Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]
Jedziemy do Batu Caves | Wizyta u pięknego Karttikeji | W hinduistycznej świątyni | Kolorowi bogowie i ich wierzchowce | Islamskie skarby i spacer po ogrodzie | U stóp Petronas Towers | Pyszne rybki u Chińczyka | Niesamowita świątynia
Pierwotnie planowałem rozpocząć zwiedzanie Kuala Lunpur już w dniu przylotu, czyli wczoraj. Nie udało się, dziś będziemy musieli się sprężyć. Na pewno zaczniemy od wycieczki do Batu Caves. To wybitnie turystyczne miejsce znajduje się kilkanaście kilometrów od stolicy i stanowi cel jednodniowych wyjazdów. Podczas poprzedniego trampingu miałem sporo szczęścia, gdyż w tamtym dniu w Batu Caves hinduiści obchodzili Thaipusam – jedno ze swoich licznych świąt. Ciekawe, co nas dzisiaj tam spotka.
Po śniadaniu idziemy na stację Pasar Seni. Wydaje mi się, że stąd właśnie odjeżdżają pociągi do Batu Caves. Okazuje się, że jest inaczej, pociągi odchodzą sąsiedniej stacji – Kuala Lumpur. Kupujemy bilety powrotne płacąc przyjaźnie niską kwotę: 5 MYR. Przyjazd trwa około 30 minut trzeba pamiętać, by nie zgubić biletów, które należy sczytać na bramce przy wejściu z dworca.
Na miejscu jesteśmy koło 8:30. Na drodze do jaskini spotykamy niewiele osób, tylko nieliczne stragany są już otwarte. Ponad nimi, po lewej stronie widoczny jest kilkunastometrowy posąg hinduskiego boga.
– To chyba Hanuman – mówię. Tak przynajmniej sądzę po małpim pysku i błękitnym kolorze jego skóry.
Tuż obok tego półboga uosabiającego bezinteresowność, lojalność, wytrwałość i oddaną służbę Panu Ramie, znajduje się świątynia Suyambu Lingam oraz wejście do jaskini Ramajana. Wewnątrz znajduje się duży posąg leżącego Buddy. To jednak nie ta jaskinia jest celem naszej wycieczki. Idziemy dalej, zerkając tylko na wielki posąg przedstawiający scenę z Ramajany – zaprząg złożony z wielu koni i jeźdźców. Po lewej mijamy świątynię z dużym zadaszonym tarasem (Cave Villa). Z tą świątynią wiąże się miłe dla mnie wspomnienie, kiedy to załapaliśmy się w niej na darmowy posiłek podawany na papierowej tacce.
– Zajrzymy tam później, dobrze? – mówię.
Dochodzimy do sporego placu. To tu krzyżują się drogi wyznawców hinduizmu i turystów, licznie tu przybywających. Nie sposób przeoczyć to miejsce – góruje nad nim olbrzymi, złoty pomnik przedstawiający boga wojny – Karttikeji zwanego przez Tamilów Muruganem. Posąg ma 41 metrów wysokości i jest pokryty złotą farbą. Postać przedstawia pięknego młodzieńca (zgodnie z tamilskim przydomkiem: murugan = przystojny), który dzierży łuk i włócznię (vel) – typowe atrybuty tego groźnego boga. Po obu stronach placu znajdują się kolejne świątynie, lecz nasz wzrok kieruje się kolorowym schodom prowadzącym w górę. Na ich końcu widoczna jest kolorowa brama ozdobiona postaciami różnych bogów i zwierząt. Podobna brama znajduje się również na początku schodów.
– No, to ruszamy! – zwracam się do Renaty.
Do pokonania są 272 schody. Na ich szczycie stajemy równie zmęczeni jak inni, którzy wdrapują się na górę. Przed nami jaskinia. To właściwie szereg jaskiń odkrytych – według Wikipedii – w 1879 roku*/. Trudno w to mi uwierzyć, by tak blisko zamieszkałych terenów jaskinia pozostawała nieznana miejscowej ludności. Mniejsza z tym, ważne, że została ona zagospodarowana przez hinduistów i jest obecnie dostępna dla wszystkich. To moje druga wizyta w tym miejscu i raczej nie towarzyszy mi uczucie zdziwienia czy zaskoczenia. Ale myślę, że dla wielu jaskinia jest zaskoczeniem. Jest wielka, ale przede wszystkim wypełniona różnymi budowlami, straganami, pawilonami, rzeźbami i ołtarzami. Dodatkowo podświetlona jest kolorowymi światłami, co jest charakterystyczne dla kultury azjatyckiej (tak było w jaskini Dau Go w zatoce Ha Long).
Przystajemy na chwilę na szerokich schodach prowadzących nieco w dół, by ogarnąć całość. To, co się rzuca w oczy, to nie mniejszy tłum niż na zewnątrz. Ludzie w większych lub mniejszych grupkach spacerują, przystają, przechodzą z miejsca na miejsce. Rozmawiają i robią sobie zdjęcia. Większość, jak się wydaje, bynajmniej nie znalazła się tu z powodu religijnych. Po lewej stronie, oddzielona niewysokim murkiem znajduje się część przeznaczona wyłącznie dla hindusów. Tu, w świątyni Sri Velayuthar mogą się pomodlić. porozmawiać z kapłanami lub też posiedzieć w towarzystwie innych wyznawców.
W wielu miejscach, w skalnych zagłębieniach umieszczono posągi przedstawiające hinduistycznych bogów. Grupowe pomniki tworzą scenki rodzajowe, niektóre przypominają jasełka, ze względu na obecność zwierząt. Zostawiamy na razie świątynię Velayuthar z kolorowym gopuram i, mijając wielkie rzeźbione pawie z rozpostartymi ogonami, zbliżamy się do długich i szerokich schodów prowadzących w głąb jaskini. Podłoga i stopnie są mokre, powietrze przesycone wilgocią. Dobrze, że nie trzeba było ściągać butów.
Nieco dalej, w głębi jaskini znajduje się kolejna świątynia Lorda Murugana. Jest dość skromna, na dachu mandapy (wysuniętego narteksu) umieszczono parę kolorowych posągów. W samej świątyni znajduje się kilka kapliczek, jedna z nich umieszczono posąg jednego z wcieleń Śiwy – tańczącego Lorda Nataradżę (czyli Władcę Tańca) ze zwyczajowo podniesioną lewą nogą. Towarzyszy mu jego małżonka Parwati.
Wiernych obsługuje dwóch korpulentnych kapłanów (pūjaris) w średnim wieku. Są ciemnoskórzy, zapewne ich przodkowie pochodzą z Dekanu w południowych Indiach. Obaj są półnadzy, na biodrach noszą jasnożółte dhoti. Na szyi zawiesili sobie naszyjniki z koralików. Ciało mają ozdobione kredą lub innym białym proszkiem, a odbite cztery palce na ramieniu przypominają dystynkcje plutonowego. Jeden z nich najwyraźniej pełni funkcję pomocnika; co chwilę znika w garbagraham – najświętszym pomieszczeniu świątyni, podaje szefowi różne akcesoria. Obaj poruszają się w skupieniu, w milczeniu. Mężczyźni lub kobiety, którzy co chwilę podchodzą do pūjari, przynoszą na tacy różne dary. Widzę oprócz ryżu i płatków kwiatków płonący płomyk lub tlące się kadzidełko. Z pozycji, w której się znajduje, pieniędzy nie dostrzegam 😉. Przez chwilę ze sobą rozmawiają, później pomocnik podaje kapłanowi tacę, a ten sprawnie "namaszcza" wiernego. Ofiarowuje ogień, wierny nagania dym ku swojej twarzy. Następnie pūjari nalewa na dłonie hindusa nieco pachnącej wody i umieszcza na czole czerwone pottu**/. Cały rytuał trwa dwie, trzy minuty.
Sklepienie jaskini znajduje się sto metrów wyżej i uległo kiedyś częściowej destrukcji. Teraz przez kilkunastometrowy otwór wpadają promienie słońca. Po wilgotnych, pochyłych skałach tworzących ścianę jaskini skaczą małpy. To makaki krabożerne (Macaca fascicularis) zwane tu po prostu kera (czyli małpa). Dla jednych to szkodnik, dla innych święte zwierzę. To przed nimi ostrzegani są turyści, należy pilnować swojego dobytku.
– Tam w głąb prowadzą korytarze do innych części jaskiń. Największa z nich do Dark Cave. – zwracam się do Renaty. Odnoszę wrażenie, że dziewczyna jest pod dużym wrażeniem tego miejsca. Nic się nie odzywa, fotografuje i filmuje wszystko dookoła. Spędzamy tu jeszcze kilka chwil, przed zejściem na dół jeszcze raz oglądamy się za siebie.
– Fajne miejsce, prawda? – upewniam się.
– O, tak!
Jak wspomniałem, spora część odwiedzających jaskinie nie ma wyraźnego celu religijnego. Wielu hindusów je po prostu zwiedza tak, jak my wstępujemy do interesującego kościółka. Robią sobie fotki, przechadzają się. Przyglądam się tym tłumom, co ciekawsze, bardziej egzotyczne obrazki uwieczniam aparatem.
Zanim wrócimy do Kuala Lumpur występujemy jeszcze do dwóch świątyń zlokalizowanych na placu przy schodach. W pierwszej – Navagraha Sannathi (Świątynia Dziewięciu Planet) znajduje się sporych rozmiarów posąg leżącego Murugana, a przy głównym ołtarzu odbywa się indywidualne lub zbiorowe składanie darów i „namaszczenia”. Z rozczarowaniem odkrywamy, że piękne marmury na ścianach są… namalowane. Podobają mi się natomiast kolumny: zewnętrzne mają „kielichowaty” kształt z bazą i głowicą w kształcie płatków kwiatów, natomiast kolumny wewnątrz świątyni są doprawdy wymyślna: wielosegmentowe rzeźbione bazy i kapitele o przekroju kwadratowym, trzony również kilkuczęściowe okrągłe i kwadratowe z czterema kolorowymi posągami po każdej stronie. Znajduje się tu również dziewięć ustawionych w trzy rzędy posągów bóstw uosabiających 9 „planet”: Merkurego, Wenus, Marsa, Jowisza, Saturna, Słońce, Księżyc, Rahu i Ketu. Te dwie ostatnie, to niewidzialne planety – węzły księżycowe, odpowiedzialne za zaćmienia Słońca i Księżyca.
W kolejnej świątyni Ganeśi, Śiwy i Szakti jest jeszcze bardziej kolorowo, ale znów odnoszę wrażenie, że te świątynie są całkowicie współczesne. Może to i głupie podejście, ale wciąż mam przekonanie, że im coś jest starsze, tym lepsze i bardziej wartościowe. Oglądamy rzeźbę przedstawiającą Ganeśię dosiadającego szczura, swego wierzchowca, później wychodzimy na piętro. Tu znajduje się sanktuarium poświęcone Panu Śiwie. Uwagę zwraca vahana – olbrzymi byk, będący jego wierzchowcem. Okrążamy świątynię Śiwy zgodnie z ruchem wskazówek zegara, w pierwszej niszy znajduje się także posąg Ganeśi, w kolejnej niszy widzimy boginię Durgę. Jest przystrojona girlandą z limonek, które pomagają bogini odpędzać złe duchy i zabijać demony. U jej stóp leży głowa Mahishasury, bawoła-demona, którego w ciężkiej walce pokonała Durga. W kącie świątyni postawiono złocony posąg Śiwy, a raczej jego wcielenia zwanego Nataradźą. Jak zwykle, wokół posągu przedstawiono krąg wirujących płomieni, symbolizujących kontrolę Siwy nad ruchem wszechświata. Co ciekawe, posąg ma uniesioną – miast lewej – prawą nogę, co rzadko się spotyka. Podobno król Pandya Rajasekhara zaproponował Nataradźy, by dał odpocząć prawej nodze, na której zwyczajowo balansuje.
Wracając kolejką do miasta, zastanawiamy się, jak rozplanować ciąg dalszy dnia.
– Możemy wysiąść na stacji Putra lub Bank Negara. Wtedy do Petronas Towers będziemy mieć około 2,5 km. Albo możemy podjechać na stację Kuala Lumpur, gdzie wsiadaliśmy. Stamtąd będziemy mieć blisko do muzeum i ogrodu botanicznego.
– Jedźmy najpierw do muzeum – decyduje Renata.
Pół godziny później jesteśmy na stacji Kuala Lumpur. Zanim udamy się do muzeum, przystajemy przy Jalan Sultan Hishamuddin, jednej z arterii komunikacyjnych aglomeracji. Warto się tu zatrzymać, choć na chwilę. Przed nami znajduje się budynek KTMB (Keretapi Tanah Melayu Berhad), obecnie siedziba kolei malezyjskich, a za nami – stary budynek dworcowy tychże kolei. Oba budynki zaprojektował brytyjski architekt Arthur Benison Hubback. Budynek KTMB w stylu renesansu mauretańskiego powstał w 1917 roku, trzykondygnacyjna fasada ma niemal setkę podkowiastych łuków wspartych na kolumnach doryckich. Oryginalnym pomysłem jest zróżnicowanie wielkości łuków – okrągłych i ostro zakończonych – na poszczególnych piętrach. Centralna kopuła jest uzupełniona mniejszymi kopułami po bokach. Akcentują je mauretańskie sterczyny. Budynek dworca ma natomiast lżejszą, bardziej ażurową konstrukcję. Gdyby do ich budowy użyto czerwonego granitu, poczułbym się jak w Indiach lub Maroku.
Muzeum Sztuki Islamskiej (Muzium Kesenian Islam Malaysia) mieści się po drugiej stronie rzeki Klang. Poprzednim razem, ze względu na brak czasu, nie udało się mi go odwiedzić podobnie jak sąsiadującego z nim meczetu narodowego, który mamy również w planach. Najpierw podchodzimy do meczetu (Masjid Negara). Wstęp dla niewiernych jest dopiero od 16:00. Przed nadciągającym deszczem chronimy się w muzeum. Bilety po 20 ringgitów co przyjmuję bez entuzjazmu. Zgromadzona kolekcja zajmuje trzy kondygnacje i jest naprawdę warta zobaczenia. Chociaż odwiedziłem już sporo podobnych muzeów (na przykład w Dosze, Teheranie, sprawdzić), to z przyjemnością oglądam tutejsze zbiory. Bogata jest kolekcja broni białej i palnej. Są tu krisy – inkrustowane i grawerowane kindżały o wymyślnych, wężowatych kształtach, szable z przepięknymi rękojeściami, strzelby skałkowe kusze i łuki. Równie interesująca jest kolekcja ceramiki, kafli i płytek. Podobają mi się XIX- i XX-wieczne stroje, które nosiło pospólstwo oraz wyższe warstwy społeczne. Zachwycam się złotą biżuterią: olbrzymimi diademami i filigranowymi kolczykami. Nie zabrakło tu również kolekcji dywanów z typowymi wschodnimi wzorami. Zgromadzono tu także drewniane portale z drzwiami i rzeźbione okna.
– I jak? Podobało ci się? – pytam Renatę, gdy wychodzimy.
– Tak, bardzo.
Na szczęście przestało padać. Mamy jeszcze trochę czasu przed wejściem do meczetu.
– Może pójdziemy teraz do ogrodu z ptakami? – proponuje Renata.
To zaledwie kilkaset metrów stąd. Znajduje się tu duża woliera oraz szereg zwykłych klatek. Średnio nam się to podoba, a o rezygnacji z wstępu do ptaszarni przesądza wysoka cena biletów: 100 MYR.
– To wygląda jak zoo.
Zaglądamy natomiast do pobliskiego ogrodu botanicznego. To raczej elegancko urządzony park z rabatami kwiatowymi, egzotycznymi drzewami i krzewami. Oglądamy orchidee, skrzydłokwiaty, alokazje, asplenium, wawrzyny jak sprawdzić. Kaliandry kalifornijskie (Calliandra californica) smętnie opuściły swe czerwone kwiaty. Wystarczy.
Czas na meczet. Renata dostaje brązowy habit, pozbywamy się butów i wchodzimy z dziesiątkami turystów do środka. Meczet jest nowoczesny, duży i... pozbawiony klimatu. Współczesna architektura nie jest w stanie zastąpić uroku meczetu Umajjadów w Damaszku lub Hagia Sophii w Stambule.
Czas na Petronas Towers. Podjeżdżamy metrem na stację KLCC. Gdy chcemy opuścić metro. okazuje się, że bramki się nie otwierają. Sprawa wyjaśnia się szybko: kupiliśmy żetony (zgodnie z wcześniej uzyskaną informacją na stacji!) za półtora, a nie dwa ringgity. Nasze żetony w budce przy bramkach zostają "karnie" doładowane po jednym ringgicie. Teraz już spokojnie możemy opuścić stację. Na ulicy zadzieramy głowy do góry, drapacze chmur piętrzą się nad nami. Jesteśmy w sercu Kuala Lumpur.
Dopiero po chwili uświadamiam sobie, że stoimy z boku jednej z wież Petronas. Te dwie bliźniacze wieże liczące po 452 metry są – jak się zdaje – obowiązkowym punktem wizyty w stolicy Malezji. Wybudowany w 1998 roku kompleks budynków stał się szybko wizytówką miasta. Przez 6 lat dzierżył palmę pierwszeństwa wśród najwyższych budynków świata. W 2004 roku musiał ustąpić pierwszego miejsca rekordziście z Tajwanu – budynkowi Taipei 101, który, mam nadzieję, zobaczymy za parę dni. Najbardziej charakterystyczny element wieżowców znajduje się na 41 piętrze. To Skybridge, dwupoziomowy mostek łączący obie wieże. Notabene, gdyby ktoś chciał policzyć piętra w Petronas, zapewne by się zdziwił: zamiast obiecywanych powszechnie 88 pięter, doliczyłby się… 91 kondygnacji. A siedem dodatkowych znajduje się pod ziemią. Mówi się często, że projekt wieżowców uwzględnia motywy islamskie. Jak dla mnie, przynajmniej na pierwszy rzut oka, są one niewidoczne. Ale faktycznie: przekrój wież oparty jest na muzułmańskim symbolu Rub el Hizb, czyli dwóch przenikających się kwadratach. Wraz z dodanymi półokrągłymi elementami, stalowo-szklana fasada budynku przypomina minaret meczetu Qutab Minar w Delhi. Wspomniany symbol jest zresztą widoczny we flagach i emblematach kilku muzułmańskich państw.
Później robimy sobie pamiątkowe zdjęcia, stając na placu przed wieżami. Niestety nie odbywa się bez drobnego incydentu: próbuję ustawić Renatę w odpowiedniej pozycji do zdjęcia, sam kucając w dość niewygodne pozycji.
– Proszę, stój inaczej, tak jak cię proszę – wyrywa mi się nieco podniesionym głosem.
– To nie rób mi już zdjęć!
Psują się nam trochę humory .
Przechodzimy przez kompleks wieżowców na drugą stronę. Tu znajduje się Suria KLCC, czyli olbrzymia galeria z 300 luksusowymi sklepami. „Dla porządku” chcę zrobić wewnątrz parę zdjęć, ale Renata mnie powstrzymuje.
– Taka sama galeria jak te w Polsce – stwierdza.
Wychodzimy na zachodnią stronę. Tu znajdują się sławne „grające” fontanny nad stawem zwanym Symphony Lake, a dwa kroki dalej – ogrody (Taman KLCC), których zwiedzanie pominąłem poprzednim razem. Uwagę naszą zwracają potężne fikusy (Ficus kerkhovenii) o kilkumetrowej średnicy pnia i z tysiącami powietrznych korzeni tworzących draperie i parawany. Zerkamy jeszcze na staw zwany Wielorybem (The Whale) oraz na płytki basen z pluskającymi się dzieciakami i wracamy na stację metra.
Renata jest zmęczona a przede wszystkim głodna.
– Dojedźmy na naszą stację, tam zjemy obiad w chińskiej dzielnicy.
– Tylko nie każ mi dużo chodzić!
– Chcesz zjeść gdzieś w pobliżu?
– Możemy poszukać.
Stacja KLCC jest olbrzymia. Plączemy się przez parę minut po podziemnych pasażach, ostatecznie odpuszczamy.
– Dobrze, jedźmy już dalej.
Chińska dzielnica. Nie ma tu prawdziwie chińskiego klimatu, przynajmniej o tej porze dnia. Owszem, są paifangi – bramy wejściowe czy też wjazdowe na końcu ulicy Pataling, są gdzieniegdzie zawieszone czerwone lampiony, są stoiska z ciuchami, butami, kosmetykami i „ze wszystkim” ustawione pośrodku ulicy. Ale prawdziwie chińskiej atmosfery nie czuję. Przynajmniej w tym momencie.
Przeciskamy się między straganami, oglądamy rozłożone wachlarze, kolorowe suknie, najnowsze modele komórek, obuwie sportowe „znanych marek”, stosy kosmetyków i najróżniejszych gadżetów. Zewsząd dobiega do nas muzyka, czuć smakowite zapachy z licznych barów, a nad naszymi głowami dyndają czerwone i żółte lampiony. Przystajemy przy stoiskach z egzotycznymi owocami, przyglądamy się prażeniu kasztanów jadalnych (Castanopsis inermis), podziwiamy różnorodność snacków nadzianych na długie patyczki.
Zanim opuścimy główną ulicę, przystajemy na skrzyżowaniu. Stąd dobrze widać stojący trzysta metrów dalej wieżowiec. Jego fasada oświetlona popołudniowym słońcem błyszczy. Budynek ma niezwykły wygląd: nieznacznie zwęża się ku górze, piramidalny dach zwieńczony jest cienką iglicą. Najciekawsze są ściany złożone z szeregu rombowych olbrzymich fasetek przez co wieżowiec przypomina kamień szlachetny ze szlifem nożycowym.
– Merdeka! – domyślam się.
Istotnie, jest to Merdeka 118, drapacz chmur oddany do użytku zaledwie pół roku temu (2024). Jeśli ktoś wzruszy ramionami na jego widok, myśląc: „och, jeszcze jeden wieżowiec”, będzie w błędzie. Merdeka 118 mierzy bowiem 679 metrów wysokości, co czyni go drugim co do wysokości budynkiem świata! Owszem, jest mniej znany, mniej rozpoznawalny niż Petronas Towers mierzące „zaledwie” 452 metry wysokości (podobnie jak drugi w Kuala Lumpur budynek Exchange 106 o wysokości 453 metry). Jak łatwo się domyślić wieżowiec ma 118 kondygnacji, na 114 piętrze można zjeść obiad, parę pięter niżej znajduje się hotel z basenem (Park Hyatt, otwarcie hotelu przewidziane jest na IV kwartał tego roku). Jest dla mnie czymś niezwykłym, że w stolicy Malezji znajduje się kilka najwyższych budynków świata, podczas gdy kraj uważany jest za mało rozwinięty, biedny. Owszem, jest tu czasem biednie, ale ten „trzeci świat” dawno prześcignął w kategorii architektury Amerykę i Europę i konkuruje z Chinami. Malezyjczycy mogą być dumni, że w ciągu pół wieku od momentu uzyskania niepodległości zbudowali nowoczesne państwo***/.
Skręcamy w jedną z bocznych uliczek. Ciemny zaułek o szerokości 1,5 metra wyprowadza nas na jakiś parking.
– Zaraz coś się znajdzie – mówię, starając się odwrócić uwagę Renaty od biegających między samochodami 30-centymetrowymi szczurami.
Po chwili dochodzimy do miejsca, gdzie znajduje się kilka lokalnych knajpek. Zamawiamy jedzenie: ryż z warzywami oraz ryż z warzywami i drobnymi rybkami.
– Dobre są! – stwierdza Renata chrupiąc przysmażone rybki. – Chcesz trochę?
– Dzięki. Ale mam te same rybki w ryżu.
Wypijamy jeszcze herbatę i wstajemy od stolików.
– Pojadłaś? Odpoczęłaś?
– Tak – Renata kiwa głową.
– Przepraszam, wiem, że dzień jest męczący i byłaś głodna. Ale to było najlepsze rozwiązanie tutaj przyjechać z centrum.
– No, okej – mówi Renata bez przekonania.
– Jeśli możemy, przejdźmy jeszcze kawałek, zanim wrócimy do hotelu. Tu gdzieś niedaleko powinna znajdować się bardzo ciekawa świątynia hinduistyczna.
Tak, gdzieś niedaleko. Ale właściwie, gdzie? Już zaczynam sobie wyobrażać, że po godzinie kręcenia się podzielnicy, Renata wybuchnie, gdy za skrzyżowaniem przy Jalan Bandar wyłania się świątynia Sri Mahamariamman (ஸ்ரீ மகாமாரியம்மன் திருக்கோவில்). To, co się rzuca w oczy, to wspaniała pięciopoziomowa wieża gopuram. 23-metrowa wieża bramna w kształcie piramidy jest ozdobiona 228 kolorowymi wizerunkami hinduskich bogów wyrzeźbionymi przez rzemieślników z południowych Indii. Tuż nad bramą umieszczono dwie postacie jeźdźców dosiadających białe rumaki.
Gdy 150 lat temu Tamboosamy Pillai (ten gość od Batu Caves), wybudował w Kuala Lumpur pierwszą świątynię hinduistyczną, służyła ona głównie jego rodzinie. Budynek, przed którym stoimy jest obecnie ogólnie dostępny i powstał w 1968 roku.
– Takie świątynie są charakterystyczna dla południowych Indii – wyjaśniam Renacie.
– Rzeczywiście, bardzo interesująca świątynia, podoba mi się ta wieża.
– Wejdziemy do środka?
– Idź.
Główna sala modlitewna ma bogato zdobione stropami. W głębi znajduje się wykonane z zielonego marmuru garbagraham – niewielkie wewnętrzne pomieszczenie z wejściem skierowanym na wschód. To sanctum sanctorum – najświętsze miejsce w świątyni. Tu znajduje się główne bóstwo Śri Maha Mariamman chronione przez dwóch wojowników z czarnego kamienia. Bogini Mariamman została tu poniekąd zaimportowana ze stanu Tamil Nandu w południowych Indiach, gdzie jej kult jest rozpowszechniony wśród wieśniaków. Ponoć chroni przed ospą, sprzyja płodności i zapewnia dobrą pogodę (to jest deszcz podczas suszy). Notabene jest najczęściej przedstawiana jako piękna młoda kobieta z trisula (trójzębem) i kapalą (czarą). Wiem, że Renata została na zewnątrz i się niecierpliwi. Staram się nie przedłużać oglądania świątyni. Zerkam jeszcze na podobiznę Pillaiyara, czyli tamilskiej wersji Ganeśi, oraz jego brata, Pana Murugan. Oglądam kolorowy, dekorowany roślinnymi motywami, sufit i dekorowane bożkami filary świątyni. Niestety nie mogę dostrzec sławnego srebrnego rydwanu przywiezionego tu z Indii. Podczas święta Thaipusam służy on do transportu posążka Murugana do Batu Caves. Kilkunastokilometrowa procesja przez ulice Kuala Lumpur musi być wspaniała. Natomiast podoba mi się długi szereg kolorowych płaskorzeźb przedstawiających Śiwę w otoczeniu bóstw i innych półbogów.
Zrobiło się późno. Obiecywaliśmy sobie wizytę na pobliskim pasar malam, czyli night-markecie. Ograniczamy się tylko do przejścia między straganami. W pośpiechu wracamy do hotelu. Czas do spania, jutro wcześnie wstajemy.
_________________________
*/ Jaskinia znana była ludziom od tysięcy lat. Natomiast w 1891 roku hinduski kupiec, Thamboosamy Pillai, zauroczony pięknem spenetrowanej przez siebie jaskini postanowił urządzić tu centrum pielgrzymkowe, zaś na patrona wybrał hinduskiego boga Murugana.
**/ Pottu, zwane też bindi lub bottu po prostu tilak umieszczany jest w punkcie określanym jako czakra Ajna, miejsce mądrości i główny punkt koncentracji. Energia wypływająca podczas medytacji z podstawy kręgosłupa przemieszcza się do głowy i jest uwalniana z tej czakry. Czerwone pottu wykonywane z kungumamu – proszku z szafranu lub kurkumy, jest tradycyjnie noszone przez mężatki, ale skoro odpędza zły los, przydaje się i mężczyznom.
***/ W 1957 roku ówczesny premier Tunku Abdul Rahman wzniósł rękę do góry i siedmiokrotnie krzyknął: Merdeka! (niepodległość po malajsku i indonezyjsku). Nazwa i kształt wieżowca jest pamiątką po tamtym geście.