Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]
W czajhanie | Śniadanie na słodko | Marzena traci aparat | Środkowoazjatyckie "morza" | Legenda o 2 siostrach |
Dopiero rano mamy możliwość przyjrzenia się, w jakim otoczeniu spędziliśmy noc. Podcienia budynku ustawionego w kształt litery U wsparte są dwukondygnacyjnymi kolumnami. Są na tyle duże, że mieszczą się pod nimi dwie trzymetrowej średnicy fontanny, a pierwsze piętro obiega długi balkon. Korzystamy z toalety w niskim pawilonie sąsiadującym z ogrodem. W porównaniu z przepychem w części mieszkalnej te pomieszczenia gospodarcze są obskurne i wyglądają fatalnie. Można by przypuszczać, że były to toalety dla służby. Myjemy się przy ujęciu wody na podwórku. Jakoś trudno mi uwierzyć, że gospodarze nie mają tu innej łazienki (prawdopodobnie mają, ale nam nie udostępnili).
Przechodząc później przez szeroką na cztery metry bramę przejazdową, widzę dwie interesujące rzeczy. Po lewej stronie (patrząc w kierunku podwórza) znajduje się podest ze schodkami z obu stron i balustradą. Nie mam wątpliwości, że ta konstrukcja służyła pomocą przy wsiadaniu lub wysiadaniu z karocy lub innego pojazdu konnego. Natomiast po przeciwnej stronie bramy ustawiono gigantyczne łoże o wymiarach 2,5 na 4 metry. Natomiast na zewnątrz brama ma wymiary 4 na 3 metry, jest drewniana, rzeźbione płyciny i futryny są pokryte misternymi kwiatowymi wzorami. Przed budynkiem znajduje się imponujący zadaszony podjazd wsparty na dwóch drewnianych, rzeźbionych kolumnach podobnych do tych z meczetu w Andijon. Piękne są również ozdobne rynny i rzygacze.
Jak się okazuje, dostaniemy śniadanie, ale znowu w czajowni czyli czajchanie*/. Podjeżdżamy z gospodynią i starszą córką zamówioną taksówką. O tej porze jest tu w miarę pusto, ale dzięki temu można łatwo ocenić wielkość pomieszczenia. Spokojnie zmieściłoby się tu kilkaset osób. Znajduje się tu aywany – drewniane podwyższone platformy o wymiarach 3 na 3 metry. Wokół obiega je niska balustrada, wchodzi się po kilku schodkach i siada „po turecku” na rozłożonym dywanie i opiera na haftowanych poduszkach. Pośrodku aywanów stoją niskie stoliki, na których rozkłada się jedzenie. Pomieszczenie, jak wspomniałem, jest olbrzymie, ale ma też dodatkowe pomieszczenia przy bocznych ścianach niewielkie pomieszczenia, do których wchodzi się po schodkach. Są to prywatne pokoiki, w których my będziemy jeść śniadanie.
Znowu jest pełno jedzenia. Na stoliku nakrytym serwetą leżą trzy wielkie placki chlebowe, imbryczki z wrzątkiem, ciasta, cukier-kryształ w wielkich kawałkach, ciasteczka. Kelnerka przynosi w imbryku wrzątek w dzbanku, na którego dzióbku zawieszony jest zaparzacz – ażurowy pojemnik z zieloną herbatą. Gospodyni nakłada na nasze piyoli po kawałku cukru, a następie nalewa herbatę. Kök choy wypija się bez mieszania – cukier częściowo się rozpuszcza, a gdy zabraknie płynu – dolewa się nową porcję. Nie przepadam za zieloną herbatą, chociaż w tej części świata (a zwłaszcza w Chinach) to ją pije się najczęściej. Staram się wypić jak najszybciej, nie lubię przesłodzonej herbaty. Tu zresztą prawie wszystko jest słodko. Zjadam spory kawałek nadziewanego ciasta, próbuję umaczanych w cukrze-pudrze okrągłych ciasteczek. Na szczęście te słodkości mogę przegryźć chlebkiem z wzorkami, który grubo smaruję masłem.
– Mnie nravitsa twoja koszula – mówi Marzena do córki gospodyni.
– Rubaszka – poprawiam, widząc pytający wzrok dziewczyny.
– Ona s naszej fabriki…
Z rozmów wynika, że nasi gospodarze, a właściwie matka Azizy jest właścicielką niewielkiej fabryki szyjącej koszule, bluzki i sukienki.
– O, to wy macie fabrykę. A to może ja bym sobie poszła i kupiła też taką.
– Nie ma problemu. Możemy zdjąć z ciebie miarę – tłumaczą – i za dwie godziny będziesz miała bluzkę w sam raz dla siebie.
Zakład produkcyjny jest w sąsiednim budynku. Zatrudnia kilka szwaczek i krojczyń. Po śniadaniu Marzena znika wraz z gospodynią, idą do fabryki. Po 20 minutach Marzena.
– Nic nie kupiłam.
– Nie podobały się?
– Ceny są zbyt wysokie, a zwłaszcza tych bluzek haftowanych – stwierdza.
Dziękujemy za posiłek, teraz musimy dostać się do Beszarik. Nasza gospodyni zamawia transport, jak się okazuje, jest to mały busik i podjeżdżamy nim do miasteczka. Uzbeczki prowadzą nas do miejscowego kinoteatru, gdzie po południu mają się odbyć uroczystości związane z muzułmańskim świętem. Dzieciaki w wieku szkolnym są już pięknie przyszykowane, w białych koszulach i z aksamitką pod szyją. Są bardzo zaaferowane tym świętem, przygotowują jeszcze jakieś dekoracje przy wejściu do budynku. Wewnątrz ustawiono już kilkadziesiąt stolików przykrytych białymi obrusami, a wynajęta obsługa roznosi posiłki. Zapraszają nas do stolika.
– To co, zostaniecie do wieczora?
Byłem przygotowany na to pytanie. Zaczynam tłumaczyć, że niestety jest to niemożliwe, gdyż mamy wizę tadżycką tylko na kilka dni i musimy już dzisiaj pojechać do Duszanbe. Są wyraźnie rozczarowani naszą postawą, może nawet czują się nieco urażeni naszą decyzją. Trudno. No, niestety zapowiadaliśmy już wczoraj, że rano będziemy chcieli jechać dalej. Oczywiście, że fajnie byłoby spędzić więcej czasu z uzbecką rodziną, poznać bliżej miejscowe życie. Ale być może w Tadżykistanie (i potem znów w Uzbekistanie) będą podobne, atrakcyjne spotkania. Po prostu ciągnie nas dalsza droga. Marzena jeszcze daje swój adres na fejsie. Żegnamy się i wsiadamy do zatrzymanej przez gospodarzy taksówki, która ma nas zawieźć na przejście graniczne oddalone o 17 kilometrów. Przejazd kosztuje nas 15000 somów.
Na przejściu granicznym Pogranicznyj Punkt Patar jesteśmy po 9:00. W paszportach mamy wklejone jednokrotne wizy tadżyckie, wszystko odbywa się sprawnie do momentu, kiedy Marzena zaczyna fotografować przejście graniczne.
– Nie rób tutaj zdjęć, za chwilę ktoś się przyczepi – upominam ją.
– Ale ja chcę robić zdjęcia…
– To się źle skończy – ostrzegam, ale jest już za późno.
Do Marzeny podchodzi umundurowany Tadżyk i prosi ją, by oddała aparat fotograficzny.
– No to po aparacie! – złośliwię się. Ale jestem zły, bo przecież zignorowała moje ostrzeżenia.
Pogranicznik tłumaczy jej, że to nie wolno tu robić zdjęć, przegląda je i każe skasować ostatnie. Marzena robi bez słowa. Do tematu już nie wracamy.
Teraz musimy wymienić walutę i znaleźć transport do Duszanbe. Marzena wymienia na granicy 10 dolarów na 90 tadżyckich somoni. Taka suma wystarczy, by dojechać do Chodżentu. Dojeżdżamy tam z przesiadką w Konibodom. Droga jest równa, asfaltowa. Przejeżdżamy wzdłuż Zbiornika Kajrakkumskiego. To sztuczne jezioro gromadzi wody Syr-Darii, wielkiej azjatyckiej rzeki, która niedaleko stąd przekracza (tak jak my) granicę uzbecko-tadżycką. Zbiornik nie tylko dostarcza wody pitnej i służy nawadnianiu terenów rolniczych, ale zasila turbiny w miejscowej hydroelektrowni. Nie sposób przecenić znaczenia tego akwenu. W 2001 roku Tadżycy przemianowali go na Баҳри тоҷик, co tłumaczy się jako Tadżyckie Morze*/. Krajobraz tej części Doliny Fergańskiej jest w dalszym ciągu płaski, tylko na południowym horyzoncie w sporej odległości widać Góry Zarafszańskie. Uśmiecham się w duchu. Jestem nad Syr-darią – rzeką, o której uczyłem się w podstawówce. Pamiętacie? Syr-daria i Amu-daria, dwie rzeki-siostry, których wody ożywiły pustynię Kyzył-kum w Uzbekistanie i pozwoliły na stworzenie gigantycznych plantacji bawełny. Jakże się cieszę, że znalazłem się nad znaną mi wcześniej tylko z telewizyjnych przekazów rzekę.