Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13]


Asuan – Wysoka Tama – Wyspa File

poniedziałek, 18 VII 2011


"Coffee or tea?" | Widoki z pociągu do Asuanu | Chwila wytchnienia w hostelu | Przy pierwszej katarakcie | Na Wysokiej Tamie | Płyniemy na File | W świątyni Izydy | Kto zepsuł obelisk? |


Budzę się o 6:00, po cichu pakuję i myję. Zbierając wyprane rzeczy z dachu rzucam ostatnie spojrzenie na Luksor. Zapowiada się słoneczny, ciepły słoneczny dzień bez opadów. O 7:15 schodzimy na śniadanie. Chłopak śpi na sofie a po przebudzeniu nie reaguje na naszą obecność. Rozumiem, że nie chce mu się wstawać, ale w końcu jest w pracy...
– What about the breakfast? – pytam z niewinną miną.
– Okay, okay, sit! – mruczy.
Siadamy na sofie i obserwujemy somnambuliczne ruchy chłopaka za kontuarem.
– Znowu jajecznica – mówi Aga słysząc skwierczenie tłuszczu na patelni.
Istotnie, menu w tym hoteliku jest mało urozmaicone. Ja nie narzekam, ale nerwowo spoglądam na zegarek: zrobiła się 7:30.
– Coffee or tea?
– Coffee, please.
– Sorry, no coffee – uściśla przyszły szef kuchni.
Dobra, może być herbata, niech cię Apis kopnie. W pośpiechu przełykamy śniadanie, zarzucamy plecaki i ruszamy w dalszą drogę spoglądając po raz kolejny na naszą obskurną uliczkę.

Przed dworcem usłużny "friend" pyta, dokąd jedziemy.
– Asuan train – pokazuję pociąg stojący na peronie.
Niestety okazuje się, że to spóźniony pociąg z Kairu. Może trzeba było wsiadać, widać, że są wolne miejsca, ale nie wsiadamy. Niby za 45 minut ma być "nasz" pociąg. Dziwne to wszystko: w kasie facet mówił o pociągu o 8:00, na bilecie jest 9:10. Zawiadowca na stacji tłumaczy mi coś zawile o pociągu o 8:50. Od czasu do czasu musi pogadać z kimś; wtedy chwyta za słuchawkę i kręci korbką przy aparacie. Resztę czasu spędzamy w hali dworca. Duszno tu, ale bez męczącego, prażącego słońca. Sprzątacz przeciera posadzkę mokrą szmatą i wtedy na ukazują się na niej charakterystyczne gwiazdki, takie jak na sklepieniu w świątyni Hatszepsut 😉. Pociąg nie jest zbyt zapchany, zresztą mamy swoje miejsca. W zasadzie jest czysto, jedynie okna dawno szmatki nie widziały. Szkoda, zamiast brudu wolałbym fotografować to, co na zewnątrz. A jedziemy sobie wzdłuż Nilu. Mijamy kolejne stacje i stacyjki. Te mniej ważne mają nazwy tylko w języku arabskim. Na nich się nie zatrzymujemy. Wyłapuję wzrokiem co ciekawsze obrazki: ojca z synem na osiołku, stada ptaków żerujące na polach, fellachów uprawiających pola, kobiety niosące na głowie tobołki. A wszystko to przeplatane zagajnikami z palmami uginającymi się od daktyli.
– Patrz, ile statków! – mówię do Agi.
Na Nilu w kilku rzędach stoją zakotwiczone wycieczkowce i zwykłe stateczki. Ich obecność to znak, że zbliżamy się do Asuanu. Na długo przed docelową stacją na zboczach wzgórz towarzyszącym nam po lewej stronie wyrastają przedmieścia. Zabudowane byle jakimi domostwami z podwórkami otoczonymi kamiennymi murami. Parterowe domy z gliny i kamienia, z oknami bez szyb. Z rzadka palma lub bananowiec, częściej kwitnące różowo i biało krzewy. Biednie i licho. Tu i ówdzie stoi osiołek i porykuje, dzieciaki gonią się po stromych uliczkach, koty wygrzewają się na słońcu, na sznurkach suszy się pranie. Całość sprawia wrażenie opuszczenia, ale na wielu budynkach znajdują się zardzewiałe anteny satelitarne. Chętnie pochodziłbym po tych skąpanych w słońcu ulicach...

Dworzec w Asuanie. Podjeżdżamy najpierw do rozpartych za biurkiem policjantów turystycznych. Mówią, że do Abu Simbel turyści jeżdżą w konwojach. To wiem, ale nam chodzi o co innego. Dwadzieścia metrów od wejścia do budynku znajduje się informacja turystyczna i tu kierujemy swe kroki. Wychodzimy usatysfakcjonowani: nie trzeba jechać autokarem turystycznym w konwoju, do Abu Simbel można się dostać zwykłym autobusem o 8:00 rano.
– Bilety są po 25 EGP (okaże się, że po 27 funtów) – mówią – a powrotny autobus będzie mieć koło 16:00. Dojazd do dworca kosztuje 1 EGP.
Egipcjanin z informacji radzi nam wziąć taksówkę na objazd Wysokiej Tamy i wyspy File.
– 100 funtów maksymalnie – stwierdza – ale to już zależy, ile utargujecie.
Dziękujemy za informacje i żegnamy się. Na zewnątrz przyczepia się do nas hotelowy naganiacz, proponuję jakiś hotel, ale my chcemy iść do Jesif Hotel.
– Pokażę wam drogą – facet nie ustępuje.
– Nie trzeba, mamy mapę w przewodniku.
Chcesz, to chodź z nami, chłopcze :-p. Upał jest straszny choć to dopiero 11:00. Na szczęście do hotelu tylko dwa kroki. Naganiacz lezie za nami smęcąc cały czas, że znajdzie nam taksówkę, tylko za 100 EGP. Włazi za nami do hotelu i czeka. A niech sobie czeka! Umawiam się z hotelarzem na 50 EGP za pokój ze śniadaniem. Pokoik jest w porządku, czysta pościel, nawet ręczniki poukładane jak dla wczasowiczów w Hurghadzie 😉 Po chwili przychodzi hotelowy chłopak.
– Tea? – pyta.
Jasne chłopcze, przynieś nam herbatę. Wskakujemy pod prysznic, po chwili znów pukanie.
– Tea.
Chłopak kładzie tacę z dzbankiem i filiżankami na stoliku i czeka. Już, już chcę mu dać lizaka, gdy ten pokazuje rozczapierzoną dłoń.
– Five pounds! – mówi.
No, naiwny jestem!
Odświeżeni schodzimy do recepcji. Hotelarz namawia nas na wycieczkę do Abu Simbel za 160 EGP. Na razie dziękujemy, teraz chcemy pojechać na krótki objazd.

Przed dworcem nasz naganiacz niezawodnie nas odnajduje i znów zaczyna męczyć. Inny naganiacz proponuję nam objazd za 60 EGP na Wysoką Tamę, na wyspę File oraz do Niedokończonego Obelisku.
– To 150 km, pięć godzin – podsumowuje.
– Kłamiesz, brachu, nie ma nawet 70 km i w 3 godziny się wyrobimy – odpowiadam.
Obaj naganiaczem zaczynają się kłócić, kto kogo oszukuję. Ja tylko dolewam oliwy do ognia.
– Nie chcę z wami jechać, oszukujecie turystów!
Po 15 minutach proponuję 50 funtów staje na 55, w porządku, to w końcu 27 złotych. Naganiacz przywołuje duży czarny samochód z Nubijczykiem za kierownicą i wskazując na nas mówi, których białasów ma wziąć na objazd. Murzyn wskakuje do samochodu i potrząsa głową: nie chce jechać z nami. Zaczynają się kłócić. Właściwie się nie dziwię, to nie jest taksówka, lecz prywatny wóz a Nubijczyk po angielsku ani w ząb. Ostatecznie zgadza się nas wziąć. Jedziemy początkowo wzdłuż Nilu. Rzeka stopniowo oddala się od nas, zagłębia w dolinie. To znak, że zbliżamy się do starej tamy. Tu chwila na zdjęcia. Żołnierze z posterunku bronią się przed zdjęciami; niepotrzebnie, bo i tak nie chcemy ich fotografować.
W dole Nil i jego katarakty. A właściwie tylko pierwsza (licząc od ujścia) z niby sześciu katarakt na rzece. Piszę "niby', gdyż druga i czwarta katarakta – już na terenie Sudanu – nieodwracalnie zniknęły pod powierzchnią jezior zaporowych. Do miejsca, w którym się znajdujemy dobega ledwo słyszalny szum wody przeciskającej się między skałami; gdzieniegdzie biały, spieniony nurt rozbryzguje się tworząc mgiełkę. Brzegi i liczne rzeczne kępy porasta soczysta roślinność, nawet stąd widać, jak dużo ptactwa tu gniazduje.

Po drugiej stronie tamy wjeżdżamy na drogę prowadzącą przez kamienistą pustynię. Po kilkunastu kilometrach pojawia się sterczący w górę 10-metrowy pomnik przyjaźni egipsko-radzieckiej. Myślę, że Egipcjanie mają za co dziękować Związkowi Radzieckiemu. Gdyby to Amerykanie pomogli im zbudować zaporę i elektrownię, to pewnie do dziś zyski czerpałyby międzynarodowe koncerny energetyczne...
A oto i Wysoka Tama. Wysoka, bo w opozycji do starej ma aż 111 metrów. O, jak dobrze mają mieszkańcy Egiptu: tyle energii za darmo! Prąd tu pewnie tani, nie mogą więc dziwić latarnie uliczne, świecące się cały dzień. Zajeżdżamy na parking zlokalizowany w połowie długości zapory. Jesteśmy jedynymi osobami na tamie (poza żołnierzami z posterunku). Na starej zaporze w dolinie ledwo dwa pasy ruchu, tu natomiast zmieściłoby się ich sześć. Tafla Jeziora Nasera lśni aż po horyzont. Pusto tu, nikt nie pływa felukami, gdzieś tam daleko widać przycumowany przy brzegu stateczek. Utworzony 50 lat temu akwen ma powierzchnię dwóch Luksemburgów (5250 km2 i rozciąga się wzdłuż Nilu na długości ponad 500 kilometrów, czyli tyle, co nieco większy Zbiornik Kujbyszewski w
Rosji. W przypadku Nilu spiętrzenie jego wód oznaczało nie tylko stratę setek tysięcy żyznej gleby, ale i bezpowrotną utratę dostępu do stanowisk archeologicznych w Nubii. Dobrze, że choć trochę tych świątyń i skarbów starożytnych uratowano. Nie tylko znane wszystkim świątynie Ramzesa II w Abu Simbel, które zobaczymy już jutro, ale też np. świątynię Debod "wyeksportowaną" do Madrytu. Inne trafiły do Nowego Jorku, do Lejdy, do Turynu oraz paru miast w Sudanie. Rzucamy jeszcze okiem na elektrownię dającą 10 mld kWh energii rocznie. Może to się wydawać dużo, ale zarówno moc zainstalowana jak i ilość uzyskanej energii nie jest adekwatna do wielkości rzeki. Ot, choćby zapora Guri na rzece Caroni w Wenezueli jest potężniejsza, nie mówiąc już o Tamie Trzech przełomów na Jangcy w Chinach... Jeszcze kilka fotek i wracamy. Może się wydawać, że tu nic ciekawego nie było. Częściowo to prawda, miejsce nie poraża niezwykłością, jednak warto czasem zobaczyć coś na własne oczy, aby przestało być tylko punktem na mapie czy obrazkiem z telewizora.

Czas na File. To niewielka wyspa na Nilu, na którą przeniesiono zalawane wodą ruiny świątyni Izydy. To będzie wyjątkowa dziś atrakcja, mam nadzieję. Po przejechaniu przez starą tamę zjeżdżamy na boczną drogę zatrzymując się przy szlabanie. Kierowca chce od nas po 5 EGP, niby za parking, Z oporami daję. Kilometr dalej znajduje się ów parking i kasa. Oczywiście są liczne sklepiki z pamiątkami. Pomny rad z internetu idę najpierw negocjować cenę łódki, którą trzeba się dostać się na wysepkę. Jak na złość zacumowane na przystani łodzie są wieloosobowe, więc jasne, że cena dla naszej dwójki będzie horrendalna. Robię dobrą minę do złej gry.
– Nie ma problemu, może przyjadę jutro, gdy będzie więcej turystów.
Na razie stanęło na 100 funtach, wracam na parking, gdzie czeka Aga i relacjonuję sytuację. Trzeba poczekać na większą grupę, stwierdzamy. Z drugiej strony taksówka czeka, umówieni jesteśmy na trzy godziny. W rozmowie ze sklepikarzem ustalam, że 50 EGP za łódkę będzie okej, kupujemy więc ostatecznie bilety na File i wracamy na przystań.
– Kto chce moje 45 funtów? – głośno wołam.
Zgłasza się stary Egipcjanin. Motorówka jest mała i powolna. Nie szkodzi: im wolniej tym więcej przyjemności. Podczas 20-minutowego rejsu przyglądam się widocznej na brzegu majestatycznej kolumnadzie świątyni. Z przeciwnej strony płynie druga łódka a po chwili przegania nas inna. Są więc grupy turystów, może trzeba było okazać więcej cierpliwości? Z drugiej strony przejażdżka w kameralnym składzie ma swój urok... Przypominam sobie pływanie po delcie Dunaju z parą Rumunów. Teraz nasz przewoźnik wyłączył silnik licząc na to, że siłą rozpędu dopłyniemy do przystani na wyspie. Przeliczył się i nurt nas teraz znosi a on nie może odpalić, czyżby powtórka z
Rumunii, kiedy to silnik łodzi psuł się co chwilę, a Rumun naprawiał i mruczał: "Benzină rău!"? Po chwili niepewności wyskakujemy na brzeg. Mamy 45 minut do dyspozycji.

[tutaj będzie opis File] Na wyspie brakuje obelisku, który stanowił kiedyś wschodni pylon w świątyni Izis. Nie ma go, bo został skradziony przez Brytyjczyków w 1821 roku.

W powrotnej drodze do Luksoru odwiedzamy Niedokończony Obelisk. Kierowca, co prawda, próbował nas oszwabić pytając "Finish?", ale przypomniałem mu o ostatnim punkcie miniobjazdówki 😉 Swoją drogą zabawny facet: nie ma zegarka, nie bardzo rozumie po angielsku, gdy podaję mu swój zegarek przesuwa go sobie pod nos jak krótkowidz. W okolicy cmentarza kolejny raz skręcamy w lewo. Kilkaset metrów dalej jest starożytny kamieniołom a w nim – Niedokończony Obelisk z czasów królowej Hatszepsut (XVI/XV w. p.n.e.). Pilnuje go około 20 Egipcjan. Tylu przynajmniej doliczyłem się w pobliżu w budynku kasy. Pospieszają nas, chcieliby pewnie już iść do domu. Spokojnie. Dopiero 16:50. Zawiłą ścieżką wyznaczoną po granitowych skałach dochodzimy do tkwiącego w skale dzieła majstrów i niewolników. Granitowy monolit ma 42 metry długości, ze 3–4 metra grubości a w jednej trzeciej długości widoczne są dwie szczeliny. Zastanawiam się, jaka kara spotkała niewolnika, który pierwszy zobaczył pęknięcie. Nie wiem, czy pęknięcie powstało podczas wyciosywania bloku, czy było naturalną "skazą". Tak czy owak, mogli dokończyć krótszą wersję obelisku. Widać, zbyt ambitni byli 😊. Byłby, co prawda, niższy niż skradziony przez Konstantyna II w IV w n.e. Obelisk Laterański (32 metry bez podstawy) ustawiony w Rzymie, ale przecież Hatszepsut nie wiedziała, jak wysokie obeliski powstaną w przyszłości.

[opis reszty dnia]

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej