Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14]


Kair – Luksor – Karnak

sobota, 16 VII 2011


Nasz hostel | Świątynia Amona w Karnaku | Feluką po Nilu | Na Bananowej Wyspie | |


Nad ranem autobus dociera do Luksoru. Zaspani pasażerowie zabierają swoje bety z luków bagażowych i rozchodzą się do domów. My mamy upatrzony hotelik w centrum miasta.

– Masz coś jeszcze do picia? – pyta Aga.

Niestety nic nie zostało w butelce, kupuję jakiś napój za dwa funty.

– Masz! – mówię i rozglądam się po dworcu, szukając jakiegoś transportu do centrum.

Podjeżdżamy busikiem za kolejne dwa funty. Nasze lokum, New Elephant Hotel, mieści się przy niezbyt atrakcyjnej ślepej uliczce. Prawdę powiedziawszy, cała dzielnica wygląda podobnie. Pełno tu sklepików i warsztatów ze skromnymi szyldami. Na balkonach suszą się w słońcu wyprane dywany z tradycyjnymi, arabskimi wzorami. Meldujemy się, zostawiamy rzeczy i od razu opuszczamy hotel.

Pomimo wczesnej pory w mieście panuje ożywioną atmosfera. Przez wąskie, zaśmiecone uliczki przyciskają się samochody dostawcze wyładowane pakunkami, przechodnie spieszą na zakupy. Właśnie obok podjechała dwukółka zaprzężona do osiołka i powożona przez młodego, może siedmioletniego Egipcjanina. Jego matka rozładowuje towar i ustawia na pobliskim straganie. A na straganach wszystko to, czego można się spodziewać na arabskiej ulicy: ciuchy, wyroby przemysłowe i przede wszystkich płody rolne, a wśród nich pomarańcze, banany, orzeszki ziemne, kasza, fasola i inne nasiona. Dla dzieci zabawki, cukierki i ciastka. Zaglądam do fryzjera, tu siwy starszy mężczyzna strzyże również siwego mężczyznę. Aga zagląda do sklepów z odzieżą, fotografuje suknie – są barwne, często z kwiecistymi aplikacjami i, oczywiście, sięgają kostek. Poczuliśmy głód, wstępujemy do knajpki na placki z mięsem...

Dziś naszym celem jest Karnak. By tam się dostać znów wsiadamy do minibusa (2 funty) i po kilkunastu minutach jesteśmy na miejscu. Kupujemy ulgowe bilety korzystając z karty ITIC (70 funtów). Pierwsza myśl po wejściu na teren obiektu to: "Ileż tu zwiedzania!"

Ruszamy pierwszą z brzegu uliczką. Na jej końcu widoczna jest olbrzymia iglica pokryta hieroglifami, po lewej mury również ozdobione są reliefami przedstawiającymi starożytnych Egipcjan. Noszą tylko spódniczki do połowy uda. Są bosi, ale z czapami na głowie. A może to fryzury? Oglądamy kilkumetrowe figury różnych Egipcjan, zachwycam się hieroglifami. Chociaż nie wiem, jaka jest ich treść, to podziwiam poszczególne piktogramy przedstawiające siedzące kobiety wokół naczynia, podające sobie jakieś kwiaty.

[brak opisu Karnaku]

Teraz czas na Świątynię Luksorską. Podjeżdżamy bezpośrednio busem (2 funty) do centrum. Robimy drobne zakupy: woda (2,5 funta), bułeczki (1 funt), Sprite 2 l (6,5 funta), dwa falafele (4 funty) i wymieniam dodatkowo 200 $ (1189 £). Jakiś starzec przy wejściu do świątyni prosi o datek „dla imama”. Dziś mam dobre serce, daję Egipcjaninowi 10 funtów.

[brak opisu Luksoru ]

Umawiamy się z Arabem na pływanie feluką.

– Ten chłopak was zaprowadzi – mówi.

Mały Arab prowadzi nas do portu. Po drodze zaczepiają nas miejscowi, oferują felukę. Sądząc po częstych zaczepkach widzę, że nie byłoby problemu z załatwieniem samemu łódki na przejażdżkę po Nilu. Nie sądzę jednak, by cena za dwuipółgodzinny rejs spadła znacząco poniżej 60 EGP za dwie osoby. Na nabrzeżu, przy którym zacumowanych jest kilkadziesiąt feluk, chłopak wita się z ojcem. Lecz to nie on będzie nas wozić, a jego brat. Przeskakujemy po kilku pokładach na naszą felukę, chłopak siada przy sterze a nasz "kapitan" stawia żagiel. Muszę przyznać, że radzą sobie nieźle przy wyprowadzaniu łódki z portu bez użycia wiosła czy drągu. Na środku rzeki opuszczamy kil, wiatr wydyma główny żagiel. Popłyniemy początkowo pod prąd.

Nil! Rzeka-symbol, rzeka pobudzająca wyobraźnię nastoletnich podróżników... Dziś, kiedy nad najdłuższą rzekę świata można dotrzeć za kilkaset złotych, nazwa Nil spowszedniała, zezwyczajniała. A jednak jest coś magicznego w stwierdzeniu "Pływałem po Nilu". Tak, wiem, że atrakcyjniej brzmi "Amazonka" a zwłaszcza "źródła Amazonki". Także "Nil Błękitny". Ale i tak mam swoją przyjemność przekraczając wielkie rzeki syberyjskie: Lenę, Ob czy Jenisej, mam frajdę, gdy patrzę na Żółtą Rzekę lub Jangcy, cieszy mnie spacer nad Gangesem czy choćby Dunajem. Te nazwy geograficzne są już nie tylko hasłami do krzyżówek i miejscami na mapie. Są obrazami w pamięci i emocjami.

A zatem żeglujemy po Nilu. Chwilę rozmawiam z Arabem, później skupiam się na krajobrazach. Aga moczy nogi w wodzie.

– Wypadniesz! – ostrzegam.

– Spoko. Skoczysz za mną i mnie wyciągniesz.

Ani myślę skakać! W wodzie czają się przecież krokodyle 😉. Na przekór tym oczywistym faktom przy brzegu kąpie się gromada dzieciaków. No tak, ale one wrzeszczą w niebogłosy odstraszając wszystko co żywe. W spokojniejszych miejscach, w szuwarach brodzą czaple. Podpływamy bliżej brzegu i teraz możemy lepiej przyglądać się ptakom. Czasem przelatują nad nami mewy lub mewopodobne ptaki, ale najwięcej jest białych czapli (Ardea alba). Spłoszone zrywają się do lotu, by potem z wdziękiem wylądować na wodzie. Przypomina mi się moje "szuwarowanie" w delcie Dunaju. Co by nie mówić, podpatrywanie przyrody jest kapitalne. Kiedyś bardziej zależało mi na poznawaniu miast, zwiedzaniu zamków, muzeów, oglądaniu zabytków i współczesnej architektury; później zacząłem cenić spotkania z ludźmi, z kuchnią, z muzyką lokalną. Przyroda była zawsze gdzieś w tle, ale rzadko moim celem było podpatrywanie życia zwierząt.

Po kolejnym kwadransie dopływamy do "Bananowej Wyspy". Z tego, co zrozumiałem, dostaniemy tu do spróbowania pięć gatunków bananów. Nasz mały przewodnik prowadzi nas na razie na plantację bananów. Bananowce rosną gęsto, co metr od siebie, wiele jest nich ugina się pod ciężarem dojrzałych kiści.

– Popatrz na kwiat – wskazuję Adze wiśniowo-zielone zakończenie owocostanu

– Taki sam jak w ogrodzie botanicznym w Krakowie – przypomina pewną niedzielę w cieplarniach.

– No tak, ale przyjemniej jest oglądać banany w Afryce!

Chłopak prowadzi nas przez plantację pokazując przy okazji inne gatunki roślin. Podaje nazwy angielskie, czasem miejscowe i wtedy musimy wysilać wyobraźnię, co to za gatunek. Notabene, ciekawe są XIX-wieczne opisy bananów zwanych też figami rajskimi lub... błogosławami. Obie nazwy podkreślają rozkosz dla podniebienia. Teraz, po powrocie do nadbrzeżnego baru, możemy popróbować różnych gatunków owoców tej byliny*/. Dostajemy też kiść miejscowych bananów. Chłopak chciałby, by kupić mu coca-colę, lecz takimi altruistami nie jesteśmy: proponuję banany, na które skwapliwie się rzuca. Trudno powiedzieć, jakie inne atrakcje nas ominęły na "Bananowej Wyspie", mamy jednak uczucie niedosytu. Postanawiamy przejść się brzegiem, Aga ogląda olbrzymie palmy niedawno ścięte lub na wpół spalone, ja próbuję sfotografować ptaki z długimi ogonami kręcące się wśród nadbrzeżnych drzew. Sprytne, kryją się w zieleni i latają wyjątkowo szybko, zdjęć więc mieć nie będę. Poganiani przez chłopaka wracamy na łódkę. Egipcjanin podnosi żagiel i znowu wypływamy na "pełne morze". Właśnie! Jesteśmy rozczarowani szerokością Nilu... Jasne, Nil to nie Amazonka w dolnym biegu i w Luksorze ma szerokość Wisły przy ujściu...

[opis reszty dnia]

_________________________

*/ Wtedy, w 2011 roku miałem niewielkie doświadczenie z bananami. W Indiach w 2007 roku trafiłem na małe czerwone banany, później w Indochinach i na Filipinach na miniaturowe żółte bananki a w Ameryce Południowej na plantany (banany warzywne). Dopiero wtedy sobie uświadomiłem, jakie w Polsce mamy szczęście, że importujemy najsmaczniejsze banany odmiany Cavendish.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej