Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]
Wycieczka nad morze: ależ tu wieje! | Wizyta na targu | Spacerkiem po świątyniach | | |
Budzę się przed siódmą. Później walczę z psującą się grzałką: iskrzy wciąż jak cholera. Poddaję się. Później dość długo czekam na wolną łazienkę, w wyniku czego opuszczam hotel dopiero przed ósmą. Dzień jest pochmurny i wietrzny. Oby słonko wyjrzało, choć na chwilę.
Na razie idę na plażę. To kilka kilometrów do przejścia, ale mam czas. Droga prosta jak drut. Później Cao Ba. Mijam dziesiątki hoteli setki barów i sklepików. Chciałbym kupić chleb – taki zwyczajny. Albo bułki. Jest to niemal niemożliwe (małe bułki po 5000, chleb krojony 20000 – ceny z pewnością zawyżone. Po drodze zdarzają się urokliwe miejsca, choćby to nad spokojną rzeką a właściwie odnogą rzeki Thu Bồn z brzegami porośniętymi palmami i bananowcami. Wśród miejscowych roślin odnajduję scindapsusa i difenbachię. Tu rosną dziko, przy drodze, w Polsce muszę kupować małe okazy.
Za mostem zaczyna się nadmorska część Hoi An, jeszcze kilkaset metrów kiepskiego asfaltu, zagajnik palmowy i już jestem na plaży. Dziś jest tu pusto, kilku Wietnamczyków i jakiś białas spaceruje po piaszczystej plaży. Silny wiatr targa pióropuszami palm, fale z hukiem rozbijają się o brzeg. Na plaży, obmywane przez fale, leżą orzechy kokosowe. Jakie to romantyczne…! Przypomina mi się sierpniowy ranek Zatoce Po Hu nad Morzem Żółtym. Też była sztormowa pogoda. W odległości kilku kilometrów widzę na morzu wysepki. A może to górzysta część lądu otaczająca zatokę? Dwóch chłopców rzuca się do morza, płyną parę metrów, ale po chwili uciekają szczękając zębami. Zaraz ucieknę i ja – takie tu wietrzysko! Ale cieszę się, że tu dotarłem, To moje kolejne zaliczone morze. W ciągu ostatniego roku było ich całkiem sporo – jak dla mnie, którego nie ciągnie nad wodę: Czarne, Czerwone, Śródziemne, Kaspijskie… Czas wracać do miasta. A! Byłbym zapomniał! To morze Wietnamczycy zwą Biển Đông, czyli Morze Wschodnie. A my je znamy jako Południowochińskie…
W centrum Hoi An obchodzę po kolei wszystkie uliczki starego miasta. Odkąd miasto zostało wpisane Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, przybywa tu więcej turystów i to daje się odczuć. Muszę przyznać, że z każdą godziną spaceru odkrywam coraz to ciekawsze miejsca i utwierdzam się w przekonaniu, że miasto to warte jest odwiedzenia. Na pierwszy ogień poszedł market. Typowe targowisko, jakich już setki widziałem. Różni się jednak tym, że przed każdą przekupką stoi przynajmniej jeden turysta i ją fotografuje. Ceny jak z księżyca. Kilogram czerwonych pitaji (Hylocereus undatus) – 70.000 dongów, pomidory po 50.000... Komplet pałeczek w rzeźbionym pudełku – przyznaję, że piękny – ma wypisaną cenę 400.000 VND, 200.000 VND... Są krewetki i małże, są ryby duże i małe. Bułki już ”potaniały” do 3.500 dongów, po południu będę kupować po 2.500. Ciekawe, na ile zbliżyłem się do prawdziwej, lokalnej ceny?
Pamiątki tu można kupować bez końca. Od kapeluszy po klapki, od glinianych figurek po wisiorki i makatki. Ale przecież to, co powinno się tu podobać, to nie stoiska z cepelią, tylko architektura miasteczka. Cóż, można powiedzieć, że nie jest ona jakoś bardzo zachwycająca – uliczki zabudowane są parterowymi lub piętrowymi domami. Wszystkie są pomalowane na żółto, co niby miało uatrakcyjnić ich wygląd. I byłoby OK, gdyby nie to, że są zaniedbane, odrapane, a ślady czarnego grzyba na ścianach nader częste. Nie widać tu bogactwa detali architektonicznych, które tak mnie zachwycały w Jaisalmerze czy Kathmandu. Proste bryły budynków, zwykłe balkoniki, typowy gzyms pod dachem. Balkony, miast finezyjnie rzeźbionych tralek w balustradzie są co najwyżej przybrane roślinami doniczkowymi i pnączami. Ale – wraz z czerwonymi lampionami rozciągniętymi na linach w poprzek ulicy, z przystrojonymi drzewami i krzewami udekorowanymi świątecznymi karteczkami, a przede wszystkim wraz z kolorowym tłumem – zabytkowa dzielnica Hoi An sprawia miłe wrażenie. To pozytywne wrażenie jest potęgowane obecnością wielu świątyń buddyjskich w wersji wietnamskiej. Zawsze kolorowe, a w okresie święta Tet – szczególnie przystrojone kwiatami i licznie odwiedzane przez wiernych, którzy zapalają kadzidełka, składają ofiary pieniężne i owocowe oraz – oczywiście – modlą się. Co do tych ostatnich, to mam wątpliwości, czy dziś stanowią większość w świątyniach. Fotografujących białasów jest równie dużo. A propos turystów. Osobie nieprzyzwyczajonej do widoku Azjatów trudno jest odróżnić miejscową ludność od przybyszów z Japonii, Korei czy choćby pobliskiej Tajlandii. Płaskorzeźbieni turyści, jak ich określał Adam, wtapiają się w lokalesów tworząc pozornie jednorodną masę.
Wracam myślą do świątyń. Jest ich, oczywiście, wiele. Oglądanie ich może znużyć, tak jak męczące może być odwiedzanie po kolei meczetów w Iranie lub wizytowanie wszystkich kościołów w Rzymie. Tym niemniej zawsze można liczyć na coś ciekawego, na jakieś interesujące zdarzenie. Choćby i tu – w pagodzie przy …. Przed drugim z kolei ołtarzem (muszę nauczyć się ich określeń) klęczy Wietnamka i potrząsa tubą z wiązką patyczków czy kadzidełek tak długo, aż jeden z nich wypadnie. Mężczyzna – zapewne miejscowy mnich – podnosi patyczek z wróżbą na nowy rok i coś tłumaczy kobiecie.
W sąsiedniej pagodzie tłum Wietnamczyków kupuje u chłopaka – zapewne też mnicha – karteczki z życzeniami na nowy rok. Ale najczęściej wierni stają przed pierwszym ołtarzem, składają dłonie do modlitwy, czasem z palcami szeroko rozstawionymi i mruczą modlitwy. Często trzymają pomiędzy dłoniami kilka tlących się kadzidełek. Potem wtykają je w… inne miejsce. Ta ich religijność jest dość widoczna na ulicy. W Sajgonie zobaczę kierowcę miejskiego autobusu, który przed wyruszeniem na trasę zapala kadzidełka, modli się i „okadza” pojazd.
Następny dzień  Powrót do Wstępu   Powrót do Strony głównej