Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]
Co jest grane?! | Taki sobie wodospad | Byłem tu! | | | |
W nocy zbudziła mnie burza. No, nie! Jeśli będzie padać całe rano, to niezbyt atrakcyjnie zapowiada się nasza wycieczka. Co za paradoks: to przecież Tajwan miał być deszczowy o tej porze roku, a Indonezja słoneczna i sucha. Z tą myślą przesypiam jeszcze kilka godzin. O 7:00 mam już dość i włączam internet, by sprawdzić wiadomości. Dostaję rachunek za telefon i z przerażeniem stwierdzam, że moja rozmowa z Booking.com prowadzona przez WhatsAppa kosztowała mnie majątek. Jak to się mogło stać, skoro miałem wyłączony roaming?! No, nic zapłacę i będą reklamować. O 8:00, widząc, że wciąż nie ma śniadania, idę na recepcję, by zainterweniować.
– Tak, tak. A co chcecie? Śniadanie amerykańskie czy europejskie? – chłopak pokazuje kartę.
Bierzemy jajecznicę, kawę i jakiś soczek z papai. Wiele się tym nie najemy, ale dobre i to. Pakuję herbatniki na drogę i wychodzimy przed hotel. Pięć minut po czasie zaczynam się denerwować. Zamówionego samochodu nie ma.
– Spokojnie, dopiero 5 minut minęło – uspokaja mnie Renata.
15 minut później jakiś motocyklista podprowadza nas na główną ulicę. Mam poważne wątpliwości, czy to nie jakaś konkurencja, ale ostatecznie przyjeżdża samochód, a kierowca potwierdza, że jest z tej firmy, której nazwę mamy na kwitku z zadatkiem zapłaconym wczoraj. Indonezyjczyk za bardzo nie mówi po angielsku, ale zna miejscowości, do których jedzie. To o niebo lepiej niż tamten jordański driver, który znał tylko słowo „photo”.
Ruch na drodze o tej porze jest nasilony, w obu kierunkach ciągną się kawalkady motocyklistów i samochodów. Ku mojemu zdziwieniu, kierujemy się początkowo na południe. To tam znajduje się pierwsza atrakcja: wodospad Tegenungan.
– Szkoda, że nie możemy się zatrzymywać przy każdym piękniejszym ogrodzie ze świątyniami – mówię.
A naprawdę jest na co popatrzeć. Ogrody wokół świątyń kwitną. Wszędzie plumerie, bugenwille i inne kwiaty. Co kilkadziesiąt metrów widać bogato zdobioną bramę i dziesiątki czy setki posągów zwierzęcych i bogów najróżniejszych.
– To można byłoby oglądać bez końca! – wzdycham.
– Chyba zaczyna padać – zauważa Renata.
– Niedobrze.
Deszcz raczej siąpi niż pada. Niebo jest jednak całe zachmurzone i nic nie zapowiada poprawy pogody.
– Proponuję ekstra przystanek przy ogrodzie z motylami – odzywa się kierowca – to przy drodze do wodospadu, wielu turystów chce to oglądać.
– A ty? – pytam Renatę.
– Mogłabym zobaczyć...
– Ja widziałem już takie miejsce ze dwa razy, ale okej.
Decyduje za nas deszcz. Ledwo wchodzimy do pawilonu, następuje oberwanie chmury. Deszcz leje się strumieniami, Panienka przy kasie, widząc, że deszcz długo nie ustanie, uczciwie mówi:
– Przy takim deszczu motyle się pochowały, niewiele zobaczycie.
Ulewa kończy się po 10 minutach, ale ponieważ wszystko jest mokre, a motyle latają w otwartej przestrzeni – po prostu odpuszczamy.
– Będzie jeszcze okazja zobaczyć takie miejsce w czasie wyjazdów – pocieszam Renatę.
Kilkaset metrów dalej znajduje się wspomniany wodospad. Spada kilkudziesięciometrową kaskadą do wąskiej doliny, którą początkowo oglądamy z góry. Jest to miejsce wybitnie turystyczne (wstęp 30000 IDR) z mnóstwem sklepików z pamiątkami i knajpkami. Podążając za innymi turystami, schodzimy na dno doliny, mijajmy po drodze niewielką świątynię.
– No, niezbyt imponujący ten wodospad – stwierdzamy zgodnie.
Tak czy owak, jest wystarczająca atrakcyjny, by robić sobie setki zdjęć i selfie. Panienki z Japonii, Europejki i Amerykanki cierpliwie pozują w różnych mniej lub bardziej ponętnych pozach, a ich towarzysze cierpliwie je fotografują. Grunt, żeby były odwiedziny były odnotowane na Instagramie i Facebooku.
Widzę, że po drugiej stronie rzeki jest dróżka prowadząca na nieco wyższy poziom, z którego można lepiej się przyjrzeć wodospadowi. Przechodzę przez mostek i wspinam się schodami na przeciwlegle zbocze. I tu niespodzianka. Pomiędzy drzewami ustawiono stolik, za nim siedzi panienka. Są i bileciki za kolejne 30 000 rupii. No, nie niech się wypchają, wzruszam ramionami i robię w tył zwrot.
– Wracajmy – zwracam się po chwili do czekającej na mnie Renaty.
No, cóż: miejsce jak miejsce. Takich wodospadów w Indonezji są setki. Był włączony do tego touru, skorzystaliśmy, jesteśmy zadowoleni, to wszystko.
Teraz kolejna atrakcja, czyli świątynia Goa Gajah. W momencie, gdy dojeżdżamy do niej, już wiem, że tutaj byłem. No, cóż: jak się dziś okaże, z pięciu punktów programu nie znałem tylko owego wodospadu. Przynajmniej będę służyć Renacie jako przewodnik.
– 45 minut – kierowca znów narzuca nam czas.
– Okej, zwiedzanie nam zajmie może mniej, może więcej czasu.
No bez przesady! To indywidualna wycieczka. Dostaję bordową szarfę, Renata również bordową spódniczkę.
[Pura Tirta Empul]
[Tegallalang]
[Wieczór w Ubud] [Widok] W jaskini-świątyni jest nastrojowo. Jeden z mnichów siedzi na podłodze i medytuje przed ołtarzykiem. Zapach kadzideł wypełnia pomieszczenie, a dym spowija pomieszczenie. Wycofujemy się.
Stromą ścieżką schodzimy ku miniaturowemu wodospadowi spływającemu przy olbrzymich, pokrytych zielonym mchem głazach. Pamiętam, że kilka lat temu wraz z brodatych mnichem obchodziłem te głazy brodząc po kolana w wodzie. Tym razem mamy mniej czasu, odpuszczam.
Chociaż te wszystkie miejsca i rzeczy wydają mi się znajome, to z przyjemnością oglądam je powtórnie. Wokół rozciąga się tropikalny las. Soczysta, bujna zieleń zachwyca. Imponuje. Tu wszystko jest takie… wielkie. Liście scindapsusa mają po kilkadziesiąt centymetrów długości, pióropusze asplenium osiągają metrowe rozmiary. Czasem przeleci jakiś motylek i tylko wzdycham, że nie chce usiąść na dłużej na jakimś liściu. Są naprawdę przepiękne. I te biało-żółte z czarnymi plamkami, i te mniejsze, niebieskie, a nawet te rudo-brązowe.
Przystajemy nad jeziorkiem, później schodzimy do rzeki, gdzie siedzi znudzony strażnik i pilnuje kierunku nurtu. Zaglądamy jeszcze do kolejnej świątyni i… to wszystko. Czas na kolejną atrakcję – świątynię Tirta Empul.
– To jest miejsce najbardziej turystyczne. Tam wierni i turyści wchodzą do wody w basenie i odbywają ablucje. Wielu Hindusów tam się modli i odprawia różne ceremonie – wspominam swój poprzedni wyjazd – Mam nadzieję, że będzie ci się podobać.
– Zobaczymy.
Podjeżdżamy kilka kilometrów. Zwiększony ruch na ulicy i liczne zaparkowane przy drodze i na parkingu pojazdy jednoznacznie wskazują, że dotarliśmy do celu.
Tirta Empul to…
Dostajemy sarongi. Mój co kilka kroków osuwa się na ziemię niczym w scence z Benny Hillem; muszę poprawiać. Swoją drogą, od dawna zastanawiam się nad noszeniem przez mężczyzn ubrań „otwartych” od dołu. Tych wszystkich sutann, kiltów, dhoti i lungi. Nie wiem, czy umiałbym się pogodzić z „podwiewaniem” od spodu. Ale zwolennicy tych tradycyjnych strojów ponoć chwalą je sobie wskazując, że są wygodniejsze, nie krępują ruchów, przepuszczają więcej powietrza.
W dwóch sadzawkach stoi kilkadziesiąt ludzi zanurzonych po pas lub pierś w zależności od wzrostu. Kolejna grupa chętnych do zanurzenia się w wodzie stoi przy sadzawce. Wyglądają zabawnie ubrani w zielone sarongi*/.
przy strumieniu wypływającym w jednym z 10 strumieni wypływających z kamiennych paszczy. Co najśmieszniejsze 95% chętnych to bule-bule, czyli białasy, którzy prawdopodobnie niewiele rozumieją sensu tego zwyczaju. Przynajmniej mają frajdę z zanurzenia się w chłodnej wodzie. Niestety, dziś mało hindusów. Zaledwie garstka ich znajduje się na wydzielonym terenie świątyni... Siedzą po turecku w dwóch grupkach po pięć osób. Czasem wznoszą złożone dłonie do góry; generalnie modlą się i medytują. Obsługuje ich kilku manku – kapłanów ubranych na biało. Zapalają kadzidełka, znikają na chwilę na zapleczu "odczyniają” różne czary-mary nad głowami wiernych. Niestety nie doświadczam owego nastroju sprzed lat, kiedy to kapłani tworzyli procesję, a kilka kobiet niosło na głowach Banten Tegeh – bogate dary dla świątyni.
– Gdzieś tu powinien być staw z rybami – mówię – chodźmy w tamtym kierunku.
Niestety tu znajduje się tylko to już jest teren poza świątynią, ale jest urokliwe jeziorko z nenufarami i lotosami. Powodzie próba też trochę opadłych kwiatów z pomarańczowego drzewa nazwa. Zawracamy fotografujemy się jeszcze w bramie ustaw się tutaj jeszcze proponują Renacie i fotografuję ją oświetlonej słońcem bramie. Wygląda jak dla mnie uroczo.
– O, to tu jest to jeziorko ten stałe! – bo mam Renatę po drugiej stronie.
Zdaje się, że ryb przybyło. są już nie dziesiątki, ale setki wielkich pomarańczowych półmetrowych złotych rybek. Kilka osób rzuca im pokarm do wody, a one walczą o niego między sobą kłębiąc się na powierzchni. Wygląda to niezwykle. Jak by były wyławiane z wody. I to tyle Pura Tirta Empul.
– Teraz plantacja kawy – mówi kierowca.
To będzie najdalszy punkt na północ od Ubud. Dojedziemy tam w ciągu 10 minut, ale po drodze cały czas mijamy najróżniejsze interesujące zakłady rzemieślnicze. A to warsztat wytwarzający masowo z betonu bogów i zwierzaki, a to stolarnia produkująca rzeźbione drzwi. A kilkadziesiąt metrów dalej na ulicę wystawiono gigantyczne, rzeźbione korzenie i plastry z pni olbrzymich drzew – okorowane i wyżłobione.
– O, to tutaj! – rzucam, gdy zajeżdżamy na mały parking – Poznaję!
Już już mamy zagłębić się w lesie, gdy na naszej drodze staje mała Indonezyjka i mówi, że będzie naszym przewodnikiem. Próbuję ją spławić, ale ta mówi, że boss każe zajmować się turystami. Idzie z nami i zaczyna paplać po swojemu, to znaczy po angielsku. Niezbyt to interesujące, więc idziemy we własnym tempie i generalnie ją ignorujemy, bo niewiele ma ciekawego do powiedzenia. Pokazuję Renacie owocującego kakaowca (Theobroma cacao L.), kwitnącego kawowca (Coffea L.) z białymi drobnymi kwiatkami, także kawowca z owocami na różnych etapach dojrzałości: zielonymi, czerwonymi i brązowymi. Później, przy drodze, zobaczymy, jak miejscowi na rozłożonych szmatach suszą ziarna kawa.
– W tych klatkach trzymano kiedyś łaskuny palmowe (Paradoxurus hermaphroditus).
– Łaskuny?
– Niewielkie drapieżniki, nieco podobne do łasicy lub kuny. Bardzo lubią zjadać owoce kawowca, ale nie trawią nasion. Niestrawione ziarna pozbawione są gorzkiego smaku. I można z nich zrobić kawę (kopi luwak) o łagodnym aromacie. Częstowałem cię kiedyś tą kawą, pamiętasz?
– Tak, pamiętam.
Zwierząt w klatkach już nie ma. Co się z nimi stało? Prawdopodobnie znajdują się na wielkich fermach, w których wytwarzana jest kawa luwak na skalę przemysłową. Ta plantacja jest tylko na pokaz.
– Krzewy kawowca
– Z kakao robi się czekoladę – tłumaczy panienka.
Zdaje się opanowała jeden uniwersalny tekst dla wszystkich w różnym wieku.
Reszta wycieczki
Ostatnim, wyczekiwanym przez Renatę punktem touru są tarasy ryżowe w Tegallalang. Jest to jedno z kilku miejsc na Bali, dokąd wożeni są turyści. Podobne "atrakcje" można zobaczyć w Banaue na Filipinach, w Sapa w północnym w Wietnamie, a także w setkach innych miejsc w całej Azji. I zapewne przyzwyczajeni do tych zwykłych krajobrazów mieszkańcy nie mogą się nadziwić, dlaczego białasy tam jeżdżą. Chociaż, może z drugiej strony taki turysta z Senegalu czy Egiptu zachwycałby się polem żółtego rzepaku lub równymi rzędami kukurydzianego pola. Ale tak, jak to jest z rzepakiem czy słonecznikiem, trzeba trafić na odpowiedni moment wegetacji ryżu. W Wietnamie pechowo byłem podczas orki pól i sadzenia ryżu; czerwiec w Indonezji to czas z kolei okres żniw. Tu, w Tegallalang, na użytek turystów zastosowano proste rozwiązanie: ryżu się nie zbiera się jednocześnie ze wszystkich tarasów w dolinie, na części poletek wciąż widać dojrzały ryż, na innych jest już zebrany a niektóre poletka zostały nie tak dawno nawet obsadzone. W ten sposób dolina nie traci znacząco na swej urodzie.
Kierowca wysadza nas na parkingu i tym razem daje nam godzinę na zwiedzanie. Kupujemy bilety po 50 000 IDR i wchodzimy na teren doliny. Dolina Tegallalang mierzy około dwóch kilometrów długości, jest kręta i rozczłonkowana w górnej części. Na wszystkich zboczach znajdują się tarasy obsiane ryżem. W okresie intensywnej wegetacji, to jest w marcu-kwietniu dolina zachwyca soczystą zielenią. Teraz ryż jest już dojrzały, a źdźbła nieco pożółkły. Tym niemniej tarasy układające się wzdłuż poziomic teraz tworzą przepiękny układ pól. By urozmaicić pobyt turystom, którzy przecież po pięciu minutach oglądania widoków, by stąd odjechali, zapewniono szereg atrakcji. Są więc huśtawki na długich linach, jest przyciągnięta w poprzek doliny lina, po której można przyjechać rowerem. Są restauracje i puby, a nawet miejscowe SPA. W dolinie ustawiono również trochę kilka rzeźb.
Przystajemy na tarasie widokowym.
– I jak?
– Jestem pod wrażeniem – mówi Renata. – Naprawdę!
Cieszę się. Schodzimy na dno doliny, co chwilę fotografując co ciekawsze jej fragmenty. Pomiędzy tarasami, wzdłuż ubitych ścieżek, snują się turyści. Wędrujemy tak i my. Stopniowo przemieszczamy się na drugą stronę doliny. Tu zatrzymujemy się na moment. Parę metrów od nas macha maczetą wieśniaczka, ścinając ryż. Chwyta jedną ręką pęk źdźbeł i zdecydowanym ruchem odcina je pozostawiając kilkunastocentymetrowe ściernisko. Ubrana jest "po ludowemu”: kraciaste spódnica, chusta na głowie. Nie wiem, czy nie została tu zatrudniona jako element cepelii.
Ponad nami powoli przejeżdża podniebny rower.
– Chciałabyś tak? – podpytuję Renatę.
– Nie, nie! – potrząsa przecząco głową.
Hm. Ja też nie mam jakiegoś wielkiego parcia na takie atrakcje. Skok na bungee, lot na spadochronie holowanym, spływ na dętce, lot balonem lub off-road na quadach to typowe urlopowe rozrywki, zwłaszcza dla turystów gustujących w all incusive. Atrakcje, jak by nie patrzeć, na ogół dość kosztowne, przeto niezbyt mnie nęcące. Z pewnością stanowią później miłe wspomnienie, ale ja wolę w tym czasie i za te pieniądze doświadczać innych wrażeń. Zresztą zawsze jest „coś za coś”. Wszystkiego mieć nie można, wybieram więc raczej to, czego nie można mieć za pieniądze. Chociaż może nie do końca tak jest. Nigdy nie byłem zbyt napalony na rafting, nurkowanie, czy kąpiel w ciepłych źródłach, ale – gdy zdarzyły się okazje – po prostu je wykorzystałem.
Skręcamy teraz w kierunku północnym to jest w górę doliny. Turystów tu znacznie mniej. Zaczynam sobie zdawać sprawę z tego, że czas zaczyna nas gonić.
– Zaraz znajdziemy ścieżką na drugą prowadzącą na drugą stronę – pocieszam się.
Jak wspomniałem wcześniej, górna część doliny jest rozczłonkowana, a w związku z tym nasza droga się wydłuża. Minęła już godzina odkąd chodzimy po tarasach, a kierowca czeka. W końcu odnajdujemy ścieżkę prowadzącą na dno doliny. Tu, na wąskiej miedzy rozdzielającej pola ryżowe, spotykamy dwóch staruszków odpoczywających tu po pracy. W końcu pozostajemy się na ulicę przy przez inne północne bramkę.
– Teraz to już musimy szybko przejść na parking, jesteśmy spóźnieni 40 minut.
– Spokojnie. Kierowca nie pojedzie, bo nie zapłaciliśmy mu za pełnej kwoty.
– Wiesz co? Tu jest kantor, dokupię rupii bo się skończyły. Idź pierwsza, ja cię dogonię.
Wstępuję do kantoru, gdzie zobaczyłem korzystny kurs. Chłopak pyta czy może mi dać banknotów milion rupii. W pierwszej chwili akceptuję, ale gdy widzą wyraźnie mniejszy banknot niż te, z którymi miałem do czynienia zaczynam podejrzewać jakiś przekręt.
– Nie. Daj mi po 100 000.
Chłopak jest najwyraźniej rozczarowany, sądząc po jego minie.
– Nie ze mną takie numery! – dodaję po polsku i biegnę za Renatą.
Kierowca nie ma do nas specjalnych pretensji za spóźnienie, widocznie liczył się z tym. Po 20 minutach jazdy jesteśmy w Ubud na głównej ulicy. Rozliczam się z kierowcą i dziękuję za wycieczkę.
Sprawdzić czy obiad.
Pozostaje jeszcze zorganizować transport na jutro. Rozpytujemy tylko miejsca o autobusy autokary do Denpasaru lub Kuty, oczywiście wszyscy proponują taksówkę. Dziwnie milkną, gdy mówię o czerwonych autobusach K2b. Problem jest dodatkowy taki, że nie wiemy, ile zostało nam pieniędzy na karcie Mandiri E-Money. W banku wyjaśniają nam w jakimś banku odsyła ją w banku mówią że nie sprawdzimy u but tego w Ubud, bo nie ma tu banku, który wydał tą kartę.
W hotelu mamy już dostęp do internetu. Sprawdzamy ceny Graba.
– 400 000?! Przegięli – jęczę.
– Może znajdziemy jakąś okazję na ulicy i się umówimy na jutro.
– To dobry pomysł, chodźmy.
Okazja znajduje się prawie natychmiast przy głównej ulicy.
– Tak, potrzebujemy transportu, ale na jutro. – tłumaczę.