Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]


Kraków – Warszawa

sobota, 21 I 2012


Długo wyczekiwana podróż | Moje plany... | O bagażu słów kilka | Startujemy...!


Późny styczniowy wieczór. Za oknami hali odlotów błyskają światła startujących samolotów. Dziś żegnam się na miesiąc z zimowymi krajobrazami Polski. Za kilkanaście godzin będę w ciepłym i – mam nadzieję – słonecznym Wietnamie. Gdy niemal rok temu kupowałem promocyjny bilet do Hanoi, perspektywa tej podróży wydawała mi się tak odległa, że nieomal zapomniałem o tym wyjeździe. Pochłonięty przygotowaniami do innych trampingów: podróżami do Gruzji, Armenii, Azerbejdżanu, Libanu, Egiptu i na Słowację, a później zapisywaniem relacji – nie miałem dość czasu, by solidnie przygotować się do indochińskiej przygody. W szczególności nie zadbałem towarzysza przygody – jadę więc sam. W planach mam nie tylko poznanie Wietnamu, ale i Kambodży i Laosu. Oraz... Tajlandii. Ten ostatni kraj dorzuciłem już po kupieniu przewodnika Lonely Planet. Co prawda, często spotykałem opinie, że miesiąca nie starczy na poznanie samego Wietnamu czy Laosu, ale myślę, że tydzień w każdym z tych państw da mi o nich pojęcie. Ponoć po Indochinach nie da się szybko przemieszczać, ja jednak nie zamierzam się oszczędzać. Zawsze zwiedzałem intensywnie i bez nadmiernego odpoczynku. Tak będzie i tym razem!

Mam tylko ogólny zarys trasy. Ze względu na różnice w klimacie północy i południa Wietnamu, chcę jak najszybciej dojechać do Sajgonu, pozwiedzać Deltę Mekongu, dostać się do Angkor Wat i odpocząć na kambodżańskim wybrzeżu przed udaniem się do Bangkoku. A dalej Chiang Mai i okolice, transfer do Laosu, pewnie spływ Mekongiem do Luang Prabang. Będę chciał zapuścić się maksymalnie daleko na południe Laosu, by potem szybko wrócić na północ, i przez góry dotrzeć do Sa Pa w Wietnamie. Ostatnim punktem będzie wycieczka na Ha Long. Tyle plany. Mam nadzieję, że żadne nieprzewidziane złe zdarzenia nie zakłócą trampingu.

Chociaż bardzo się starałem, nie udało mi się zmieścić z bagażem w 10 kilogramach. Po przemyśleniu, zrezygnowałem ze śpiwora puchowego: co prawda w górach o tej porze roku będzie zimno, w nocy około zera stopni, w hotelach może nie być ogrzewania, ale skoro przeżyłem mroźną noc w Dardżylingu, to i tym razem nie zamarznę w pościelowym śpiworze. Mam tylko cienki ortalion, zaimpregnowałem go tuż przed wyjazdem. Kilka T-shirtów, bielizna, krótkie i długie spodnie dopełniają reszty garderoby. A, prawda: mam jeszcze fikuśny kapelusz, który dostałem od Ormian pod Aragacem.

Tym razem wziąłem ze sobą całkiem pokaźną apteczkę. Podstawą mojej profilaktyki antymalarycznej jest doksycyklina (plus biotyk) oraz, oczywiście, repelent (Off!, 30% DEET). Mam sporo środków przeciwbólowych i na dolegliwości pokarmowe. Obym ich nie użył! Martwi mnie kondycja akumulatorków: szybko się rozładowują, choć część z nich jest całkiem nowa. Być może moja ultraszybka ładowarka nadmiernie je niszczy.

Startujemy z niemal godzinnym opóźnieniem – skrzydła naszego boeinga 767 wymagają odlodzenia. Kolacja będzie grubo po północy. Siedzę obok młodej Wietnamki. Jest drobniutka, więc uznaję, że nie potrzeba jej dużo miejsca: rozpycham się, ile mogę. W samolocie zdecydowaną większość stanowią Wietnamczycy. Wracają do domu z grubszymi lub chudszymi portfelami. Mój portfel też jest gruby a to za sprawą pliku jedno- i dwudolarowych banknotów. W moim nowym paszporcie jest jedynie wbita wiza wietnamska – wielokrotna. Załatwiona poprzez krakowskie pośrednictwo w ciągu tygodnia. Mam nadzieję, że pozostałe wymagane wizy: kambodżańską i laotańską bez problemu otrzymam na granicy.

Następny dzień  Powrót do Wstępu   Powrót do Strony głównej