Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]
W poszukiwaniu jedzenia | Jak się dostać do Ubud? | Spacer po mieście | Kupujemy tour po okolicy | |
Ostatnie dwie godziny spędziliśmy, drzemiąc na lotniskowych ławkach w spokojniejszej części terminalu. Wstajemy, myjemy się i przechodzimy na taras, z którego rozpościera się widok na południową część Kuty. Najbliższa okolica tonie w soczystej zieleni, promienie porannego słońca oświetlają wystającą ponad drzewami bramę candi bentar.
Nieoczekiwanie zrobiła się 6:00 rano. Priorytetem jest dla nas coś zjeść i dokupić rupie, by przejechać do Ubud. Kuty, która właściwie jest częścią Denpasar, nie będziemy teraz zwiedzać. Będziemy mieć na to czas po powrocie z Flores.
Opuszczamy lotnisko i zapuszczamy się w plątaninę w wąskich uliczek. Tu co chwilę spotykamy hoteliki, nie są one listowane na Booking.com. Jak się wydaje, obecność licznych małych hoteli i guesthousów pozwala na bezproblemowe znalezienie noclegów już na miejscu.
Liczne są tu również świątynie (pura*/) poukrywane w ogrodach. Nie zatrzymujemy się, na podziwianie podobnych świątyń będziemy mieć czas w Ubud. Ze względu na wczesną porę, część knajpek jest jeszcze zamknięta. Podobnie jest z kantorami, które najczęściej są otwierane od godziny 8:00. Po chwili jednak siedzimy w małym barze i w towarzystwie młodych Indonezyjczyków zjadamy ciepły posiłek.
– Całkiem przyzwoite ceny: 17 000 rupii – zauważam, zjadając ryż z warzywami.
– Ile to będzie w złotych?
– Niecałe 5 złotych.
Wymieniamy 50 euro w kantorze naprzeciw i ruszamy w stronę centrum Kuty. Na mapie zaznaczony mam dworzec autobusowy w odległości jakichś 3 km. To kawał drogi, zważywszy, że jesteśmy obładowani plecakami.
– Może zatrzymamy jakąś okazję? – pytam, widząc niezbyt zadowoloną miną Renaty.
Jak na złość, po tych wąskich ulicach nikt nie jeździ, później jakiś gość oferuje podwózkę za 100 000 rupii. Spławiam go. Nasza męka okazuje się poniekąd niepotrzebna, gdyż trafiamy na dworzec autobusów miejskich. Miejscowi mówią, że trzeba podjechać na inny terminal. Przy wsiadaniu do wskazanego autobusu przy głównej ulicy pojawia się problem: w powszechnym użyciu są tu karty wieloprzejazdowe kasowane przy wchodzeniu i wychodzeniu z pojazdu. Kierowca może sprzedać takie karty, musimy je jednak zarejestrować w sieci*/. Sytuacja wydaje się nie rozwiązywalna: nie mamy dostępu do internetu. Z pomocą przychodzi nam miejscowe dziewczę, które rejestruje karty na siebie. Płacimy 100 000 rupii za 2 karty, Indonezyjka jest bardzo pomocna, tłumaczy, gdzie mamy wysiąść i jak się przesiąść.
Na terminalu Ubund przesiadamy się na autobus K2b i już na luzie jedziemy do Ubud. Do naszego celu jest raptem 25 czy 30 km, droga zajmie nam w sumie jednak dwie godziny. W autobusie nie ma tłoku, służy raczej tym mieszkańcom, którzy nie dysponują samochodem lub nie chcą korzystać z Graba lub Gojka, czyli lokalnego Ubera.
Jedzie z nami matka z dziećmi. Najwyraźniej to handlarka, gdyż jej starsza, ośmioletnia córka układa w koszyku ręcznie malowane wachlarze i bransoletki z koralików. Odnoszę wrażenie, że dziewczynka czuje się bardzo dorosła i chętnie stanęłaby zamiast mamy na targu.
Dostrzegam w autobusie naklejone na szybę znaczki z piktogramami określającymi, czego w autobusie przewozić nie można. Zawsze zwracam na nie uwagę, gdyż często można zauważyć w nich coś nietypowego. Oprócz zakazu przewozu duriana (to już wielokrotnie widziałem wcześniej w Tajlandii), zakazu przewozu broni (co już widziałem na Jawie), tutaj nie wolno molestować kobiet.
Większość drogi do Ubud spędzam z obiektywem wycelowanym za okno. Co chwilę wzdycham, że nie możemy się zatrzymać, by spokojnie obejrzeć te interesujące miejsca. A jest na co popatrzeć! W wioskach ciągnących się wzdłuż drogi co kawałek dostrzegam bramę candi bentar, za którą w ogrodzie skryte są mniejsze lub większe świątynie. Mury ozdobione są płaskorzeźbami, a przy ulicy ustawiono pomniki bogów lub innych strasznych postaci broniących posesji lub czuwających nad mieszkańcami. Uwagę zwracają małe świątyńki kryte trzciną. Inną atrakcją są liczne przydrożne zakłady i warsztaty. Produkcja odbywa się poniekąd na oczach przechodnia czy przejeżdżającego. O ile w Maroku dominowały zakłady garncarskie i tkackie, to specjalnością Bali zdają się być zakłady kamieniarskie, w których ze skały wulkanicznej powstają te kamienne posągi. Często widać także zakłady stolarskie, w których z olbrzymich pni lub desek wytwarzane są pięknie rzeźbione drzwi i łóżka.
– Nasz hotel jest niedaleko stąd – mówię, patrząc na mapę w komórce.
Skręcamy w kolejną przecznicę. Może i jest tu nasz hotel, ale całkiem dobrze ukryty. Żaden z okolicznych budynków nie ma szyldu z nazwą naszego guesthouse'u. Dziewczę z lokalnej knajpki wskazuje nam bramę, przez którą musimy przejść. To faktycznie tu. Budynek hotelowy położony jest w ogrodzie, po schodach wchodzimy do galerii i dalej na taras. Miejsce, w którym będziemy nocować, wygląda fantastycznie. Na ścianach wiszą płaskorzeźby przedstawiające bogów hinduskich, są tu również rzeźbione panele przedstawiające sceny z Mahabharaty, a drzwi do pokojów obramowane rzeźbionymi w kamieniu futrynami. Nawet sufity, z których zwisają duże żyrandole, pokryte są rzeźbionymi plafonami.
W ogrodzie postawiono sporą altanę z charakterystycznym, półokrągłym dachem krytym drewnianym gontem, a przestrzeń między budynkami wypełniona jest soczystą zielenią. Na słupach wiszą donice z paprociami, asplenium i alokazjami, pomiędzy nimi stoją kamienne posągi Wisznu oraz klatki ze śpiewającymi ptakami, a z okapów zwisa "broda proroka". Tych donic powieszonych na kolumnach, na krawędzi dachów lub ustawionych bezpośrednio na ziemi jest mnóstwo. Zieleń scindapsusów, marant, młodych kokosów, kwitnących migdałowców, plumerii i innych nieznanych mi krzewów tworzy taki gąszcz że poczuć się można jak w dżungli. Tu i ówdzie ustawiono niskie stoliki i wygodne wyścielane fotele. Całość tworzy niemal rajski obrazek. Pokój nasz wygląda natomiast nieco skromniej. Jest duży, z dużym łóżkiem i łazienką, ale bez szału. Spędzimy tu dwie noce. A wszystko to za niecałe 100 zł.
Rozpakowujemy się i bez zbędnej zwłoki ruszamy na spacer do miasta. Jest sporo rzeczy do załatwienia. To mój drugi pobyt w tym mieście, ale i tym razem zachwycam się każdym miejscem, obok którego przechodzimy. Zachwycam się wszystkimi kamiennymi bramami, ozdobnymi płaskorzeźbami, zachwycam się murami z kamiennymi rzeźbionymi panelami, także małymi świątynkami domowymi ustawionymi w narożnikach ogrodów i zwieńczonymi ażurowymi zwieńczeniami. Nagromadzenie tych ozdób rzeźb płaskorzeźba i innych detali jest niesamowite. Znów mam wrażenie, że można by tu chodzić bez końca.
– Napiłabym się kawy – mówi Renata. – Mało co spałam dziś w nocy.
Wstępujemy do lokalu przy głównej ulicy i tu spędzamy czas na pięterku, obserwując z poziomu tarasu życie ulicy.
Dziś mamy do załatwienia jedną sprawę: zorganizować na jutro wycieczkę po okolicy. Praktycznie nigdy nie zdarza mi się bukować miejscowych wycieczek, czy też miniobjazdów wcześniej przez internet, zostawiam to zazwyczaj na ostatnią chwilę. Ceny w sieci są z reguły wyższe niż negocjowane na miejscu. Wolę na miejscu poznać ofertę i wtedy podejmować decyzję. Tak zrobiłem, jadąc na Salar de Uyuni i organizując safari na Cejlonie. Doświadczenie mnie uczy, że na ogół nie ma z tym problemu, a ceny są łatwiej negocjowalne. Dlatego też zrezygnowaliśmy z kupowania wycieczki na Komodo w Polsce; zrobimy to po przylocie do Labuan Bajo.
Zaglądamy do biur kilku organizatorów wycieczek. Oferty zasadniczo są zbliżone. Zdaję sobie sprawę z tego, że część z nich to tylko naganiacze pracujący dla innych biur dysponujących własnym transportem. Decydujemy się na objazd po 4 site’ach: Tegenungan Waterfall – Goa Gajah – Pura Tirta Empul – Tegallalang, pozostawiając bardziej odległe atrakcje na ewentualny wypad, gdy będziemy nad jeziorem Batur, nad które udamy się za dwa dni. Trzy miejsca spośród czterech, które są w planie wycieczki znam, ale nie robię z tego problemu.
Toury na miejscu
Wycieczki jednodniowe:
• objazdówka po Kapadocji
• objazdówka po PN Nemrut Dagi
• objazdówka po Wadi Rum
• rejs na snurkowanie w zatoce Akaba
• safari na Erg Chebbi
• wycieczka do Doliny Królów
• wycieczka do Wysokiej Tamy, wyspy File
• nurkowanie w Hurghadzie
• wycieczka po zatoce Ha Long
• objazd Świętej Doliny
• rejs na wysepki z Kota Kinabalu
• safari w PN Udawalawa
• rejs na wysepki z Bohol
• tour PN Sumidero
• tour po Delcie Mekongu
Wycieczki z noclegami:
• trekking w dżungli z Chiang Mai
• tour w PN Chitwan
• tour po Salar de Uyuni
• wycieczka do Machu Picchu
Wynajęty transport:
• na Wyspach Sołowieckich
• rejs po Gangesie
• rejs po Morzu Lakkadiwskim
• rejs feluką po Nilu
• transport do Abu Simbel
• transport do kanionu Colca
• transport do Tikal
• transport do PN Masaya
• transport do podziemnej rzeki Puerto Princesa
– To będzie wycieczka grupowa czy prywatny tour? – dopytuję.
– Cztery osoby, prywatny tour. Możecie zdecydować się na wyjazd we dwójkę lub we czwórkę. Z tym, że jeśli nie uzbierają się cztery osoby pojedziecie we dwójkę.
– I wtedy cena jest niższa?
– Tak, 500 000.
– Okej. To obniżymy do 400 tysięcy i jedziemy.
Widzę wahania w oczach Indonezyjczyka, ostatecznie akceptuje moją propozycję. Wpłacamy zaliczkę i idziemy coś zjeść.
Siadamy w stylowej knajpce na werandzie, z której roztacza się widok na ulicę, zamawiamy posiłek i kawę.
– Tu gdzieś musi być takie miejsce – mówię. – Z przepiękną świątynią, muszę cię tam zaprowadzić.
Pamiętam z poprzedniego wyjazdu śliczną, rzeźbioną (wszystkie tu są rzeźbione!) świątynię (Pura Taman Kemuda Saraswati) usytuowaną przy głównej ulicy, choć nieco w głębi. Teraz, jak na złość, możemy jej znaleźć.
– Koniecznie chcę ci ją pokazać! – Nie ustępuję.
W końcu, trafiamy na właściwe miejsce. Pomiędzy ogrodzeniem a restauracją odnajdujemy przejście, a parę metrów dalej… kasę!
Jestem oburzony.
– Przecież poprzednim razem wejście było za darmo! – złoszczę się.
– Wszystko się zmienia... – filozoficznie stwierdza Renata.
Wstęp za 40 000 rupii wydaje się kwotą wygórowaną.
– Chodź stąd! – mówię do Renaty i zaciągam ją do sąsiadującej w restauracji.
Teraz już spokojnie, lawirując między stolikami, podchodzimy na tyły restauracji. Stąd już świątynia poświęcona Saraswati jest widoczna jak na dłoni.
Opis. Hellenia speciosa, znana jako imbir krepowy, to wieloletnia roślina zielna z rodziny kostowatych (Costaceae). Wyróżnia się spiralnie ułożonymi liśćmi oraz efektownymi, białymi kwiatami z czerwonymi przylistkami. Jest ceniona w medycynie tradycyjnej oraz jako roślina ozdobna.
– Kiedy pójdziemy oglądać małpy? – pyta Renata.
Małpi Las opatrzony przydomkiem „święty” znajduje się około 2 km od centrum Ubud i jest jedną z najczęściej odwiedzanych atrakcji w regionie. Z tego, co wiadomo, makaki żyły tam od dawna. Były częścią świętego lasu i traktowano je jako zwierzęta związane z duchowością. Ludzie nie chodzili tam, by je oglądać, lecz do świątyń, które powstały jeszcze w XIV wieku. Zwierzęta były tolerowane, a nawet szanowane, ale nie stanowiły atrakcji. Dopiero rozwój turystyki w Ubud sprawił, że odwiedzający zaczęli zwracać uwagę na małpy, a lokalna społeczność zaczęła świadomie traktować je jako element przyciągający turystów. Zaczęto je dokarmiać i oswajać z obecnością ludzi.
– Możemy iść teraz dzisiaj, nie wiadomo, o której jutro wrócimy z wycieczki.
– No, to chodźmy.
– Jeśli masz siłę.
– Tak, chodźmy – mówi zdecydowanym głosem Renata.
Pół godziny później jesteśmy na miejscu. I tu chyba się zmieniło, wstęp jest płatny. Teren jest ogrodzony, ale pamiętam, że płot po drugiej stronie był uszkodzony i można było wejść za darmo. Teraz z oczywistych powodów nie będziemy próbować takiego wariantu.
– Kupisz bilety? – podaję pieniądze w Renacie i idę fotografować pomarańczowe karpie pływające w pobliskim stawie sadzawce.
Sadzawka jest otoczona kamiennymi donicami z wielkimi filodendronami podwójnie pierzastymi (Philodendron bipinnatifidum), w pobliżu dostrzegam również kwitnącą sanchezji (Sanchezia oblonga), także rodem z Ameryki Południowej.
Bilety po 8000 IDR, czyli 20 PLN sprzedawane są w okrągłym pawilonie. Chwilę to trwa, gdyż chętnych dziś jest sporo.
– No, gdzie są te małpy!? – zastanawiam się po przejściu kilkuset metrów. – Czyżby wyginęły podczas pandemii?
Pamiętam, że podczas tamtego spaceru było wszędzie mnóstwo małp, po ścieżkach chodziły cały stada. Moja niecierpliwość jest jednak nieuzasadniona: po przejściu niewielkiego tunelu spotykamy pierwsze osobniki makaków. To te same makaki krabożerne (Macaca fascicularis), które oglądaliśmy w Batu Caves. Od tej chwili widzimy je w coraz większej liczbie w miarę, jak przesuwamy się w głąb parku. Jak by je dobrze policzyć, byłoby ich co najmniej 1260. Tyle przynajmniej zewidencjonowano w 2013 roku. Makaki nie są zbyt duże, te mniejsze można by uznać za maskotki ;-). Małe małpki uganiają się za sobą, te większe i starsze zachowują się bardziej poważnie. Zwracam uwagę na starego samca, ma zabawne białe wąsy, jakby równo przystrzyżone przez małpiego golibrodę. Siedzi spokojnie i uważnie obserwuje otoczenie. Wiele osobników podchodzi do turystów z nadzieją, że dostaną coś dobrego. A jeśli nawet nie zostaną poczęstowane, to przynajmniej coś zwędzą ;-). Ale przecież Sacred Monkey Forest Sanctuary to nie tylko małpy. Chociaż można poczuć się tu jak w parku – wszędzie dobrze utrzymane alejki, także brukowane – to wokół obecna jest niesamowicie gęsta i bujna tropikalna przyroda. W dodatku znajdujemy się w nieco górzystym terenie, ścieżki są poprowadzone na różnych poziomach, możemy więc patrzeć na dżunglę z góry, z dołu i z boku :).
Wędrując tak dochodzimy do głównego placu, gdzie znajduje się świątynia Pura Dalem Agung Padangtegal. To jedna z trzech liczących co najmniej kilkaset lat świątyń, które tu zbudowano. Poświęcona jest balijskiemu bogowi o imieniu Sang Hyang Widhi Wasa, najwyższej istocie, absolutowi, od którego wywodzi się wszystko, co istnieje. No i bardzo czczonego i szanowanego na Bali. Tak bardzo, że Balijczycy zamknęli podwoje świątyni przed turystami. Pozostaje nam tylko przyjrzeć się przez szczelinę między blokami candi bentar – balijskiej bramy – bogato zdobionej fasadzie świątyni z rzeźbionymi głowami na wieży i trzema bramami z wielką demoniczną głową Bhomy nad środkowym wejściem. Przy ogrodzeniu stoi kryty strzechą bale kulkul z drewnianym tam-tamem umieszczonym na ornamentowanej podstawie.
I tu, na wspomnianym placu, można spotkać kilkanaście małp. Kręcą się między turystami, a może to odwiedzający Małpi Gaj spacerują między zwierzętami. I my przyglądamy się makakom. Duży dorosły osobnik przysiadł na krawężniku i wcina młode listki jakieś zapewne smacznej rośliny. Od czasu do czasu drapie się w zabawny sposób po podbródku. Obok samotna matka z dzieckiem. Siadła na murku i ułożyła swe maleństwo między tylnymi nogami. Rozgląda się wokół. Gdy jakiś starszy kuzyn podchodzi do nich, dziecko z zaciekawieniem sięga łapkami do niego. Dalej widzimy całą małpią rodzinkę: samica z podrośniętym dzieckiem między nogami żuje zielone pędy, samiec podrapał się po piersi i ze znudzoną miną wybrał się na przechadzkę. Na pobliskich kamieniach siedzą obok siebie dwa dorosłe osobniki z małymi młodymi. To dwie samice. Makaki żyją w grupach matrylinearnych — samice pozostają w swojej grupie rodzinnej całe życie. Ojcowie są raczej wyautowani. Małpie dzieciaczki wtulone są w ciała matek. Te je od czasu do czasu obejmują, iskają, obserwują swe pociechy.
Parę metrów dalej znajduje się niewielka sadzawka. Chłodna woda przyciągnęła kilka makaków. Jeden z nich dostrzegł coś unoszącego się na wodzie i nachyla się nad wodą, wyciągając w dół łapę. Traci równowagę i wpada do wody. Widok wyskakującego z wody mokrego pechowca wywołuje śmiech u obserwujących je turystów. Obok, starszy samiec wyjada wnętrze rozłupanego kokosa. Przypadkiem łupina wpada mu do wody, lecz zręcznie ją wyławia. Chociaż to całkiem zwyczajne zachowania, to z przyjemnością je obserwuję.
– Chodźmy dalej – proponuje Renata.
Leśną ścieżką przechodzimy do południowej części lasku. Tu odbywa się karmienie zwierząt. Dwóch pracowników parku przyniosło kilka arbuzów i zręcznymi cięciami noża rozdzieliło je na kawałki. Przez dłuższą chwilę przypatrujemy się, jak małpy zjadają posiłek. Chyba nie ma nikogo, to nie uśmiechnęłoby się do tych scen. Patrząc na stado, odszukujemy w zachowaniu poszczególnych osobników nasze ludzkie odpowiedniki. Oto starsza małpa-odludek wzięła swój kawał arbuza i odeszła na bok. Pochyliła się i spokojnie, można rzecz beznamiętnie, posila się. Tu samica z dzieckiem zjada swoją część owocu, co i rusz odgania się przed łapkami malucha. Tam dorosły osobnik, dość agresywny i zapewne nienażarty próbuje odebrać młodszemu koledze przysługującą mu część. Jakie to wszystko... ludzkie!
Czy lubię oglądać małpy? Chyba nie bardziej niż inne zwierzęta. Chociaż, zdaje się, łatwiej je zrozumieć niż zachowanie pająków. Uświadamiam sobie, że spośród "dzikich" zwierząt, małpy należą do tych najczęściej przeze mnie spotykanych podczas trampingów. Do najfajniejszych wspomnień należy obserwacja japońskich makaków (Macaca fuscata) w ciepłych źródłach w w Yamanouchi (Japonia) oraz wizytę w rezerwacie Charco Verde na wyspie Omatepe (Nikaragua), gdzie obserwowaliśmy wyjce (Alouatta palliata).
W drodze do wyjścia zaglądam jeszcze do nieco zapomnianych i mniej odwiedzanych budynków ukrytych w zielonym gąszczu. Na kamiennych płaskorzeźbach pokrywających mur zewnętrzny widoczne są sceny z życia mieszkańców Bali. Renata się niecierpliwi, chciałaby już wracać do hotelu.
Wracamy do miasta. Zapadł już zmrok, kawiarnie i knajpy wypełniły się ludźmi. Przechodząc obok sklepu z butami, nie mogę się oprzeć przed wstąpieniem do środka. Można powiedzieć, że robię to z przyzwyczajenia. Interesuje mnie nie tyle moda, co wzornictwo, użyte materiały i rozwiązania technologiczne. Pamiętam, jakie wrażenie w sklepie w Meksyku zrobiło na mnie obuwie wykonane technologią wtrysku dwukomponentowego. Także obuwie dzianinowe, które było na sklepowych półkach w Wielkiej Brytanii w czasach, gdy w Polsce jeszcze nie umiano ich produkować. Tu, w Ubud królują tworzywowe klapki. To zrozumiałe w tym klimacie. A jednak to, co widzę, robi na mnie duże wrażenie: na półkach są nie setki, a tysiące klapków różniących się wzorami, kolorami i rozmiarami!
Przed kolacją sprawdzam nasze zapasy jedzeniowe.
– Przydałoby się jeszcze coś kupić do jedzenia na jutro. Przejdę się może.
– Kup dla mnie coś dobrego, może jakiś serek.
Chociaż Ubud to stosunkowo duże miasto, brakuje tu "normalnych" supermarketów, nie ma też odpowiedników Biedronki czy Lidla. Idę ze 2 kilometry, by znaleźć otwarty o tej porze sklep Seven Eleven. I chociaż ta międzynarodowa sieć sklepów jest uważana za tańszą, to tutejszy sklep niewiele ma do zaoferowania. Wybór towarów jest makabrycznie ubogi. Nie ma porównania z polskimi sklepami – nawet na wsi, gdzie zawsze jest pieczywo w szerszym wyborze, jest nabiał, są wędliny i owoce. Tu, jeśli nawet są owoce, to zwiędnięte i nadpsute albo zapakowane w małych ilościach na styropianowych tackach ze znacznie wyższą ceną niż w Polsce. Trudno kupić chleb, nie mówiąc o wędlinie. Na półkach dominują słodycze i fast foody w małych opakowaniach. Kupuję więc colę, wodę, chińskie zupki dla siebie i coś jakby jogurt w małych pojemnikach. Próbuję dopytać sprzedawczyni, co jest w środku, ale nie potrafi wytłumaczyć. Jutro jej powiem ;-). Wracam do naszego "pałacu" i zdaję relację.
– Wiesz, że ta cholera w sklepie próbowała mnie oszukać?
– Jak to?
– Zapłaciłem, a ta nie chciała mi wydać paragonu. W końcu go oddała wraz z resztą wynikającą z naliczonym rabatem.
Zjadamy kolację, Renata jeszcze myje głowę. Później, leżąc już w łóżku, słyszę jakąś melodię. Zaciekawiony, zrywam się i wychodzę na taras. Muzyka dobiega ze świątyni położonej po przeciwnej stronie ulicy.
Ubieram się szybko i zbiegam na dół. Kierując się dźwiękami hinduskiej melodii wygrywanej, jak początkowo przypuszczam, przez jakiś automat, wchodzę na teren ogrodu otaczającego świątynię. Tu, przy drewnianym otwartym pawilonie zgromadziło się kilkanaście osób. A właściwie – mężczyzn. Niektórzy zawiązali na głowie udengi – tradycyjnych nakryciach głowy na Bali, noszone podczas ceremonii religijnych i uroczystości. Grają na kilku rodzajach instrumentów perkusyjnych tworzących zespół czy też zbiór zwany gamelanem. Między innymi dostrzegam saron – tradycyjny balijski idiofon przypominający ksylofon, w którym charakterystyczny dźwięk powstaje przez uderzanie drewnianym młotkiem w metalowe płyty. Od czasu do czasu słyszę wibrujący głos kempula – balijskiego gongu zawieszonego na ramie. Muzyka jest monotonna, ale relaksująca. Powietrze wciąż gorące i parne, a pobliski hotel z kamiennymi płaskorzeźbami i kwitnącymi krzewami w ogrodzie prezentują się fantastycznie w blasku lamp. Jest nastrój!
_________________________________
*/ Pura jest Niezbędne jest zarejestrowanie w sieci Teman Bus. Karty, które otrzymaliśmy to Mandiri E-Money. Zasadniczo są one dostępne tylko dla mieszkańców wyspy i długoterminowych rezydentów. W 2025 roku aplikację Teman Bus zastąpiła rządowa aplikacja Mitra Darat. System jest w 100% bezgotówkowy i wymaga konkretnej indonezyjskiej elektronicznej karty pieniężnej przedpłaconej Mandiri E-Money (Bank Mandiri) BCA Flazz (BCA) BNI TapCash (Bank Negara Indonesia) BRI Brizzi (Bank Rakyat Indonezja). Karty te są sprzedawane w sklepach spożywczych, takich jak Indomaret lub Alfamart lub bezpośrednio w oddziałach banków.