Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23-24]
Pociąg do Bogor | Angkoty zielone, angkoty niebieskie... | Wściekam się na motocyklistę | Spacer nad rzekę
Dziś opuszczamy Dżakartę. Nie spodobała się nam stolica Indonezji i raczej też nie podoba się samym mieszkańcom, skoro postanowili w 2000 przenieść ją do innego miasta... Uzupełnić. Na ostatnie kilka dni trampingu jedziemy w głąb wyspy. Chcemy pobyć bliżej z naturą, odsapnąć od wielkich metropolii, których ostatnio dużo widzieliśmy.
Do Bogor, miasta leżącego kilkadziesiąt kilometrów na południe od Dżakarty, pojedziemy pociągiem. Oba miasta są dobrze skomunikowane, pociągi jeżdżą całkiem często i są w miarę tanie. Bardzo podobają mi się piktogramy ostrzegawcze rozmieszczone na peronie: pasażerom nie wolno tu jeździć na dachu wagonu, nie wolno czepiać się od zewnątrz drzwi podczas jazdy. Nie można również wchodzić do wagonu z koszykami na nosidłach. Bardziej jednak podobały mi się wczorajsze obrazki, które oglądaliśmy w autobusie: zakaz wchodzenia z nożami, a także zakaz podciągania pasażerkom spódnic do góry.
– A pamiętasz te obrazki, które widzieliśmy w pociągu z Probolinggo?
– Te z zakazem przewozu durianów, strzykawek i broni palnej?
– I węży, nie zapominaj o wężach – dodaje Cecile.
Po godzinie jesteśmy w Bogor. To miasto wielkości Wrocłąwia. Ma interesujący ogród botaniczny, być może zobaczymy go w powrotnej drodze. Na razie chcemy jechać dalej w stronę parku narodowego (Gunung Gede Pangrango National Park). Tu po raz pierwszy skorzystam z przyjazdu angkotem – małym busikiem które tak licznie tutaj kursują. Początkowo nie zwracamy uwagi na ich kolory: jeżdżą czerwone, zielone i żółte*/. Busem podjeżdżamy do miejscowości Cisarua. Tu mamy zarezerwowany nocleg. Miejscowość jest z gatunku długich i rozproszonych bus zatrzymuje się na kilku przystankach. Orientuję się według wskazówek z mapki podanej przez Booking.com. Wysiadamy i wiejską drogą idziemy w górę wsi. Niestety naszego numeru domu nie ma w ogóle, nikt tu nie słyszał o takim hotelu.
– Hi, spójrz tutaj na mapę i nazwę – pokazuję spotkanemu facetowi.
Do rozmowy przyłączają się motocykliści.
– Ja wiem, gdzie to jest. To jest zupełnie gdzie indziej – mówi jeden z nich – mogę was tam zabrać.
Jestem nieufny. Już zdarzyło mi się raz w Wietnamie, że motocyklista odwiózł mnie parę kilometrów i wrócił na samo miejsce. Jego koledzy potwierdzają lokalizację to było przy głównej drodze, którą jechaliśmy.
– Zawiozę was.
– Ale jak i zmieścimy się we dwójkę?!
– Dwa razy obrócę…
– How much for these rides? – rzucam na koniec sakramentalne pytanie.
– Five – mówi chłopak i wyciąga przed siebie rozcapierzoną dłoń.
Okej, najpierw odprawiam Cecile, po 20 minutach, kierowca wraca, wskakuję teraz ja. Hotel jest, a jakże! Powinniśmy byli go dostrzec z autobusu… No, dobrze. Daję chłopakowi 5 tysięcy, a on zaczyna wrzeszczeć, że ma być 50 000. No, jakieś jaja! Tłumaczę, że umawialiśmy się na 5 000.
– You said „five”!
– No, no. Fifty!
Niech go szlag trafi. Na 50 000 w życiu bym się nie zgodził. Wciskam facetowi banknoty on wrzeszczy, drze je na kawałki, rzuca na podłogę i wychodzi.
– Powiedział 5 czy 50 – zwracam się do Cecile, która z przestrachem patrzy na rozwój sytuacji.
– Pewnie 5 – mówi niepewnie.
No, dobrze, niech się facet uczy angielskiego. Five to nie fifty.
Dostajemy pokój z trzema łóżkami, to aż nadto dla nas. Wygląda na to, że w hotelu nikt nie nocuje prócz nas. Musimy odpocząć, cała ta sytuacja wyprowadza nas z równowagi.
________________________________
*/ Angkot to skrócona wersja angkutan kota, miejskiego minibusa. Zabiera do 14 pasażerów, jeździ na określonych trasach. Kolor identtyfikuje konkretną linię.