spowitych mgłą gór rzeki. Czekam, aż się zupełnie rozwidni. O tej porze przy głównej ulicy można się spodziewać codziennej procesji mnichów. Zgodnie z tradycją theravādy długi pochód bhikkhu z pustyni misami jałmużnymi i koszykami przemaszerowuje przez miasto, a ustawieni przy chodniku mieszkańcy stopniowo je wypełniają różnymi ofiarami. Najczęściej to ryż, owoce, także inne produkty spożywcze. Widok jest niesamowity: rząd ogolonych na łyso mnichów ubranych w pomarańczowe szaty powoli wyłania się z ciemności. Idą powoli, w milczeniu. Wszyscy, bez wyjątku są bosi. Są wśród nich mężczyźni w wieku od 10 do 50 lat. Ofiarodawcy klęczą na chodniku i w tej pozycji podają jedzenie i inne dobra. Wielu z nich dostaje ryż do miski. Niektóre z mieszkanek przygotowały w reklamówkach gotowe pakiety jedzeniowe niczym komisja socjalna w zakładzie pracy z okazji Świętego Mikołaja. Wśród grupy ofiarodawców trafiają się również białasy, którzy chcą się poczuć miejscowymi przez moment. Nie dziwi mnie to. Ja również mam ochotę czasem uczestniczyć aktywnie w życiu codziennym miejscowych. Ot choćby wtedy, gdy w Amritsarze udałem się na posiłek do sikhijskiego langaru.
Zaczynam zwiedzanie świątyń. Mam, co prawda, ze sobą przewodnik z mapką i nazwami świątyń, ale nie staram się zapamiętywać ich nazw. Po prostu szwendam się po mieście.
Następny dzień  Powrót do Wstępu   Powrót do Strony głównej