Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]
Długa droga do Perfumowej Pagody | Nie lubię Wietnamczyków! | W drodze na lotnisko
Ostatni dzień w Wietnamie. Perspektywa rychłego powrotu do kraju cieszy mnie. Postanawiam dziś pojechać do Perfumowej Pagody znajdujące się koło Huong Son, jakieś 70 kilometrów na południe od stolicy. To kompleks świątyń malowniczo położonych na wapiennym klifie gór Huong Tich. Zostawiam plecak w hostelu i miejskim autobusem nr 1 podjeżdżam na dworzec autobusowy w południowej części miasta. To spory kawałek drogi, zajmuje około godziny. Dojeżdżając na miejsce, dostrzegam odjeżdżający autobus 75, na który miałem się przesiąść. Trudno, za pół godziny będzie następny.
Jest chłodny ponury dzień. Droga do podstołecznej miejscowości zajmuje mi kolejne dwie godziny. Za oknem płaskie tereny z polami ryżowymi i wioskami. Wieśniacy – i mężczyźni, i kobiety – brodzą po zalanych wodą polach, przekopując, spulchniając ziemię lub nawożąc pole. Raz czy dwa dostrzegam chłopa orzącego pole wołem. Patrząc na te obrazki, uświadamiam sobie, jak ciężko uprawę ryżu zmechanizować. Owszem, ze dwa razy dostrzegłem pracujący w polu przedpotopowy pojazd – rodzaj lekkiego ciągnika wielkości motorikszy, który ciągnął jednoskibowy pług przez pole. Maszyna powoli pełzła przez pole na nieogumionych kołach z metalowymi obręczami zagłębionymi w błocie po oś. Doceniam to wszystko, ale darować Wietnamczykom zawyżania cen przy każdej okazji – nie jestem w stanie. Ryż jest tani i nie może kosztować na ulicy 4 zł (w Indiach uczciwa cena ryżu z warzywami to 60 groszy).
Za oknem wciąż mży. Po drodze pędzą motocykliści owinięci pelerynami łopocącymi na wietrze. W miasteczku mżawka przechodzi w regularny deszcz. Muszę przyznać, że mają wyczucie sytuacji przekupki oferujące już na przystankach autobusowych foliowe peleryny. Ja nierozsądnie zostawiłem swój ortalion w hotelu i ubrany w bluzę polarową idę w stronę przystani, zaciskając zęby. W jakimś niby biurze turystycznym mówiący po angielsku dziewczę ostrzegam mnie, że muszę oprócz biletu do świątyni kupić również bilet na łódkę. "Jeszcze czego " – zżymam się – "nie potrzebuję łódki”. Mam dość łódek, wolę iść na piechotę. Okazuje się, że jest jeszcze gorzej. Po przejściu na przez mostek nad rzeką pełną zacumowanych łódek podchodzę do kasy kierowanej przez życzliwych naganiaczy. Nie mogę kupić nie tylko samego biletu do świątyń, ale muszę wykupić całą 6-osobową łódkę. 240 000 dongów! Co za gnoje! Według regulaminu wymieszanego przy kasie nie mogę popłynąć z grupą Wietnamczyków! Nie mogę, choć akurat przybyła grupa tuziemców. Ładują się właśnie do łódki. Jestem wściekły, bo nie widzę dobrych rozwiązań. Deszcz, co prawda ustał, ale przy tej pogodzie na indywidualnych białasów liczyć nie mogę. Zresztą jest stosunkowo późno – godzina. Ponoć obejście wszystkich świątyń oraz półgodzinna przejażdżka łódką trwa pięć godzin, a jest już południe. Poszedłbym na piechotę, omijając port i kasę, ale z mapy wynika, że rzeka ma liczne dopływy, a mostki na nich mają być w dużej odległości.
Zgrzytając zębami, wracam na dworzec. Nie reagują na zaczepki straganiarzy sprzedających cepelię wzdłuż kilometrowej ulicy. Opierając się na cenie drewnianego pojemnika na wykałaczki, którego "oficjalną" cenę znam z hipermarketu, stwierdzam, że tutejsi sprzedawcy znacznie zawyżają ceny towarów. Fotografują jeszcze panoramy rzeczywiście malowniczych gór Huong Tich. Zdruzgotany sytuacją wsiadam do powrotnego autobusu. Kicham na Perfumową Pagodę! Po czterech godzinach jestem w Hanoi. Mam sporo czasu do transferu na lotnisko. Suszę się nad jeziorkiem, robię zakupy pamiątkowe i szukam miejsca, gdzie mógłbym tanio zjeść. Później w hotelu internetuję się i idę na dworzec... Z trudem wciskam się do zatłoczonego pojazdu.
Po godzinie jazdy zaczynam się denerwować, czy aby na pewno wsiadłem do właściwego autobusu. Jest już dawno po zachodzie słońca, jedziemy jakimiś przedmieściami. Do pojazdu wskakują co chwilę grupki jednakowo ubranych uczniów. Dziwne, zważywszy na późną porę. W końcu znajomy budynek terminalu. Wystarczy przejść estakadą nad dwujezdniową drogą i już jestem jednym krokiem w Polsce. Przebieram się i foliuję plecak. W ostatniej chwili przed odprawą bagażową przypominam sobie o nożu w plecaczku. Wpycham go pod folią głównego plecaka. Pewnie się zgubi, trudno. Przed bramką jak zwykle wyszukuję Polaków. Większość to jednak Wietnamczycy i Zachodnioeuropejczycy lecący tranzytem przez Warszawę. Zaczepiam jakiegoś studenta ze śląskiej uczelni, ale jest jakiś mało rozmowny. W porządku. W samolocie prawie komplet, na szczęście trafia mi się szczupła Wietnamka na fotelu obok.
Następny dzień  Powrót do Wstępu   Powrót do Strony głównej