Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]
Wulkaniczne jeziora | W drodze nad Songköl | Jaki i cudowne krajobrazy | Będziemy spać w jurcie | W obozowisku Kirgizów | Marzena wsiada na konia
Songköl to spore, dwukrotnie większe od Śniardw, jezioro w środkowej części Kirgistanu położone wewnątrz dużej niecki, otoczone wysokimi szczytami Tienszanu. Znajduje się na wysokości 3016 m n.p.m. w strefie bezodpływowej, podobnie jak Titicaca na granicy Peru i Boliwii. Przed wyjazdem zastanawiałem się co, jeszcze zobaczyć oprócz jeziora Issyk-kul w tym górzystym kraju. Wiadomo: są tu nieskończone możliwości trekkingów, a wycieczka do jednego z wysokogórskich jezior byłaby cudowną wyprawą. W planach jednak mieliśmy cztery kraje i należało czas trampingu podzielić na nie w miarę sprawiedliwie. Zrezygnowaliśmy więc z dłuższych trekkingów po północnej stronie „kirgiskiego morza”, a także z zapuszczania się w góry na południe od jeziora. A jednak miałem wielką ochotę zobaczyć takie wysokogórskie jezioro z błękitną czy też morską barwą wody. Ostatecznie postanowiłem, że udamy się później nad prześliczne Jezioro Ałmatyńskie w Kazachstanie, a teraz tu, w Kirgistanie, spróbujemy dotrzeć nad Songköl leżące pośrodku wielkiej kaldery. Takie jeziora w kalderach lub w kraterach zawsze są dla mnie czymś niezwykłym ze względu na wulkaniczne pochodzenie. Pierwszym takim jeziorem, które wywarło duże wrażenie na mnie, było Albano oglądane z Castel Gandolfo. Pamiętam również wielkie jezioro Atitlán otoczone wulkanicznymi szczytami Sierra Madre (Gwatemala) a także jezioro Taal wypełniające wielką kalderę na Luzonie (Filipiny).
Rankiem opuszczamy Barskoon. Dziękujemy gospodyni za nocleg i za miłą atmosferę przy śniadaniu. Łapiemy „taxi” na krzyżówkę (50 KGS) i rozpytujemy miejscowych o dalszy transport. Jak na złość nie ma w najbliższym czasie busa do Bałykczy. Próbujemy więc stopa sprawdzi, ale przed dłuższą chwilę niezbyt nam idzie. Podjeżdżamy zaledwie parę kilometrów. Kilkaset metrów dalej widać niebieską taflę Issyk-Kul.
– Chodźmy nad jezioro. Przecież aż tak się nam nie spieszy. – proponuje Marzena.
Rozkładamy się na kamienistym brzegu. Jest cicho i pięknie. Sielanka. Woda jest stosunkowo zimna, nie mam zamiaru się kąpać.
– Ja już to mam za sobą – stwierdzam.
– Co?
– Pływanie w takim wysokogórskim jeziorze. Kąpałem się co prawda nie w Bajkale, ale w jeziorze Chubsugulskim w Mongolii.
Przemilczam fakt, że wszedłem do wody tylko na parę minut. Pewnie dlatego przeżyłem!
– Wiesz, ja chyba też nie będę się kąpać…
– Nie?! Przecież chciałaś.
– Chciałam plażować!
Zatem plażujemy. Dokładniej: Marzena wystawia się do słońca, ja się kręcę w pobliżu wypatrując ptactwo wodne i robiąc zdjęcia. I muszę powtórzyć: jest tu pięknie. Ośnieżone szczyty Tienszanu na horyzoncie, niezmierzona toń łagodnie falującego jeziora, soczysta zieleń i para koni pasących się na łące.
W dalszą drogę do Bałykczy zabiera nas marszrutka. W kierunku Naryna nic jednak nie jedzie. Znów decydujemy się na autostop, tym razem płatny. Za stukilometrową podwózkę płacimy 400 somów, czyli 24 złote. Trochę drogo, ale chcemy dziś nocować nad jeziorem. Jedziemy dosyć szybko, na drodze praktycznie nie ma ruchu. Niespodziewanie zatrzymujemy się na krzyżówce za miasteczkiem Sarybulak.
– To tutaj – mówi kierowca. – Łapcie stopa dalej, powodzenia.
Zostajemy sami. Miejsce, w którym się znajdujemy, to właściwie pustkowie na skrzyżowaniu dwóch dolin. Nie ma tu żadnej osady, tylko skały z mizerną roślinnością. W prawo odchodzi droga asfaltowa nad Songköl (Соң-Көл). Jest pusto, cicho i pięknie. Potrzebujemy trochę czasu, by ochłonąć, a jednocześnie podelektować się tą chwilą i tym krajobrazem.
W ciągu 15 minut nic nie skręca w stronę jeziora. Wolnym krokiem ruszamy w górę. Jest dla nas jasne, że na piechotę nie dojdziemy, ale liczymy na to, że w najbliższej osadzie, która jest oddalona może o dwa kilometry znajdziemy jakiś transport. Szczęście nam jednak dopisuje.
Pod górę, kolebiąc się na boki po dziurawej drodze wpełza półciężarówka. Widząc nasze machanie, kierowca się zatrzymuje.
– Zdrastwujtie jedietie w Sonkiol?
Kierowca kiwa głową i wyłącza silnik. W kabinie nie ma już dla nas miejsca, będziemy jechać na pace wypełnionej pustymi kanistrami na wodę. Ładujemy się na górę i, starając się nie uszkodzić baniaków, sadowimy na plecakach. Pukam ręką w karoserię, by dać sygnał kierowcy, że możemy ruszać. Na prostych i bardziej płaskich odcinkach przyspieszamy. Szarpie nami na wszystkie strony, podrzuca. Ale jazda! Lubię te momenty. Przypomina mi się szaleńcza jazda w Hondurasie na pace ciężarówki wypełnionej chipsami. W ogóle lubię korzystać z nietypowego autostopu. Jasne, podróż klimatyzowanym szybkim samochodem osobowym jest bardziej komfortowa, ale na dłużej zapamiętuje się te wszystkie zdezelowane ciężarówki, dwukółki itp. Uśmiecham się do wspomnień autostopu na motorach w El Limon (Dominikana), także w wozie policyjnym w Serxu w Chinach.
Wąska dotąd dolina poszerza się, pojawiają się łąki i inne uprawy, w końcu dojeżdżamy do wioski złożonej z kilkudziesięciu parterowych domów. Jest tu również meczet z blaszaną kopułą i takim samym srebrnym minaretem. Zatrzymujemy się tylko na chwilę, by zabrać na pakę dodatkowego pasażera.
Przed nami jeszcze ze 20 kilometrów. Obok drogi wije się niewielka rzeczka, dalej widoczne są niewysokie wzgórza, a na horyzoncie góry ze starym, pozimowym śniegiem. Raz na jakiś czas na drodze spotykamy jeźdźca prowadzącego stado koni lub bydła. Osady są coraz rzadsze, czasem to pojedyncze domostwo z kilkoma drzewami gdzieś pośrodku pustkowia.
Droga znów staje się bardziej stroma, serpentynami wjeżdżamy w górę. Wiatr świszczy w uszach, a starszy Kirgiz, który się dosiadł w wiosce, stara się uchronić głowę przed pędem powietrza. Mówi, że ma chorą głowę, boli go.
Jestem zachwycony krajobrazami. Zieleń łąk, brąz nagich skał, śnieg i błękitne niebo ozdobione obłoczkami są wprost cudowne. Musieliśmy nieco zwolnić, bo droga stała się wąska. Trawersujemy krawędź kaldery. Konie i bydło które mijaliśmy wcześniej w dolinie zamieniły się w mikroskopijne żuczki i mrówki, a rzeczka przeistoczyła się w srebrną nitkę. Z naprzeciwka nadjeżdża bus. Przystajemy, by mógł nas bezpiecznie wyminąć na urwisku. Zza kolejnego zakrętu wyłania się trzymetrowa zaspa śniegu, który ostał się tu od zimy. Ciekawe, czy w zimie tą drogą można w ogóle przejechać nad jezioro. Mieszczuchy, takie jak ja, rzadko kiedy doświadczają utrudnień z zimowym transportem. Mieszkańcy Kazbegów w Gruzji są natomiast bardziej komfortowej sytuacji, gdyż wysokogórska Przełęcz Krzyżowa leży na strategicznej Drodze Wojennej i jest utrzymywana przez cały rok. ale jeszcze nie tak dawno Xinaliq w Azerbejdżanie było odcięte od cywilizacji przez kilka miesięcy w roku.
Przekroczyliśmy krawędź kaldery, znów przed nami szerokie przestrzenie. I znów widzę to, co najfajniejsze: stado jaków pasących się na łące jaków.
– Pierwszy raz widzę jaki – woła do mnie Marzena, przekrzykując hałas silnika.
Kiwam głową. Ja spotykałem już wcześniej te piękne zwierzęta w Mongolii i w Chinach, a ich majestatyczny wygląd zawsze mnie zachwyca. Czy będzie kiedyś okazja zobaczyć bizony w na prerii amerykańskiej? Lub chociażby żubry w Puszczy Białowieskiej? Mam nadzieję, że tak. Tutejsze stada jaków liczą sobie setki sztuk. Nikt ich raczej nie pilnuje, są zbyt potężne, by jakiś drapieżnik im zagroził.
Po 15 minutach zatrzymujemy się w pobliżu osady. To kilka jurt i baraków, tu kończy się nasza trasa. Chcę się rozliczyć z kierowcą, ale ten macha ręką i mówi, że nie chce pieniędzy.
– Balszoje spasibo! – dziękujemy i żegnamy się.
Daleko jednak nie odejdziemy, gdyż deszcz, który przed chwilą zaczął mżyć, przerodził się w ulewę. Wszyscy chronimy się w baraczku, starając się nie nanieść błota do pomieszczenia wyłożonego dywanami. Nie ma tu praktycznie mebli prócz materacy i wielkiego stosu kołder i poduszek. Oberwanie chmury jak szybko nadeszło tak szybko się kończy.
Żegnamy się z uprzejmymi miejscowymi i idziemy szukać noclegu według udzielonych nam wskazówek. Nocleg jest, a jakże! Gospodyni zaprasza nas do jurty "gościnnej", tu będziemy spać. Wejście do jurty wykonane jest z grubego wojłoku, który na dzień jest zrolowany do góry. Inaczej było w Mongolii, gdzie drzwi były "prawdziwe" – z malowanego drewna*/. Na podłodze rozłożone są wzorzyste dywany taar i wełniane chodniki ala kiyiz z kolorowymi ornamentami. Obok malowana drewniana skrzynia ze stertą koców i grubych stebnowanych lub pikowanych narzut zwanych juurkan.
– Bielio priniesu pozże, zachoditie na czaj – proponuje nam gospodyni, widząc, że jesteśmy zmarznięci.
Zostawiamy plecaki i idziemy się zagrzać. Kirgiska jurta na piecyk umieszczony nie pośrodku, lecz bardziej z boku, inaczej niż w gerach mongolskich. Jak mi się również wydaje, do konstrukcji dachu użyto większej liczby prętów**/. W każdym razie w przeciwieństwie do prostych mongolskich prętów (uni), tutejsze pręty (uuk) są na końcach wygięte. Ściana bardziej płynnie przechodzi w dach. Jak już wspomniałem, kirgiskie jurty są bardziej spiczaste, kopulaste. W Mongolii toono – ciężka okrągła rama z otworami na żerdzie – jest zwykle wsparta na 2 słupach zwanych bagana. W Kirgistanie natomiast ciężar dachu jest inaczej przenoszony na ściany, przez co słupy są zbędne, a konstrukcja okrągłej ramy (tündük) – samonośna. W pomieszczeniu jest również niski stolik, a zamiast tradycyjnej drewnianej skrzyni, kilka bardziej współczesnych szafek. Na podłodze leżą długie patch-workowe maty kurak toshok i ręcznie tkane dywany taar i kilem. a ściany wyłożone są tush kiiyz – bogato ornamentowanymi zasłonami. Ściągamy buty i siadamy. Wrzątek jest cały czas zagrzany, więc po chwili dostajemy herbatę w tradycyjnych czarkach. Na stół gospodyni postawiła chrupki w miedniczce, ale ja przynajmniej nie mam specjalnej ochoty.
– Chciałabym pojeździć na koniu, jeśli się tu da – mówi Marzena.
– Już pytam.
Gospodyni niebyt dobrze mówi po rosyjsku, ale umawiamy się na 300 somów za jedzenie i jeżdżenie na koniu, zaś sam nocleg ma kosztować 10 dolarów. Można się domyślać, że nie jesteśmy pierwszymi obcokrajowcami skoro płacić mamy w dolarach. Na szczęście nie chcą z nas zedrzeć za dużo.
Idziemy na spacer. Cała przestrzeń wokół osady to niezmierzone pastwiska, na których pasą się konie i owce. Przepływa przez nie niewielki strumyk spływający ze zboczy kaldery do centralnie położonego jeziora Songköl Chociaż strumyk ma kilka centymetrów głębokości i na dobrą sprawę można przejść go po kamieniach suchą stopą suchą stopą, to żyją w nim rybki, jak można sądzić po obecności wędkarza siedzącego z patykiem nad strumieniem. Do samego jeziora jest ze dwa kilometry, widzimy tylko wąski pasek wody w oddali. Nie jest to tak istotne, tu mamy nocleg i potencjalnie transport jutro.
Podchodzimy do gospodarza, który zajął się pielęgnacją źrebaków. Jego żona klęknąwszy na kolano doi klacz. Kirgiz mówi, że przygotuje konia za pół godziny. Tymczasem się ściemniło, ciężkie deszczowe chmury zaległy nad okolicą, a zbocza kaldery przyprószył świeży śnieg. Zdecydowanie się oziębiło. Na trawie wieczorem pojawi się nawet szron.
Idziemy na spacer nad jezioro, a przez część drogi towarzyszy nam mały Kirgiz. Jego rumiane, zaczerwienione od mrozu policzki przypominają mi dzieciaki, które spotykałem u Caatanów w Mongolii. Zawracamy, bo koń już jest osiodłany. Kirgiz pomaga Marzenie dosiąść konia, udziela instrukcji. Dziewczyna jak rasowa amazonka zaczyna anglezować, zadumane zwierzę wydaje się tego nie rozumie i stoi w miejscu. Na szczęście Kirgiz jej pomaga, ciągnąc konia za postronek. Nie mogę powstrzymać się od uśmiechu wywołanego wspomnieniem z podobnej przejażdżki Grzegorza po stepie mongolskim. Później koń podejmuje jednak współpracę z Marzeną i przez kwadrans biega stępem po okolicy.
– I jak było? – pytam na koniec.
– Świetnie! Chcesz też?
Wsiadam na konia bardziej motywowany chęcią do uwiecznienia siebie aparatem niż dla jeżdżenia. Tak, jak się spodziewałem, strzemiona są zbyt wysoko umieszczone, niedostosowane do mojego wzrostu. Nieważne, koń o tym nie wie. Męczę go przez 10 minut, zachęcając do szybszego biegu. Okej wystarczy tej hipiki na dzisiaj, zrobiło się już zresztą już ciemno. Negocjujemy jeszcze cenę za transport powrotny. Zabiorą nas jutro rano za 10 dolarów***/. Wracając do jurty, słyszymy chrzęszczące pod nogami igiełki lodu.
Kąpieli specjalnej dziś nie będzie, nie zawracamy sobie tym głowy. Zjadamy kolację u siebie w jurcie i wskakujemy do śpiworów, nakrywając się kilkoma warstwami kołder i koców.
– Dobranoc.
– Dobranoc.
________________________________
*/ Drewniane drzwi jurty widzieliśmy również wczoraj w dolinie Barskoon.
**/ Liczba prętów zależy od średnicy jurty i jest w zasadzie porównywalna w jurtach z różnych krajów.
***/ Teoretycznie moglibyśmy wracać znad Songköl inną drogą – do Ak-Tał (Ак-Тал) leżącego na południe od jeziora. Wyboru jednak nie mieliśmy, nasi gospodarze jechali do Sary-Bulak (Сары-Булак).