Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13]


Kair – Luksor – Karnak

sobota, 16 VII 2011


Nasz hostel | Świątynia Amona w Karnaku | Feluką po Nilu | Na Bananowej Wyspie | |


[brak opisu Luksoru ]

[brak opisu Karnaku]

– Ten chłopak was zaprowadzi – mówi.
Mały Arab prowadzi nas do portu. Po drodze zaczepiają nas miejscowi, oferują felukę. Sądząc po częstych zaczepkach widzę, że nie byłoby problemu z załatwieniem samemu łódki na przejażdżkę po Nilu. Nie sądzę jednak, by cena za dwuipółgodzinny rejs spadła znacząco poniżej 60 EGP za dwie osoby. Na nabrzeżu, przy którym zacumowanych jest kilkadziesiąt feluk, chłopak wita się z ojcem. Lecz to nie on będzie nas wozić, a jego brat. Przeskakujemy po kilku pokładach na naszą felukę, chłopak siada przy sterze a nasz "kapitan" stawia żagiel. Muszę przyznać, że radzą sobie nieźle przy wyprowadzaniu łódki z portu bez użycia wiosła czy drągu. Na środku rzeki opuszczamy kil, wiatr wydyma główny żagiel. Popłyniemy początkowo pod prąd.
Nil! Rzeka-symbol, rzeka pobudzająca wyobraźnię nastoletnich podróżników... Dziś, kiedy nad najdłuższą rzekę świata można dotrzeć za kilkaset złotych, nazwa Nil spowszedniała, zezwyczajniała. A jednak jest coś magicznego w stwierdzeniu "Pływałem po Nilu". Tak, wiem, że atrakcyjniej brzmi "Amazonka" a zwłaszcza "źródła Amazonki". Także "Nil Błękitny". Ale i tak mam swoją przyjemność przekraczając przez wielkie rzeki syberyjskie: Lenę,
Ob czy Jenisej, mam frajdę, gdy patrzę na Żółtą Rzekę lub Jangcy, cieszy mnie spacer nad Gangesem czy choćby Dunajem. Te nazwy geograficzne są już nie tylko hasłami do krzyżówek i miejscami na mapie. Są obrazami w pamięci i emocjami.
A zatem żeglujemy po Nilu. Chwilę rozmawiam z Arabem, później skupiam się na krajobrazach. Aga moczy nogi w wodzie.
– Wypadniesz! – ostrzegam.
– Spoko. Skoczysz za mną i mnie wyciągniesz.
Ani myślę skakać! W wodzie czają się przecież krokodyle 😉. Na przekór tym oczywistym faktom przy brzegu kąpie się gromada dzieciaków. No tak, ale one wrzeszczą w niebogłosy odstraszając wszystko co żywe. W spokojniejszych miejscach, w szuwarach brodzą czaple. Podpływamy bliżej brzegu i teraz możemy lepiej przyglądać się ptakom. Czasem przelatują nad nami mewy lub mewopodobne ptaki, ale najwięcej jest białych czapli. Spłoszone zrywają się do lotu, by potem z wdziękiem wylądować na wodzie. Przypomina mi się moje "szuwarowanie" w delcie Dunaju. Co by nie mówić, podpatrywanie przyrody jest kapitalne. Kiedyś bardziej zależało mi na poznawaniu miast, zwiedzaniu zamków, muzeów, oglądaniu zabytków i współczesnej architektury; później zacząłem cenić spotkania z ludźmi, z kuchnią, z muzyką lokalną. Przyroda była zawsze gdzieś w tle, ale rzadko moim celem było podpatrywanie życia zwierząt.

Po kolejnym kwadransie dopływamy do "Bananowej Wyspy". Z tego, co zrozumiałem, dostaniemy tu do spróbowania pięć gatunków bananów. Nasz mały przewodnik prowadzi nas na razie na plantację bananów. Bananowce rosną gęsto, co metr od siebie, wiele jest nich ugina się pod ciężarem dojrzałych kiści.
– Popatrz na kwiat – wskazuję Adze wiśniowo-zielone zakończenie owocostanu
– Taki sam jak w ogrodzie botanicznym w Krakowie – przypomina pewną niedzielę w cieplarniach.
– No tak, ale przyjemniej jest oglądać banany w Afryce!
Chłopak prowadzi nas przez plantację pokazując przy okazji inne gatunki roślin. Podaje nazwy angielskie, czasem miejscowe i wtedy musimy wysilać wyobraźnię, co to za gatunek. Notabene, ciekawe są XIX-wieczne opisy bananów zwanych też figami rajskimi lub... błogosławami. Obie nazwy podkreślają rozkosz dla podniebienia. Teraz, po powrocie do nadbrzeżnego baru, możemy popróbować różnych gatunków owoców tej byliny*/. Dostajemy też kiść miejscowych bananów. Chłopak chciałby, by kupić mu coca-colę, lecz takimi altruistami nie jesteśmy: proponuję banany, na które skwapliwie się rzuca. Trudno powiedzieć, jakie inne atrakcje nas ominęły na "Bananowej Wyspie", mamy jednak uczucie niedosytu. Postanawiamy przejść się brzegiem, Aga ogląda olbrzymie palmy niedawno ścięte lub na wpół spalone, ja próbuję sfotografować ptaki z długimi ogonami kręcące się wśród nadbrzeżnych drzew. Sprytne, kryją się w zieleni i latają wyjątkowo szybko, zdjęć więc mieć nie będę. Poganiani przez chłopaka wracamy na łódkę. Egipcjanin podnosi żagiel i znowu wypływamy na "pełne morze". Właśnie! Jesteśmy rozczarowani szerokością Nilu... Jasne, Nil to nie Amazonka w dolnym biegu i w Lusorze ma szerokość Wisły przy ujściu...

[opis reszty dnia]
_________________________
*/ Wtedy, w 2011 roku miałem niewielkie doświadczenie z bananami. W
Indiach w 2007 roku trafiłem na małe czerwone banany, później w Indochinach i na Filipinach na miniaturowe żółte bananki a w Ameryce Południowej na plantany (banany warzywne). Dopiero wtedy sobie uświadomiłem, jakie w Polsce mamy szczęście, że importujemy najsmaczniejsze banany odmiany Cavendish.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej