Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22]
Długa droga, daleka przed nami | Cmentarz i muzeum - zachwycam się | | | |
Wczesnym rankiem, tuż po świcie, idę na brzeg jeziora pofotografować ptaszki i rośliny. Kilkadziesiąt metrów od brzegu znajdują się wiaty na palach przykryte trzciną. Prawdopodobnie to miejsca, z których wędkarze mogą wygodnie łowić ryby.
Po szybkim śniadaniu i obowiązkowej kawie odszukujemy dworzec autobusowy. Tu dopytujemy o autobus do Altagracia. Na szczęście nie musimy długo czekać, autobus już stoi przy dworcu, stopniowo zapełnia się grubawymi Nikaraguankami. Ruszamy. Jest jeszcze półmrok, troszkę przysypiam, ale na wpół świadomie odnotowuję widoki za oknem. Gdy przejeżdżamy przez pas lotniska, nie dziwi mnie to, bo jest niewielkie, właściwie to tylko pas startowy. Kiedy samolot ma przylecieć lub wystartować, krowy są przeganiane z pastwiska, a szlaban zamyka drogę.
Jedziemy drogą długo, zdumiewająco długo. Jakoś nie analizuję tego w tym momencie. W końcu, później jesteśmy na miejscu. 22-tysięczna Altagracia jest największym miastem wyspy i stanowi ważne centrum lokalnego życia. Dawniej nosiła nazwę Astagalpa, co w języku nahuatl oznaczało „dom czapli” i nawiązywało do przyrodniczego charakteru tego obszaru. Tak przynajmniej podają dostępne źródła. Język nahuatl był zasadniczo używany przez Azteków żyjących w środkowym Meksyku. Ponoć używany był jako lingua franca na obszarze całej Ameryki Centralnej, a Aztekowie zapuszczali sią aż po Salwador i Nikaraguę. Ja raczej skłaniam się, że nazwa pochodzi z jednego z lokalnych języków, być może nawat (pipil). Nieważne. Ciekawsze jest to, że z języka nahuatl zaczerpnęliśmy takie słowa jak awokado, chili, czekolada, kakao, kojot i ocelot*/.
W Altagracia znajduje się muzeum, zamierzamy do niego wstąpić. Jest jeszcze zamknięte, w związku z tym idziemy na miejscowy cmentarz. Z przyjemnością oglądam to miejsce. Pełno tu starych nagrobków z rzeźbami. W muzeum jesteśmy jedynymi zwiedzającym. Zgromadzono tu bogate zbiory archeologiczne i etnograficzne, dokumentujące historię oraz tradycje wyspy, między innymi kamienne rzeźby i ceramikę charakterystyczną dla kultur Mezoameryki. Posągi bogów i innych postaci są wykonane z tufu wulkanicznego lub jakiejś innej porowatej skały. Na tyle nietrwałej, że ledwie tysiąc lat od ich wytworzenia wystarczyło w niektórych przypadkach do niemal całkowitego zatarcia rysów twarzy. Inne lepiej się zachowały, ale i tu interpretacja, kogo właściwie przedstawiają, jest dla mnie trudna. Postacie przedstawione są najczęściej w pozycji siedzącej, rzadziej – stojącej. Charakterystyczne, że prawie zawsze zachowana jest symetria ciała: głowa skierowana na wprost, ręce jednakowo złożone na kolanach lub lekko wzniesione. Głowy bogów czy też półbogów są nieproporcjonalnie duże – mają niemal szerokość barków. Oto dwie, metrowej wysokości rzeźby. Duże, zdobione czapy sugerują wysoki status religijny lub boski; mogą również symbolizować władzę kapłańską albo związek z niebem i światem duchów. U stojącej postaci widzę ornament na piesiach przypominający wielką pszczołę albo ćmę. Obok kolejny posąg, znów siedzącej postaci z wyryta twarzą na piersi. Ach, gdybym umiał właściwie odczytywać te symbole?
W pobliżu muzeum znajduje się jedyny ważny zabytek miasta – katedra wybudowana w 1924 roku. Tuż obok świątyni powstał park rzeźb prezentujący imponujące dzieła prekolumbijskie wykonane z bazaltu. Monumentalne figury przedstawiają postacie ludzkie oraz ich symboliczne alter ego, przede wszystkim orła i jaguara. Życie mieszkańców wyznaczają również lokalne obchody religijne i ludowe. Patronem Altagracii jest San Diego de Alcalá, a jego święto, Fiesta de San Diego, obchodzone jest co roku od 12 do 18 listopada. Szczególne miejsce w uroczystościach zajmuje tradycyjny taniec baile del Zompopo, wykonywany 17 listopada, który łączy chrześcijańskie obrzędy z dawnymi wierzeniami prekolumbijskimi związanymi z postacią Xolotla.
– Wystarczy już tego miasta – stwierdzamy zgodnie.
Wiemy, że na wyspie jest jeszcze kilka atrakcyjnych miejsc, między innymi plaże na północnym krańcu wybrzeżu wyspy, rezerwat przyrody na południu wyspy i inne fajne miejsca.
– Jedźmy do tego Ojo coś tam – mówię.
– Ojo de Agua.
Wsiadamy do autobusu, który jedzie w tamtym kierunku i podjeżdżamy na krzyżówkę do Quino. Do przyjścia mamy ze dwa kilometry. Boczna droga wysadzana jest przepięknymi starymi drzewami tworzącymi zielony tunel. Reserva Natural Ojo de Agua to niewielkie oczko wodne z przepływającym przez nie strumieniem z krystalicznie czystą wodą. Miejsce jest naprawdę pełne uroku i otoczone tropikalną gęstwiną. Płacimy po 3 dolary za wstęp. Do dyspozycji odwiedzających są leżaki i prysznice. Rozbieramy się i wskakujemy do jeziorka. Woda ma temperaturę w sam raz. Miejsce jest czarujące, a tłumów nie ma. Zaledwie parę osób tu się kąpie. Muszę przyznać, że czas, jaki tu spędzamy jest naprawdę fantastyczny. Ale wszystko, co dobre kończy się.
– Warto było tu przyjechać.
– Co robimy teraz?
– Łapiemy stopa.
Niestety, tak łatwo jak dotąd dalej nie idzie. Ruch samochodowy jest mały, ruszamy asfaltem. Droga dłuży się. Mijamy niekończącą się wioskę. Z mapy wynika że do San Jose jest już niedaleko. Nie mogę jednak rozpoznać bocznej drogi prowadzącej na brzeg wyspy.
– Zapytajmy tu o drogę – proponuję, widząc otwarty sklep przy drodze.
– Daleko do San Jose? – pytam po angielsku.
Miejscowy nie kuma, więc powtarzam:
– ¿San Jose. Donde?
– Aquí – odpowiada nieco zdziwiony sklepikarz.
No bez jaj. Tak nie wygląda San Jose. Przeczę głową i ponownie pytam:
– ¿Dónde está San Jose? ¿A la derecha o a la izquierda? – pytam go zdenerwowanym wskazując ręką kierunki.
Mężczyzna powtarza swoje „Aqui” a ja złoszczę się coraz bardziej. Co on ściemnia, przecież nie ma żadnych żadnego miasta, żadnych hoteli i niczego.
– Where is San Jose!? Left or right!? – ryczę na niego.
Ten już na dobre przestraszony kuli się za kontuarem.
– ¡Aquí, aquí! – stuka palcem w ladę.
Wychodzimy na zewnątrz. Ja rozwścieczony, Kamila nieco przestraszona rozwojem sytuacji. Przechodzimy jeszcze 200 metrów i skręcamy w prawo. Po chwili wychodzimy na zarośnięty brzeg jeziora. W odległości ćwierć kilometra stoi przy cypelku wychodzącym w głąb jeziora jakiś statek. A właściwie jego wrak, cały jest zardzewiały, a nadbudówka została usunięta. Ani śladu po wczorajszym porcie.
– To miejsce w ogóle nie przypomina San Jose.
– Mi też tak się wydaje – stwierdza Kamila. – Tam były ulice i dużo domów.
– Wracajmy na drogę.
Analizuję nasze położenie. Musimy wrócić na noc do naszego hotelu, zostawiliśmy tam rzeczy a nawet nie wiemy, jak ten hotel się nazywa. Owszem, mniej więcej znam drogę od niego do centrum San Jose z kościołem, ale przecież, do licha! – tu żadnego kościoła nie widzę.
– Spokojnie Piotr, nie denerwuj się – dziewczyna próbuje mnie uspokoić.
I wtedy w głowie zaczyna mi kiełkować myśl: „A jeśli my nie nocujemy w San Jose?”. To gdzie?
– Dokąd wczoraj przypłynęliśmy?
– Do San Jose, tak mówiłeś – Kamila patrzy na mnie z wyrzutem.
Otwieramy przewodnik na mapie Nikaragui. Odszukuję San Jorge, z którego wyruszyliśmy promem. I wtedy dostrzegam dwie przerywane nitki tras, po których pływają promy.
– Czy to możliwe, że popłynęliśmy do Moyogalpy, a nie do San Jose?
– Pokaż!
Kamila przygląda się uważnie mapie.
– Nikt nam nie mówił przed wejściem na prom, dokąd on płynie… Tak, to by znaczyło musimy teraz jechać do tamtego miasta…
– No tak. Teraz rozumiem, dlaczego rano tak długo jechaliśmy do Altagracia.
– Bo dookoła wyspy…
– …dłuższą drogą!
Chce mi się śmiać i płakać. Ależ ofiara ze mnie. Ja rozumiem, że można nie wiedzieć, w jakim hotelu się śpi. Ale nie wiedzieć, w jakim mieście!?
Pozostaje teraz dojechać do Moyogalpy. To tylko 15 kilometrów, ale robi się już wieczór. Akurat zatrzymał się samochód w pobliżu, jakiś pasażer wysiada. Podchodzę do kierowcy.
– Zawieziesz nas do Moyogalpy?
Kierowca rozmawia chwilę z żoną siedzącą obok. Zgadzają się. Uradowani wskakujemy do samochodu. W chaotyczny sposób opowiadam po drodze, co się nam przydarzyło. Później, by pozbyć się wątpliwości, pokazuję im w aparacie zdjęcie żółtego kościoła, który wczoraj odwiedziliśmy.
– To na pewno Moyogalpa – potwierdza kobieta.
Przejeżdżamy przez znajome już lotnisko (Aeropuerto Nacional De Moyogalpa) i wysiadamy w centrum miasta.
– ¡Muchísimas gracias! ¡Adiós!
Zanim wrócimy do hotelu, robimy jeszcze większe zakupy.
– Jestem wykończony, a ty? – mówię po kolacji.
– Nie. Dobrze się czuje. Bardzo fajny dzień.
Kamila zawsze jest pozytywnie nastawiona.
________________________________
*/ Zapożyczenia w języku angielskim to, między innymi: tomato, tequila. Także nazwy wielu lokalnych roślin i potraw z terenu Meksyku.
**/ Parę lat później spotkałem w Meksyku kuzyna tego srokala – modrowronkę jukatańską (Cyanocorax yucatanicus).