Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]


Siem Reap – Chang Khieap

wtorek, 31 I 2012


Wioski na wodzie | Problem z wynajęciem łodzi | Rejs po jeziorze | Odwiedziny w wioskach "lądowych" | Wieczorny wyjazd do Tajlandii


Dziś znów mam do dyspozycji rower wynajęty na cały dzień. W planie mam wyjazd nad jezioro Tonle Sap, stamtąd chcę zrobić sobie wycieczkę do pływających wiosek. Właściwie mógłbym skorzystać z wycieczki zorganizowanej za 10 czy 20 dolarów, ale uparłem się na indywidualną akcję. Przejeżdżam kilkanaście kilometrów nad jezioro, mijając po drodze kilka wiosek. Są niewidoczne z drogi, ich obecność jest sygnalizowana ozdobnymi kolorowymi, ornamentowanymi bramami. Drogi przechodzące przez te bramy prowadzą do wiosek ukrytych gdzieś w zielonej gęstwinie.

Ta lokalna atrakcja – wspomniane pływające wioski – to właściwie barki, na których zbudowane są domy, sklepiki i inne niezbędne obiekty dla mieszkańców. Można przeczytać, że powodem budowania tych pływających domów jest brak ziemi u chłopów, na której mogliby zbudować swoją chałupę. Zostali przeto rybakami. Myślę jednak, że sytuacja bardziej skomplikowana. Jezioro Tonle Sap jest połączone systemem wodnym z Mekongiem, rzeką gigantyczną i kapryśną, a poziom wody w Tonle Sap okresowo podnosi się o ładnych kilka metrów, zalewając okoliczne pola i wioski. W związku z tym utrzymywanie domu w bezpośredniej bliskości jeziora jest ryzykowne, a budowa domu na łodzi w prosty sposób rozwiązuje te zagrożenia: prawo Archimedesa i tu działa.

Zanim dojdę do niewielkiego portu, skąd odpływają łodzie wycieczkowiczów, przeglądam się zabudowaniom pobliskiej wioski. Większość domów, jeśli nie wszystkie, ma niecodzienną konstrukcję. Są zbudowane na wysokich palach, czasem pierwsze dwie kondygnacje są wykonane z żerdzi. To na wypadek, gdyby podczas rozlewu Mekongu poziom wody podniósł się. Dziś stan wody w jeziorze jest niski. Pod domami w cieniu rusztowań skupia się życie domowe. Tu ustawiona jest kuchnia, tu gospodynie przygotowują posiłki. Zwierzęta domowe zapędzane są do prowizorycznej zagrody pod domostwem, w ciągu dnia koguty i świnki kryją się w cieniu pod domem lub chodzą po podwórku ryjąc w ziemi w poszukiwaniu pożywienia. W porcie, przy przystani, zacumowało kilkanaście długich łódek. Jest tu i kasa. I jest też problem: nie sprzedadzą mi biletu pojedynczego, muszę wykupić całą łódź, a do łodzi mieści się 10 lub 12 osób.

– Czy jest możliwość dołączenia do grupy? – pytam.

– Nie. Grupy są tak zorganizowane, że wypełniają całą łódź.

Co chwilę podjeżdża bus i kolejne grupy turystów odpływają. Jestem wściekły, zaczynam żałować, że nie skorzystałem ze zorganizowanego touru. Dopytuję pilotów wycieczek, czy mnie nie dokooptują do grupy, ale niezbyt się kwapią. Na razie więc czekam, może znajdzie się więcej indywidualnych. Po godzinie zjawia się trójka Czechów i razem wynajmujemy łódkę. Zgrzytam zębami, bo w tym momencie koszt wynajmu roweru i łódki niebezpiecznie zbliżył się do ceny grupowej wycieczki.

Gdy wypływamy przez lejkowate zwężenie jeziora na pełną wodę, czuję się już odprężony, złość mi przechodzi. Nie jest źle, przecież płynę! Mija nas kilka innych łodzi. W zasięgu wzroku pojawia się też coraz więcej pływających domów. Większość łódko-domów jest przycumowana w pobliżu brzegu, od czasu do czasu ich mieszkańcy machają do nas przyjaźnie, coś tam krzyczą po khmersku. Czasem przepłynie obok nas łódź rybacka wyładowana rybami. Na „podwórkach” mieszkalnych barek dostrzegam rozwieszone sieci. Kobiety zajmują się oprawianiem ryb lub naprawą sieci. Cóż, takie życie na barce może być ciekawe. Największą atrakcją wydaje mi się możliwość zmiany sąsiadów od czasu do czasu.

W pewnym momencie mijamy dużą barkę z krzyżem – ani chybi wiejski kościółek. Podpływamy do większego zgrupowania barek połączonych ze sobą burtami. Dla wygody ich mieszkańców (i turystów, oczywiście!) pobudowano na barkach pokłady tak, by wygodnie było przechodzić z barki na barkę. Jeden z domów przeznaczono na knajpę, gdzie można się napić i zjeść; można również kupić parę pamiątek. Podczas gdy większość turystów siada wewnątrz, ja podglądam lokalne życie. Na sąsiedniej barce dwóch mężczyzn w popapranych smarami spodniach rozkręciło silnik łodzi i teraz dłubią w nim zapamiętale. Obok domu przepływa łódź wyładowana towarami tekstylnymi; część z nich powieszono na ustawionych na pokładzie wieszakach. Taki obwoźny sklep to wygoda dla klientów!

[Wioski khmerskie]

[Wyjazd do Bangkoku]

Następny dzień  Powrót do Wstępu   Powrót do Strony głównej