Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]


Tajpej – (KUL) – Denpasar

środa, 19 VI 2021


Wrażenia z Tajpei | Segregacja w kibelku | Nocny lot


Ostatni dzień w Tajpej. Ostatecznie budzę się o godzinie 7:00 i składam swoje rzeczy. Renata wczoraj zapowiedziała, że będzie spać do oporu, bo musi przespać się przed nocnym lotem. Słusznie!

Około 12:00 będziemy transferować się na lotnisko, zapewne pójdziemy jeszcze na krótki spacer. Ale już teraz mogę podsumować moje wrażenia ze stolicy Tajwanu. Nowoczesne miasto z kilkoma atrakcjami, ale z pewnością nie oszałamia. Ani współczesną architekturą, ani spektakularnymi zabytkami. Dzielnice biznesowo-biurowe i centra handlowe są podobne do tych w innych miastach. Nie ma tu wyraźnie starszej dzielnicy z niską zabudową pełnej knajpek i świątyń, gdzie można byłoby włóczyć się bez końca i tanio zjeść. Ale trudno oczekiwać "China Town" na chińskiej wyspie. Budynek Taipei 101, aczkolwiek bardzo atrakcyjny, nie zrobił na mnie aż tak wielkiego wrażenia. Może dlatego, że znajduje się w mało atrakcyjnym otoczeniu i nie jest tak eksponowany, jak Burj Khalifa lub Petronas Towers. Już bardziej spodobało mi się mauzoleum Chang Kaj-szeka z olbrzymim placem, ogrodami i budynkami użyteczności publicznej wokół. Trochę zawiodłem się na Muzeum Narodowym, ale spacer wśród szkieletów dinozaurów w sąsiednim muzeum w siedzibie banku był przecież interesujący.

– Nie spodziewałem się, że w środku pory deszczowej będzie tak ładna pogoda – mówi Renata, gdy wychodzimy z hotelu.

Tym razem kierujemy się w kierunku północnym, gdzie spodziewamy się pooglądać uliczki ze starszą zabudową. Faktycznie, po minięciu nowoczesnych budynków w okolicach dworca kolejowego, trafiamy na kwartał z tradycyjną XIX-wieczną zabudową. To spokojna dzielnica. Nie ma tutaj wielu sklepów czy knajp, a te, na które trafiamy, obsługują lokalną społeczność. Jest dziś powszedni dzień, większość mieszkańców zapewne jest teraz w pracy. Na ulicach panuje cisza i spokój. Między nowszymi budynkami trafiają się i takie, które pamiętają czasy przedwojenne. Niektóre z nich mają piękne fasady z półkolumnami, fryzem i medalionami. Widok psują wiązki kabli i klimatyzatory wystawione na zewnątrz. Mieszkańcy starają się jednak poprawić wygląd otoczenia i uprzyjemnić życie. Brakuje tu parków, więc na wąskich uliczkach powstały mini-ogródki przy bramach. Czasem to kilka dużych donic z papają, kokosem lub filodendronem.

Zaglądamy jeszcze pod podcienia ze stoiskami. Namawiam Renatę na jakąś bluzkę lub sukienkę, wiem, że lubi sobie przywieźć jakiś ciuch do domu. Tajwańska moda jednak nie trafia w jej gust. W przejściu podziemnym znów trafiamy na salę z automatami, którymi można łowić maskotki. Tym razem lokal wygląda na samoobsługowy.

– Poczekaj! Zaraz cię dogonię – mówię do Renaty.

Sekundę wcześniej zobaczyłem nietypową plakietkę na ścianie budynku. Zawracam i robię zdjęcie. To tablica informacyjna „防空避難 Air Defense Shelter”, wskazująca dojście do schronu przeciwlotniczego. Cóż, Tajwan to kraj, w którym zagrożenie atakiem ze strony Chińskiej Republiki Ludowej jest realne. Niecałe 200 kilometrów dalej znajduje się potężny sąsiad dysponujący 400 głowicami jądrowymi, 10-krotnie większą armią, sześciokrotną przewagą w powietrzu i wielokrotnie potężniejszą marynarką wojenną. Ciekawe, kiedy u nas pojawią się takie tabliczki.

Jest 11:45, musimy się wymeldować do 12:00, by nie płacić dodatkowych 2000 TWD. Odbieramy bagaże i idziemy na stację metra MRT.

Przejazd metrem na główne lotnisko (Taoyuan Airport) w Tajpej jest najprostszą i najtańszą opcją. W automacie kupujemy żetony po 160 TWD, a więc znacznie drożej iż na terenie miasta. Ale też i podróż będzie dłuższa – około 30 kilometrów (metro obecnie jest przedłużone o kolejne 15 kilometrów do dzielnicy Zhongli w Taoyuan). Do wyboru mamy fioletową linię ekspresową (Express Line) lub niebieską „zwykłą” linię podmiejską (Commuter Line). Przejazd tą pierwszą trwa 35-38 minut, druga jest wolniejsza o 12 minut. Dość szybko metro wyjeżdża na powierzchnię, tak więc możemy z okien pooglądać panoramę Nowego Tajpei, a potem Taoyuan. Wysiadamy na Terminalu 2.

Pogoda jest słoneczna i nic nie wskazuje na to, żeby w Tajwan uderzył jakiś tajfun. A właśnie kataklizmów pogodowych w rodzaju burz uniemożliwiających start samolotu obawialiśmy się. Teoretycznie wciąż może zdarzyć się trzęsienie ziemi, ale przyznam szczerze, że kładąc się spać w hotelu na wyspie, ani razu nie pomyślałem o tym, że trzeba będzie w nocy uciekać z budynku.

Zgłodnieliśmy. Chociaż staraliśmy się rano najeść, teraz w oczekiwaniu na odlot samolotu, nasze żołądki dały znać o sobie. Knajp ma lotnisku jest pełno, wybieramy jedną z tańszych.

Do otwarcia bramek zostało jeszcze trochę czasu. Nudzę się trochę.

– Przejdę się jeszcze.

Spacerując po pasażach, trafiam na dość nietypowe miejsce. Na wielu lotniska spotykałem miejsca przeznaczone do modlitwy – kapliczkę lub meczecik, ale tu lotnisku w Tajpej zadbano o większą rzeszę wiernych. Oto przede mną trzy pary drzwi różniących się jedynie symbolem religii: mamy tu więc: półksiężyc, swastykę i krzyż. Kusi mnie, by po kolei odwiedzić te przybytki, ale się powstrzymuję.

Samolot faktycznie odlatuje o czasie. Żegnaj Tajwanie!

Tym razem lot będzie troszkę dłuższy, musimy dodatkowo przemierzyć całą wyspą. Przelatując później nad Morzem Południowochińskim, widzę światła dziesiątków statków rybackich. Ustawione są w regularnych odstępach od siebie, jakby każdy miał swój region połowu.

Na lotnisku w Kuala Lumpur jesteśmy o 21:00. Jak wspomniałem na początku, ta przesiadka była dla mnie najbardziej ryzykownym elementem trampingu. Jak się za chwilę okaże, mamy dodatkową godzinę czasu, gdyż samolot do Denpasar jest opóźniony. Tym razem obywa się bez pokazywania arrival card. Być może system przy odprawie paszportowej pokazuje, że formularze zostały przez nas już wypełnione, A może potraktowano nas jako pasażerów transferowych. Widzę, że Renata podnosi się z ławki.

– Przespałaś się trochę?

– Trochę. Która godzina?

– 23:30. Samolot jest spóźniony.

– A, dobrze! – mówi sennym głosem i kładzie się z powrotem.

– O, nie, nie! Idziemy do bramek – protestuję.

Cztery godziny później podchodzimy do lądowania w Denpasar. Zaczyna świtać. To wciąż nie koniec naszej podróży z Tajwanu do Indonezji. Musimy jeszcze kupić wizę indonezyjską i jakoś przetrwać do rana. Jeszcze parę lat temu wizy nas nie obowiązywały. Nie wiem, czym było podyktowane wprowadzenie wiz dla Polaków i mieszkańców Unii; dość, że musimy zapłacić po 540 000 rupii. Płacimy w euro, unikając ewentualnie niekorzystnego kursu na lotnisku, a resztę dostajemy w rupiach. Zaczyna się najważniejsza część trampingu.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej