Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]


Kraków – Berlin

wtorek, 11 VI 2021


Czy będziemy mieć pecha? | Kierunek: Daleki Wschód! | Kolejny raz w Berlinie | Przed Katedrą Berlińską | Spacerując ulicą Unter den Linden | Symbole Berlina


Lecę! Siedzę w samolocie od 30 minut i próbuję się zdrzemnąć na niewygodnym fotelu Ryanaira. Kilka ostatnich nocy kiepsko spałem, czuję się śpiący. Lot jest krótki, godzina 20 minut, ale w podróży do Berlina jestem już czwartą godzinę.

– No, my to zawsze mamy pecha! – wyrwało się Renacie, gdy na lotnisku w Balicach okazało się, że lot jest opóźniony o godzinę.

– Szkoda. Będziemy mieć mniej czasu na zwiedzanie miasta.

– To już wolałabym opóźnienie 5 godzin.

Kilkugodzinne spóźnienie lotu było pechowym początkiem naszej podróży do Maroka.

– Dobrze, że tym razem nie braliśmy Ubera na lotnisko...

– Ale dostaliśmy odszkodowanie po 250 euro.

– Dla mnie najważniejsze, żeby nie spóźnił się samolot z Tajwanu do Malezji.

– Będzie dobrze, jak poprzednim razem. Na początek spóźnienie, a potem już wszystko dobrze szło.

Oby! Bo ten tramping jest w stylu tych, które odbywałem przed laty. Nieco wariacki, tak jak mój wyjazd do kilku krajów Azji Południowej, objazd Ameryki Południowej czy tramping do Meksyku. W tym pierwszym przypadku na tramping składało się 13 lotów, na drugi 10 lotów. Tym razem okazji do spóźnienia się na samolot (lub opóźnień samolotu) mamy 12. Ale wierzę, że wszystko będzie dobrze. Bo przecież zawsze wszystko idzie dobrze, czyż nie?

Berlin to, rzecz jasna, tylko początek podróży. Dalej polecimy przez Ateny do Singapuru, przejedziemy autobusem do Kuala Lumpur, by po dwóch dniach polecieć na Tajwan. Po kilku dniach spędzonych w Republice Chińskiej, polecimy przez Kuala Lumpur na Bali. I tu zaczyna się główna część trampingu, czyli Indonezja. Przez parę dni zwiedzamy wyspę, następnie lecimy na Flores, by zobaczyć warany na pobliskiej wyspie Komodo. Dalej dwa dni relaksu na Bali i lot do Singapuru. Zwiedzimy miasto i odlatujemy do Krakowa przez Ateny i Berlin. W sumie, nie licząc Niemiec, odwiedzimy cztery kraje. Zajmie nam to raptem 3 tygodnie, z czego łatwo wywnioskować, że podróż będzie intensywna i urozmaicona.

Wybór tych, jak się teraz brzydko mówi, "destynacji” jest pewnego rodzaju kompromisem. Renata chciała pojechać do Azji, a Indonezja była optymalna ze względu na porę suchą. Ja w Indonezji już byłem, szukałem więc takiego rozwiązania, aby przy tej okazji odwiedzić jakiś nowy kraj. Do wyboru w regionie miałem Timor Wschodni, Tajwan i Birmę. Ta ostatnia z niezrozumiałych powodów nie wzbudzała entuzjazmu Renaty. Timor Wschodni wiązał się z wysokimi kosztami przelotów i niewielką atrakcyjnością. Tajwan, choć nie jest członkiem ONZ, uznałem za atrakcyjny cel.

– Będziesz miała Chiny w pigułce – zachęcałem Renatę.

– A co zobaczymy w Indonezji? Chciałbym pojechać na Bali.

Wiadomo! Bali jest marzeniem wielu osób i bez dwóch zdań warto tam polecieć. Tyle, że ja już tam byłem…

– Pojedziemy na Bali. Ale chciałbym jeszcze zobaczyć inne wyspy: Celebes lub Sumatrę.

– A co tam jest ciekawego?

Hm. Zawsze się coś znajdzie. Na Celebes, zwanej przez ignorantów Sulawesi, są wioski z tradycyjnym zabudową i interesujące zwyczaje. Sumatra jest olbrzymia, z wysokimi wulkanami, malowniczym jeziorem Toba i mnóstwem niedocenianych plaż.

– Jest jeszcze Komodo z waranami...

– Tak? To pojedźmy tam! – stwierdziła Renata.

Hm, poprzednim razem, gdy byłem w Indonezji, odpuściliśmy Komodo ze względu na wysokie koszty. Tym razem pomyślałem: więcej takiej okazji mogę już nie mieć.

– Okej! – zaakceptowałem pomysł. – Pojedziemy.

Ta decyzja oznaczała konieczność dokupienia dwóch lotów na Flores, skąd organizowane są wycieczki na Komodo. Jeśli chodzi o Tajwan, najtańsze loty w regionie były z... Kuala Lumpur. Polecimy zatem do Kaohsiung, wracać będziemy z Tajpej. W ten sposób zarysował się plan wyjazdu. Jak widać, w miarę skomplikowany, bo obejmujący prócz 6 odcinków na trasie Kraków – Singapur, sześć lotów na miejscu.

– Poradzimy sobie – uspokajałem bardziej siebie niż Renatę.

Zabukowałem parę "oczywistych" noclegów (tj. bezpośrednio przed i po locie), sprawdziłem "mniej więcej" limity bagażu, a resztę ustaleń co do trasy zostawiłem na później. Tyle uwag wstępnych.

Samolot do Berlina podchodzi do lądowania. Nieznacznie zmniejszyło się opóźnienie. Musimy szybko przetransferować się do hotelu (lot do Singapuru mamy bowiem dopiero jutro o 11:35). Kupujemy jednoprzejazdowe bilety na S-Bahn po 4,4 EUR (do wyboru linia S9 i S42). Dość drogo, zważywszy, że nasz hotel Premier Inn jest tylko dwa przystanki dalej. Była to najbliższa i najtańsza opcja. Przynajmniej jest przyzwoity i komfortowy, co przyznaje nawet Renata. Zostawiamy bety w pokoju i jedziemy do centrum zaopatrzywszy się w bilety 24-godzinne (9,90 EUR).

– Ciamajda jestem, trzeba było od razu je kupić – narzekam na siebie.

– Nic się nie stało.

Renata ma wyjątkową umiejętność obniżania stresu i pocieszania.

Podjeżdżamy na Alexanderplatz. Wszędzie pełno policji, centrum i okolice dworca głównego są, zdaje się, zablokowane. Miejscowi mówią, że są tam jakieś demonstracje lub manifestacje.

– I to ma być ten plac?! – pyta z wyrzutem Renata.

Wcześniej wspomniałem jej, że to dość ważne i znane miejsce w Berlinie. Cóż: jest takie sobie, bez wyrazu i klimatu. Niemcy postawili tu nowoczesną fontannę, ale i ona nie wzbudza naszego zainteresowania.

– Chodźmy pod wieżę telewizyjną.

Właśnie przed chwilą ją dostrzegłem, jest niedaleko stąd.

– Rzeczywiście jest wielka – stwierdza Renata. – Zrobisz mi zdjęcie?

– Oczywiście.

Kilkadziesiąt metrów dalej znajduje się neorenesansowy Czerwony Ratusz (Rotes Rathaus) zbudowany, rzecz jasna, z czerwonej cegły. Dziś to siedziba władz całego Berlina. Przed budynkiem powiewa flaga unijna, flaga niemiecka, flaga Berlina i... cztery flagi ukraińskie.

– Przegięli – uznajemy jednogłośnie.

Z mapki wynika, że najbliżej nas znajduje się Katedra Berlińska (Berliner Dom). Jej zieloną kopułę widać zresztą ponad domami. Zanim do niej dojdziemy, obfotografowujemy XIX-wieczną fontannę Neptuna (Neptunbrunnen). Do naszych fotograficznych archiwów trafia przy okazji jakiś alkoholowy obdartus wsparty o jedną z czterech wielkich kobiecych postaci symbolizujących najdłuższe rzeki Prus.

Przechodzimy przez reprezentacyjną ulicę Unter den Linden, most na Sprewie i oto przed nami XIX-wieczna katedra. Naiwnie myślałem, że wstęp będzie darmowy. Nie jest. Zresztą kościół jest zamknięty. Jeśli wnętrze jest tak atrakcyjne jak fasada, to szkoda, że nie możemy wejść do środka. Wielkie rzeźby przedstawiające świętych i anioły zostały rozmieszczone na różnych poziomach fasady po obu stronach głównego portalu. Góruje nad nimi postać Jezusa ze wzniesioną dłonią. Cztery kompozytowe kolumny i fryz obiegający budynek dodają mu przepychu i monumentalności. Świątynia została zbudowana w stylu eklektycznym według projektu królewskiego architekta, Friedricha Stülera, będącego autorem projektów wielu zamków i kościołów zarówno na terenie dzisiejszych Niemiec, jak i Dolnego Śląska i Pomorza. Kościół jest olbrzymi, musimy nieco odejść w stronę fontanny na placu Lustgarten, by katedra zmieściła się w obiektywie. Według opisów, wewnątrz katedry znajduje się krypta grobowa Hohenzollernów z 90 lokatorami oraz organy składające się z 7269 piszczałek. Jest tu również kopuła widokowa i Kaiserempore – loża cesarska nad wejściem. Ciekawi mnie, ile z tej katedry zostało w 1945 roku. Bo chyba w Berlinie żaden budynek w całości nie przetrwał?

– Znajdujemy się teraz na Wyspie Muzeów – wczuwam się znów w rolę przewodnika. – Jest tu kilka muzeów i galerii.

Mijamy neoklasycystyczny budynek z 18 kolumnami i rotundą, w którym mieści się Altes Museum z eksponatami ze starożytnego Rzymu i Grecji. Idąc wzdłuż odnogi Sprewy, zerkamy na okazałe, XIX-wieczne muzeum prezentujące zbiór egipskich dzieł sztuki i artefaktów archeologicznych i dochodzimy do najsławniejszego miejsca na wyspie – Muzeum Pergamońskiego. To tu znajduje się bogata kolekcja starożytnej sztuki rzymskiej i greckiej oraz antyki z Persji i Babilonii.

– Tam na końcu jest jeszcze Bode-Museum ze sztuką bizantyjską – wskazuję okrągły budynek z kopułą. – Szkoda, że nie możemy dziś tych wszystkich muzeów oglądać…

Zawracamy. Zerkamy jeszcze na słynny XIX-wieczny most Schlossbrücke z ustawionymi wzdłuż łukowatego przęsła licznymi monumentami.

– Pójdziemy teraz wzdłuż Unter den Linden w stronę Bramy Brandenburskiej – wskazuję kierunek.

Właściwie moglibyśmy spędzić na tej ulicy pół dnia. Co kilkadziesiąt kroków znajduje się coś interesującego. A to Muzeum Historyczne z Kronprinzenpalais naprzeciw, a to podobny do greckiej świątyni Nowy Odwach (Neue Wache), arcydzieło niemieckiego klasycyzmu, budynek-pomnik upamiętniający ofiary wojen i terroru. Zaglądamy do wnętrza, tu pośrodku pustej sali ustawiono rzeźbę „Matka ze zmarłym synem” (Mutter mit totem Sohn) według pomysłu Käthe Kollwitz.

Parę metrów dalej znajduje się Zeughaus, barokowy budynek berlińskiego arsenału. Zgromadzono tu pierwotnie wprost niesamowitą ilość zdobycznej broni. Podczas wojny siedmioletniej, Zeughaus stał się darmowym sklepem dla wojsk rosyjskich, które zajęły Berlin, to samo zresztą powtórzyło się podczas przemarszu wojsk napoleońskich. Zwraca uwagę bogato zdobiony czterokolumnowy portyk z rozbudowaną dekoracją rzeźbiarską na tympanonie i grupowymi rzeźbami nad attyką.

A oto Uniwersytet Humboldtów, najstarszy w Berlinie. To tu studiował Otto von Bismarck, romantyczny poeta Heinrich Heine, filozofowie: Friedrich Engels, Georg Hegel, Karl Marx i Arthur Schopenhauer, także inżynierowie i fizycy tacy jak Wernher von Braun, Albert Einstein i Max Planck. Gdy przechodzę obok pomnika Hermanna von Helmholtza towarzyszy mi niezwykłe odczucie wdzięczności dla tych wszystkich uczonych, którzy stworzyli współczesną naukę, a o których uczyłem się w szkole i podczas studiów.

Po lewej stronie otwiera się widok na Babelplatz. To tu znajduje się Biblioteka Berlińska, a w głębi okrągły budynek obecnie remontowanej Katedry św. Jadwigi. Pośrodku placu uważny przechodzień odkryje niepozorne zagłębienie przykryte szklaną taflą. To miejsce upamiętniające spalenie „nieprawomyślnych” książek przez nazistów 10 maja 1933. To wyjątkowo smutne miejsce, przynajmniej dla mnie. Bo i dziś „pali się” treści odbiegające od głównego nurtu, cenzuruje internet i spycha „niewłaściwe” poglądy poza przestrzeń publiczną. I to naprawdę nieważne, czy dokonują tego naziści czy współcześni „światli” demokraci.

Od strony Bramy Brandenburskiej dobiega nas odgłos manifestacji. Na placu Wolności, przed budynkiem ambasady Federacji Rosyjskiej stoi kilkanaście osób.

– Ukraińcy…

Trzeba przyznać, że to godne podziwu. Organizować codziennie protesty, wiedząc, że mało kogo one obchodzą. Parę osób owinęło się żółto-niebieskimi flagami, są też manifestanci przystrojeni flagami Gruzji. Obok, przy krawężniku ustawiono „ołtarzyk” z kwiatami i zdjęciami ofiar Putina. Nasze miny chyba oddają to, co myślimy o tym wszystkim.

Ale oto już Brandenburger Tor. Miejsce znane każdemu Polakowi, który w dzieciństwie oglądał „Czterech pancernych i psa”. Miejsce znane młodszemu pokoleniu z manifestacji z 1989 podczas wydarzeń związanych z upadkiem Muru Berlińskiego. Niewątpliwie miejsce, które powinien odwiedzić każdy Europejczyk. I bez wątpliwości Bramę należy oglądać do południa, kiedy promienie słoneczne oświetlają ją od strony Pariser Platz. Teraz jest późne popołudnie i jej wschodnia strona tonie w cieniu. Jedynie pokryta patyną rzeźba przedstawiająca kwadrygę powożoną przez uskrzydloną boginię zwycięstwa Wiktorię, lśni w promieniach czerwcowego słońca. Podchodzimy bliżej. Fotografuję reliefy przedstawiające dokonania Herkulesa, przyglądam się pomnikom przedstawiającym Minerwę i Marsa. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie. Wystarczy.

– Chodźmy teraz do Reichstagu – proponuję.

Szans, by wejść do środka i popatrzeć na Berlin z wnętrza szklanej kopuły zwieńczającej budynek dziś nie ma. Ale chcemy zobaczyć niemniej sławną od Bramy Brandenburskiej wizytówkę Berlina, jaką jest Reichstagsgebäude, czyli siedziba parlamentu niemieckiego. To zaledwie 250 metrów dalej. Przystajemy przed żółtym neobarokowym budynkiem. Sześciokolumnowy portyk podpiera olbrzymi fronton z herbem i scenkami rodzajowymi na tympanonie. Wzdłuż gzymsu przebiega dumny napis „Dem Deutschen Volke”. Przed budynkiem łopocą na wietrze flagi niemieckie. O, dziwo! Tylko niemieckie. Widać, władze zachowały krztę normalności.

– Jeśli nie jesteś zmęczona, to podejdziemy do miejsca, w którym zachowały się resztki Muru Berlińskiego.

– Chętnie zobaczę.

Ale zanim dojdziemy do Potsdamer Platz, zahaczamy o inny plac-pomnik.

– Zapomniałem o tym miejscu. Ale faktycznie kiedyś je widziałem – wspominam.

To złożony z prawie 3000 betonowych bloków ustawionych w równych szeregach Pomnik Pomordowanych Żydów Europy. Zagłębiamy się w niekończący się labirynt coraz wyższych bloków.

– Niesamowite miejsce, prawda?

– O, tak – Renata kiwa głową.

W milczeniu przechodzimy na plac Poczdamski. Tu znajduje się inna pamiątka historii – kilka betonowych modułów z Muru Berlińskiego. Dziś ta konstrukcja nie robi wielkiego wrażenia: miał wysokość 3 do 4 metrów i wyglądał dość skromnie w porównaniu z murem oddzielającym Palestynę od Izraela czy USA od Meksyku. Notabene, w Berlinie są ciekawsze fragmenty murów niż ten, który teraz oglądamy.

– Zostało nam coś jeszcze do oglądania? – pyta Renata.

– Myślę, że wystarczy. Szkoda, że nie było możliwości poznania Muzeum Pergamońskiego.

– Czyli wracamy?

– Tak.

Wsiadamy do metra na najbliższej stacji. W hotelu zjadamy kolację i do spania. Jutro czeka nas długi lot.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej