Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]
| Góry... góry... góry | Wietnamski naciągacz | Szukam noclegu | Noc w burdelu |
Wstaję o 5:00, po kawie w 15 minut gotowy jestem do drogi. Bilet do Sapa kosztuje 65000 LAK. Nikt nie mówi, nie jestem w stanie się dowiedzieć, czy autobus, do którego wsiadłem, jedzie najpierw do Sapy a potem do Lao Cao czy odwrotnie. W dodatku chłopak siedzący obok mnie pokazuje na migi, że do Sapy bilet powinien kosztować 150 000 a nie 165 000 LAK. Złodziejski Wietnam. Powinienem się przyzwyczaić. Jest jeszcze ciemno na ulicach, gdy ruszamy w drogę. Ulicę miasta pełne są rowerzystów i motocyklistów, poruszają się po nieoświetlonych ulicach, sami nie używają świateł, pewnie po to, by nie psuć nastroju. Na przedmieściach przyspieszamy. Droga prowadzi ku górom z początku majaczącym daleko w rzedniejącym mroku. Gdy wjeżdżamy do wąskich dolin, robi się na powrót ciemno. Z gór spływa mgła, niewiele widać. Kierowca musi uważać na nieoczekiwanie pojawiające się grupy uczniów jadących na rowerze lub idących do szkoły. W autobusie jedzie para 20-letnich Niemców. Bilety kupowali u kierowcy, jak się później okaże, oszukał ich przy wymianie pieniędzy. À propos pieniędzy: jak zwykle notuję wydatki, skrupulatnie przeliczam dolary wymieniane na lokalne waluty; średnio wydaję 22 USD dziennie. Nie jest najgorzej, chociaż może byłoby lepiej, gdyby nie święto Tet, które kosztowało mnie dodatkowo kilkadziesiąt dolarów. No i wciąż podróżuję po typowo turystycznych miejscach z zaburzonymi cenami.
Mgła znów gęstnieje. Powolna jazda przez coraz wyższe góry przypomina mi podróż do Dardżylingu, kiedy to nasz jeep dosłownie ocierał się o skraj kilkusetmetrowej przepaści, a pomocnik kierowcy szedł przed samochodem w potwornej mgle i sprawdzał kierunek... Teraz też jedziemy nie więcej niż 10 km na godzinę. Widać nie dalej niż na kilkanaście metrów, tyle tylko, by dostrzec zbliżający się słupek lub leżące na asfalcie głazy, które oderwały się od skał wiszących nad nami. Jest przeraźliwie zimno. Jestem na taką pogodę przygotowany: mam na sobie polar i ortalion. Przez nieszczelne okna wpada lodowate powietrze, przypominając, że wszędzie w górach jest zimno. Na przełęczy mijamy hotel i zatrzymujemy się na parkingu przy Srebrnym Wodospadzie. Autobus w jednym momencie zostaje otoczony przez tłum kolorowo ubranych kobiet i dzieci.
– Buy something! – wołają – Cheap price!
Dopiero teraz mogą przyjrzeć się z bliska twarzą przedstawicielkom plemienia Hmong. Ich ogorzałe, pełne zmaeszczek mimo młodego wieku twarze, przypominają mi Tybetanki, które spotkałem z drogi z Xiewu do Kangling. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że podobają mi się zazwyczaj pomarszczone twarze staruszek i dziadków. Zachwycałem się twarzami Ujgurów, Tybetanek, ich złotymi zębami, siwymi, splątanymi włosami, długimi brodami i spękaną od mrozu i słońca skórą na policzkach. Powie ktoś: a cóż może być ładnego w tych starych twarzach?! Spokojnie: umiem dostrzec piękno i młodych dziewcząt, i przystojnych mężczyzn. Ale twarze staruszków mają w sobie coś niezwykłego. To oblicza czarownic, wiedźm, mędrców. I myśląc o nich, widzę cały ich ciężki żywot upływający na zmaganiach z przyrodą i przeciwnościami losu. A pewno i jakąś mądrość życiową. Rysy plemion zamieszkujących górskie regiony Indochin są, oczywiście, inne niż u reszty Wietnamczyków.
Postój jest paru minutowy, ale zdążyłem obejrzeć okoliczne stragany i budy, w których sprzedawane są pamiątki i jedzonko. Wśród mężczyzn coś tam przy minirusztach nieodparcie przywodzą mi na myśl późny wieczór w Dardżylingu z grupkami Nawarów gromadzących się wokół koksowników na ulicy. Podchodzę też w stronę Srebrnego Wodospadu, by się zorientować w topografii miejsca. Jutro wszak się to wybieram! Czeka nas teraz długi zjazd do doliny Muong Hoa. Mijamy kilka wiosek Hmongów, widok każdej kolorowo odzianej kobiety dźwigającej na plecach pleciony kosz wywołuje we mnie jęk zawodu. Jest zbyt ciemno i jedziemy zbyt szybko, by je fotografować.
W końcu Sapa. Mży drobny deszcz, ulice spowija mgła. Na dworcu zaczepia mnie motocyklista.
– Hotel, sir?
– Do you have rooms? I need very cheap room.
Przyzwyczaiłem się do tego, że naganiacze gratisowo podwożą chętnych do hotelu. – Yes, very cheap room.
– How much?
"Four" pokazuje na palcach. Hotel ma być niedaleko, a 40.000 dongów jest faktycznie dobrą ceną. Ładuje się z plecakiem na motor i jedziemy. Ciekawe, co to za nora będzie? Rozglądam się po mieście, próbując zapamiętać trasą. Zajeżdżamy po kilku minutach na plac z majaczącym we mgle kościołem.
– Which hotel, sir? – pyta mnie Wietnamczyk. Zaczynam się denerwować i powoli dociera do mnie, że facet chciał tylko podwieźć mnie do centrum, a 40.000 VTD ma być ceną za transport. Zaczynamy się kłócić, wtrąca się jeden z mężczyzn stojący opodal na ulicy. Na moje wyjaśnienia wybucha śmiechem.
– Four thousand? Hahaha, hotel is twenty thousand!
Muszę się pozbyć obu gości, prawie krzycząc do nich, mówię, że nic nie zapłacę. Ani grosza.
– He should learn some English – mówi o motocykliście przysłuchujący się kłótni Wietnamczyk.
Zostawiam ich i znikam we mgle. Wkrótce przekonuję się, z jakim oszustem miałem do czynienia. Dworzec autobusowy znajduje się 300 m od placu z kościołem – gość mnie po prostu zabrał na 2 km objazd.
Odwiedzam kilka hoteli przy skwerze. Ceny za pokój zaczynają się od 12 USD, nie jestem zainteresowany. Wciąż siąpi deszcz. Ziąb i mgła nie zachęcają mnie do spacerów po okolicy. Zaglądam do kilku kolejnych hoteli w końcu przy ulicy... znajdują ten właściwy.
– 8 dollars – mówi zaspana dziewczyna leżąca na sofie w holu. Cena otwiera mi pole do negocjacji, staje na 120 000 (6 dolarach). Warunki mam dobre: duży pokój z łazienką, ciepła woda jest, klimatyzacji w Sapie nie potrzeba.
Moja iskrząca grzałka doprowadza mnie do szału! Czekam tylko, aż wylecą korki w całym budynku lub mieście. Robię sobie zupkę i... zapada ciemność. Prądu nie ma nigdzie, na ulicy też. Mam jednak czyste sumienie, to nie moja wina, lecz awaria lub planowe wyłączenie. To dla mnie nie pierwszy raz, gdy wyłączono prąd w mieście – tak było na przykład w Katmandu. Zjadłam po ciemku zupę i schodzę do holu. Trwają bezowocne poszukiwania świeczki, w końcu jakiś Wietnamczyk wyskakuje do sklepu po ich zapas. Pośrodku holu, obok ławy i foteli, znajduje się... no... palenisko. Z czerwonego żaru bije przyjemne ciepło, wyciągamy dłonie w jego kierunku.
Ze zdobyczną świeczką wracam do siebie na górę. Jak na razie jestem jedynym gościem. Słysząc jakiś ruch na korytarzu, uchylam drzwi w nadziei, że pogadam z jakimiś białasami. Mam nadzieję, że znajdę jakieś towarzystwo na pójście w góry. Niestety to tylko jakaś wietnamska para ładuje się do pokoju naprzeciw. Co by tu robić? Nie za bardzo chce mi się wychodzić, z drugiej strony nudzę się. W telewizji głównie wietnamskie i chińskie kanały, filmy na Star Movies mało mnie interesują. Do pokoju obok znów ktoś się wprowadza, ale języka angielskiego nie słyszę... Czego mam jednak oczekiwać po tym wietnamskim hoteliku? Idę na wieczorny spacer. Na pobliskim dworcu sprawdzam połączenie z Hanoi (nocny autobus jest za 300.000 VND) oraz zapytuję o jutrzejszy transport na przełęcz Tram Ton. Niestety kurs do Dien Bien Phu lub Lai Châu jest dopiero o 8:30. Nie chcę mi się wierzyć, by wcześniej jakieś mikrobusy nie jechały w tym kierunku. Zobaczymy. Teraz trzeba zdobyć mapę masywu Fansipan. Nie chcę, aby się powtórzyła sytuacja z mojego treku na Qurnat as-Sawda kiedy to z powodu braku mapy zaliczyłem dodatkowo kilka trzytysięczników, zanim zdobyłem najwyższy szczyt Libanu. Mapę dostaję bez problemu w budynku poczty mieszczącej się przy głównym skwerze. Krzywię się, płacąc za nią 35 000 dongów. Na chwilę siadam w holu przy internecie i szukam informacji na temat wejścia na Fansipan. Zjawia się po chwili chłopak i próbuje mi pomóc. Dziwne to pomaganie: korzysta z tłumacza językowego Google Translate. Wietnamczyk tłumaczy mi, że muszę mieć przewodnika i zapłacić za wstęp do parku narodowego. On to, oczywiście, załatwi. Jest odporny na moje argumenty, że z pewnością można też bez przewodnika. Na razie mu dziękuję.
Krążąc po mokrych ulicach Sapy, trafiam do biura turystycznego. Tu konkretyzują się informacje. Grupy na dwudniowy trekking w najbliższym czasie nie będzie (czemu się nie dziwię, zważywszy, że Fansipan jest cały we mgle) wycieczka kosztuje zresztą 110 USD. Bez przewodnika się nie da, ale dla mnie mają special price i potraktują mnie jako jednoosobową grupę, dając przewodnika za 120 USD, o ile zadeklaruję, że wejdę i zejdą w ciągu jednego dnia, to jest bez noclegu. Nie podoba mi się to. Ceny z księżyca a przede wszystkim zupełnie nie wierzę Wietnamczykom, że prawo zabrania poruszania się w parku narodowym bez przewodnika.
Wracam do hotelu; tu wciąż pustki. Zaraz ktoś wychodzi z pokoju, po chwili znowu wchodzi jakaś para. Dopiero po pewnym czasie odkrywam zdumiewającą regularność. Pary wchodzą na pół godziny i wychodzą. Najpierw facet, potem kobieta. A więc tak: trafiłem do burdelu! W ciągu wieczora poznaję życie domu publicznego od środka. Dziewczyn jest kilka, zdaje się czwórka. Interesem kieruje (a może tylko dowodzi) 30-letnia Wietnamka, u której płaciłem za nocleg. To ona odbiera telefony od klientów i rozdziela ich dziewczynom. Przychodzą głównie Wietnamczycy w wieku 25 do 40 lat, choć zdarzają się Chińczycy – trudno ich odróżnić od miejscowych w ciemnym korytarzu. Ale bliskość granicy uprawdopodabnia to. Dziś sobota, więc ruch w interesie wyjątki zwiększony. Chociaż prostytucja w Wietnamie (podobnie jak w większości krajów azjatyckich) jest nielegalna, to ocenia się, że seks-biznesie pracuje kilkadziesiąt tysięcy Wietnamek.
Następny dzień  Powrót do Wstępu   Powrót do Strony głównej