Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]
Strategia przy śniadaniu | Wszystko tu mają... | Niezwykłe formy geologiczne | Motyle wśród wawrzynów i... ulewa | Dwa muzea | Robot konwersuje z dzieckiem
Wstajemy przed 7:00. Spało się wyśmienicie w tym luksusowym hotelu. Dzisiaj chcemy pojechać do miejscowej atrakcji – parku geologicznego Yehliu na północnym krańcu wyspy. Pierwotnie rozpatrywałem wyjazd do doliny Xiaoyoukeng z gorącymi źródłami znajdującej się na północnych przedmieściach Taipei (w kierunku parku narodowego Yangmingshan), Renata jednak zdecydowała o wyjeździe do Yehliu. Niech będzie!
– To nawet sensowne, że nie trzeba przykładać karty hotelowej przy zjeździe w dół – mówię, jadąc windą na śniadanie.
– W razie ewakuacji nikt nie będzie przecież szukać karty – przytakuje Renata.
– Ciekawe, czy potrzebujemy tych kwitków na śniadanie – zastanawiam się, widząc, że młody Chińczyk ściska w dłoni jakiś kupon.
Oczywiście, są potrzebne. Dostajemy w recepcji bez problemu.
– Aha, jeszcze na jutro potrzebujemy – przypominam sobie.
– A czy przypadkiem nie macie tych kuponów w kartoniku, który dostaliście przy meldowaniu się?
– Rzeczywiście tam były te karteczki – przypomina sobie Renata – Odniesiemy.
Póki co idziemy na śniadanie serwowane w postaci stołu szwedzkiego. Renata nakłada sobie na początku skromną porcję owoców i zanosi do stolika.
– Ja najpierw zawsze zabezpieczam owoce, bo na all inclusive najszybciej znikają – tłumaczy się dziewczyna.
– Ale masz przyzwyczajenia! – śmieję się.
Zjadamy obfite śniadanie, biorę również coś w rodzaju zupy z białymi kostkami jakby rozmokniętego białego sera.
– Będę musiał sprawdzić, co to jest...
– Nie wiesz? To tofu! Nie jest to jednak klasyczne japońskie tofu ( 豆腐, 豆富 tōfu), znany od ponad tysiąca lat produkt z soi, otrzymywany w procesie koagulacji napoju sojowego, czyli mleka sojowego. Tu raczej podano douhua (豆花) wyrabiane z jedwabistego tofu. W Chinach kontynentalnytch nazywane jest także doufuhua (豆腐脑) lub tau foo fah. W południowych Chinach i tu, na Tajwanie, jest podawane w wersji słodkiej, podczas gdy Chińczycy z północy wolą solone doufunao.
Podjeżdżamy niebieską linią z dworca głównego na stację Zhongxiao Dunhua. Tu znajduje się przystanek autobusu nr 1815 jadącego bezpośrednio do geoparku.
– Czy z tego przystanku jadą autobusy do Yehliu czy w przeciwnym kierunku? – pytam chłopaka w wieku około 16 lat. Ten przez kilka dłuższych chwil studiuje rozkład jazdy, potem sprawdza w komórce autobus i potwierdza.
– Co za sierota! – komentuję – nie potrafi przetworzyć zawartej w rozkładzie jazdy.
– Czasy są teraz takie. Młodzi ludzie znają się na komórce, ale nie potrafią orientować się w świecie...
Teoretycznie 1815 jeździ co 15 minut, ale wsiadamy dopiero po 20-minutowym oczekiwaniu. Kierowca, widząc, że nie mamy T-passów, daje "państwowe" karty i każe przyłożyć do czytnika. Zabieramy je ze sobą, skasujemy je na koniec podróży i wtedy się rozliczymy z kierowcą. Trasa naszej wycieczki początkowo prowadzi drogami szybkiego ruchu po estakadach wijących się wśród wzgórz otaczających miasto.
– Podoba mi się tutaj.
– Tak, ta przyroda jest taka soczysta... – zachwyca się Renata.
– I tak blisko mają tu w góry.
– I nad morze!
– Ale na nartach nie pojeżdżą.
Po lewej i po prawej stronie drogi co chwilę otwierają się widoki na głębokie doliny pokryte lasami. Tworzą je głównie są to kępy bambusów, wiśni indyjskich (Cordia dichotoma), klonów japońskich (Acer japonicum), wawrzyny z gatunku Phoebe zhennan i Machilus nanmu oraz ambrowca tajwańskiego (Liquidambar formosana). Góry tu niewysokie, więc daglezji i choin tu mało. Poniżej estakad, którymi jedziemy, ciągną się małe wioski, a tereny w dolinach rzek przeznaczone są na niewielkie poletka ryżowe i inne uprawy: palm kokosowych, bananowców. Po około 15 kilometrach skręcamy z głównej drogi, omijają górnicze miasteczko Jiufen, które jest znaną atrakcją turystyczną. To tam, w dziś opuszczonej kopalni, wydobywano ongiś złoto. Być może, gdybyśmy mieli więcej czasu, odwiedzilibyśmy to miejsce. Średnio nam na tym jednak zależy.
Droga teraz wije się wśród wzgórz, a autobusem zarzuca na obie strony. Wielokrotnie wjeżdżamy do tuneli, a na niektórych odcinkach pokonujemy 180 stopniowe serpentyny. Obiektywnie muszę przyznać, że są tu atrakcyjne miejsca dla górskich trekkingów. Pytanie tylko, czy trzeba się przedzierać przez te lasy, czy też są tam wyznaczone jakieś szlaki.
Wraz z kilkoma pasażerami wysiadamy w centrum miasteczka Yehliu. Od razu widać, że to miejscowość turystyczna. Na wielu budynkach wiszą chińskie i europejskie oznaczenia hoteli, a przy ulicy pełno jest barów i restauracji. Jak przystało na portowe miasteczko, potencjalnych klientów zachęca się widokiem akwariów, w których stłoczone są olbrzymie ryby, homary i skorupiaki. Chociaż przez wodę w zbiornikach cały czas przepuszczane jest powietrze, to kiepska to pociecha dla 70-centymetrowych ryb, które być może za kilka godzin wylądują na stole. Mijamy port z kilkunastoma kutrami rybackimi. Część stateczków tu zacumowanych służy do przewozu pasażerów i te mają rozwieszone na pokładzie dziesiątki lampionów i latarń. Zielony chodnik doprowadza nas do skrzyżowania. Tu w lewo można dojść do widocznej z daleka kolorowej świątyni taoistycznej Noyanagi Ninna no Miya Sukura. My idziemy w prawo, priorytetem jest geopark.
– 120 dolarów, do wytrzymania – stwierdzam.
– To było do przewidzenia, że takie miejsce będzie płatne – dopowiada Renata.
Chwilę spędzamy w klimatyzowanym pomieszczeniu z wielkim ekranem. Cóż, muszę przyznać, że filmik przedstawiający uroki tego rezerwatu przyrody jest zachęcający. Geopark mieści się na długim i wąskim cyplu wychodzącym w morzu do pewnego stopnia przypomina półwysep Świętego Wawrzyńca na Maderze>, który odwiedziliśmy 2 lata temu. Jest oczywiście mniejszy i ma inny charakter. Jak się wkrótce zorientujemy, turyści koncentrują się na najbliższej części geoparku, gdzie po obu stronach półwyspu znajdują fotogeniczne formy geologiczne. Powstały w wyniku wietrzenia miękkiego osadowego materiału z twardszą pokrywą. W konsekwencji powstałe formy przypominają grzyby z ciemniejszymi kapeluszami.
– No, trochę mnie jednak dziwi, że można tu wchodzić między te skałki – stwierdzam.
Bo jeśli spojrzy się także pod nogi, to tu i ówdzie można dostrzec wyzierające spod skały amonity i szkielety innych zwierzątek sprzed milionów lat. Fotografujemy się na tle różnych skałek wzorem innych zwiedzających. Tuż nad morzem znajduje się seria "świeczników". To przysadziste "buły” mniejszymi "płomykami" na wierzchu. Jedna ze skał przypomina mi „kwokę” podobną do tej, którą widziałem na Białej Pustyni. Oczywiście wiele z tych skał ma swoje uatrakcyjniające je nazwy: „księżniczka”, „głowa królowej” i tak dalej. Wszystko to wygląda efektownie, szkoda tylko, że niebo jest pochmurne. Zresztą wkrótce zaczyna leciutko kropić. Za skałką przypominającą smoka skręcamy na ścieżkę oznakowaną „Bird watching”. Nie spodziewam się, abyśmy zobaczyli, jakiegoś ukrytego wśród konarów drzew śpiewającego ptaka. Potraktujemy spacer przez tropikalny las jako kontakt z naturą.
– Na wycieczce w Tajlandii miałaś mniej przyrody, prawda?
– Tak, tam w ogóle nie oglądaliśmy przyrody, zwiedzaliśmy tylko miasto – Renata wspomina swoją objazdówkę po Indochinach.
– No, to się cieszysz teraz?
– Tak, bardzo.
Idziemy grzbietową ścieżką. Po lewej stronie, u podnóża stromego, kilkudziesięciometrowego klifu widoczny jest szereg na wpół zatopionych skałek rozciętych prostopadłymi szczelinami jak szachownica. Po prawej nieprzebyty zielony gąszcz.
– Dżizas, jaki wielki! – jęczę na widok 10-centymetrowego motyla fruwającego między gałązkami wawrzynu.
Jest biały z czarnymi i bladożółtymi cętkami. Przysiada na chwilę na liściu i natychmiast odlatuje dalej. Z trudem udaje mi się go złapać w kadrze aparatu. To Idea leuconoe znany na wyspach Azji Południowo-Wschodniej motyl z rodziny rusałkowatych. Są i inne motylki, na przykład te niebieskie kilkucentymetrowe, które błyskają swymi skrzydłami niczym rozrzucone szafiry. Euploea tulliolus z plemienia danaid (rodzina rusałkowatych) ma niezwykłe skrzydła przybierające brązową lub szafirową barwę w zależności od oświetlenia. Dostrzegam również dużego, może siedmiocentymetrowego brązowego motyla, ale i jego nie udaje mi się sfotografować. Dochodzimy do punktu widokowego, w którym ustawiono w 1962 roku latarnię morską. Wieje chłodny wiatr, w cieniu pod zadaszeniem mamy chwilę wytchnienia. Już, już mamy schodzić, gdy rozpętuje się burza, a drobny deszcz przeradza się w ulewę. Po 15 minutach jest już po wszystkim.
– Uważam, że mimo wszystko udała się nam pogoda na Tajwanie. Taki deszcz może się zdarzyć w każdym kraju – mówi Renata.
Właściwie tylko dwa razy nam przeszkodził deszcz podczas zwiedzania: raz przeczekaliśmy ulewą w muzeum w Kuala Lumpur; drugi raz musieliśmy przełożyć spacer nad jeziorem Sun Moon Lake.
Szybkim krokiem schodzimy do Visitor’s Center. Tu jeszcze chwilę odpoczywamy w chłodzie i kierujemy się na przystanek autobusowy. Po 5 minutach oczekiwania ruszamy w powrotną drogę do Tajpej. Wycieczka do geoparku kosztowała nas razem z dojazdem (metro, autobus, wstęp) po około 10 euro. O 15:00 jesteśmy w centrum. Co by tu robić dalej?
– Proponuję dojść do hotelu, przebrać się i pójść do Muzeum Narodowego, a stamtąd do starej dzielnicy i tam zjeść.
– Pamiętasz, że chciałam zobaczyć nightmarket?
– Tak, pamiętam.
– Tak, gdzieś koło 18:00-19:00, bo potem chciałabym wrócić do hotelu i się wyspać.
Przed wyjazdem nastawiłem się na odwiedzenie jednego z muzeów: narodowego lub historycznego. To pierwsze znajduje się w parku przy drodze do Hali Pamięci Chang Kaj-szeka.
– Właściwie to wczoraj już mogliśmy odwiedzić, ale nieważne.
Muzeum kosztuje 30 TWD, czyli całkiem tanio. Interesująca jest klatka schodowa z białymi kolumnami i złoconymi głowicami kompozytowymi. Niestety, nie do końca można to powiedzieć o zbiorach. Główna kolekcja obejmuje głównie zbiory przyrodnicze, znacznie mniej jest zbiorów etnograficznych i obrazów, a na nie właściwie liczyłem. Tak czy owak, oglądamy flory i faunę Tajwanu, która w dużej części częściowo pokrywa się z przyrodą europejską. Wśród wypchanych ptaków dostrzegam warzęchę, oczywiście jest pełno kaczek, gęsi, czapli, orłów i sokołów. Jest tu trochę zbiorów paleolitycznych łącznie z olbrzymimi zębami mamuta i fragmentami kości, a także kompletny szkielet mamuta i mastodonta. Wśród artefaktów ceramicznych nie znajduję nic wyjątkowego, natomiast interesująca wydaje się kolekcja rzeźb "ludowych". Co prawda są dziewiętnastowieczne, ale pokazują lokalną kulturę "aborygenów". Postacie ludzkie są bardzo schematycznie przedstawione, mimo że rzeźby mierzą po kilkadziesiąt i więcej centymetrów. Być może ten wzór rzeźb był przekazywany z pokolenia na pokolenie i sztuka jakby zamroziła się przed wiekami. Zachwycające są natomiast niewielkie figurki z buddami i innymi bóstwami wykonanymi z różnych materiałów: fajansu, porcelany, brązu, drewna, jadeitu i tak dalej. Figurki mierzą od 20 do 70 centymetrów, są barwne i naprawdę mogą się podobać. Jest tu również spora kolekcja figurek (niestety XX-wiecznych) przedstawiających pary wieśniaków z różnych regionów Tajwanu. Typowa etnografia, ale interesująca. Z muzeum wychodzimy z uczuciem niedosytu.
– Poszukajmy teraz tego drugiego muzeum – proponuję.
Bilet do Muzeum narodowego obejmuje bowiem również wstęp do sąsiadującego z nim muzeum zlokalizowanego w dawnej siedzibie banku (Land Bank Exhibition Hall of National Taiwan Museum). Część zbiorów tu przedstawionych dotyczy oddziału japońskiego banku Nippon Kangyo Bank przejętego w 1945 roku przez tajwański Land Bank, druga część to zbiory paleologiczne.
Różnego rodzaju dokumenty związane i pamiątki związane z bankiem średnio mnie interesują. Uśmiecham się jedynie do ówczesnego wyposażenia biurowego: arytmometru oraz wielkiego, aczkolwiek prymitywnego kalkulatora. Ciekawszy jest już skarbiec bankowy, do którego prowadzą potężne stalowe drzwi zamykane na szeregach zasuw i zamków. Wewnątrz skarbca widać tysiące skrytek, rzecz jasna pustych.
W pozostałych salach zgromadzono to, co zachowało się po przedpotopowych zwierzętach żyjących miliony lat temu. W największym pomieszczeniu zgromadzono całkiem pokaźną kolekcją szkieletu dinozaurów i innych zwierząt z paleozoiku, mezozoiku i kenozoiku. Największe wrażenie robi huanghetytan (Huanghetitan) – zauropod z rodziny Huanghetitanidae. Mierzy ze 20 m długości i ma wysokość dwóch pięter. Poszczególne kości są dziesięciokrotnie większe niż ich ludzkie odpowiedniki. Szkieletowi można się przyjrzeć obchodząc go wokół na dwóch poziomach.
– To chyba największy z dinozaurów, które widziałem w muzeum – mówię. – Większy niż ten w muzeum w Ułan Bator. Ale... – zawieszam głos, pochylając się nad tabliczką – to jest tylko replika!
Cóż, oryginalny szkielet huanghe titana znajduje się w Chinach.
Są tu również i inne szkielety ustawione między nogami tego potwora lub podwieszone pod sufitem. Nad nami wisi gigantyczny pterodaktyl, jego skrzydła mają dwa metry rozpiętości. Nieco dalej widoczny jest szkielet gigantycznego wieloryba. Obok nas 8-metrowy szkielet zhongyuanzaura. Gad ma krótkie nogi, w ”kłębie” liczy 120 centymetrów i wyglądał jak 10-krotnie powiększony pancernik. Być może, bo było to 120 milionów lat temu. A dalej szkielety 10-metrowego elazmozaura (Elasmosaurus) z bardzo wyciągniętą szyją (stanowiącą ponad połowę długości zwierzaka). Pływał sobie po morzach i oceanach świata 80 milionów lat temu. A oto tarbozaur (Tarbosaurus). Pochodzi z niezbyt pokojowo nastawionej do świata rodziny tyranozaurów.
– Ale jaja! – wołam na widok gniazda dinozaurów z wielkimi bułami skamieniałymi bułami.
Znajduje się tu również kompletny szkielet mastodonta i mamuta z poskręcanymi ciosami. Uzupełnieniem tej kolekcji są gabloty z zębami trzonowymi mamuta, wielkimi siekaczami tygrysa szablozębnego oraz skamieliny kambryjskich trylobitów, dewońskich ryb, amonitów i innych morskich zwierzaków.
Chociaż tego rodzaju zbiory nie są dla mnie nowością, to i tak kolekcja w tym niewielkim muzeum mi się podoba. Wychodzimy.
– Chodzimy jeszcze na nocny market – mówi Renata. – Pooglądam ciuchy, może będą jakieś owoce.
– I może w końcu coś zjemy.
Idziemy do „naszej” sprawdzonej już wczoraj wegetariańskiej knajpki. Widzę, że miejsce cieszy się niesłabnącą popularnością wśród mieszkańców. Wiele osób kupuje posiłek na wynos. Przy okazji konstatuję, że wielu Tajwańczyków wciąż nosi maseczki. Nakładamy sobie solidne porcje i z apetytem zjadamy.
Zaglądamy do supermarketu. Robimy drobne zakupy, a przy okazji odkrywamy polski akcent. Na półce leży czekolada Terravita i choć jej cena należy do tych niższych, to cieszę się z jej obecności. Podobną przyjemność sprawił mi widok polskich konserw w Mongolii i polskiej wódki w Meksyku. Tu również mam okazję doświadczyć rozwoju technologicznego Tajwanu: po markecie jeździ robot rozmawiający z klientami i namawiający ich na zakup różnych towarów. Może nie jest to zbyt zaawansowany robot, ale jego obecność w zwykłym sklepie o czymś świadczy. Najbardziej podoba mi się zachowanie kilkuletniego chłopczyka, który prowadzi dialog z maszyną. Mało tego. Kłóci się z nim! Ciekawe, jak będzie wyglądać świat za 30 lat.
Odszukujemy jeszcze uliczkę zastawioną wcześniej straganami. Jak za dotknięciem magicznej różdżki wszystkie stoły z towarami już poznikały. Żaluzje są opuszczone, na ciemnej ulicy żywego ducha. No, trudno. Wracamy do hotelu. To był długi, męczący dzień i z przyjemnością wskakujemy do łóżka.