Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32] [33] [34] [35] [36] [37] [38] [39] [40] [41] [42] [43] [44] [45] [46] [47-48]


Serxu - Suiqu

piątek, 5 VIII 2005


Przez góry i przełęcze... |Serxu: jak tu kolorowo! |Tybetańskie stroje: zachwytów brak końca |Mnisi buddyjscy |Ach to moje kapryszenie! |Policjanci mnie zabierają ze sobą |Kupuję pamiątki |Wszystko idzie dobrze


Serxu: święto lamajskie

Oj, namieszała Małgosia Maniecka w topograficznym opisie swej podróży... Wielokrotnie wczytywałem się w jej zapiski i ciągle nie zgadzało mi się wzajemne usytuowanie miejscowości w tym regionie. Przy okazji: Pascal w jednym miejscu utożsamia Serxu z Suiqu... No dobrze. Wiem, że spałem dziś w Xiewu, że chcę jechać w stronę Syczuanu a pierwszą miejscowością na drodze będzie Serxu.
Rano ustawiam się przy bocznej drodze prowadzącej do Serxu. W ciągu godziny zbiera się komplet pasażerów do mini-busa (30Y). Jedziemy początkowo wzdłuż rzeki, później droga porzuca dolinę i zaczyna się wspinać na potężne zbocza. Widoki są fantastyczne. U nas w Polsce, nawet jeśli jest kilka trudnych serpentyn, to nie na taką skalę! Muszę się więc zachwycać! Wyprzedzamy mozolnie wspinające się ciężarówki i w końcu osiągamy przełęcz 4700m npm. Jakie to przyjemne uczucie być tak wysoko! Powinienem tybetańskim zwyczajem wyrzucić przez okno plik karteczek z modlitwami i wykrzyczeć swą radość. Tu kończy się dobra droga, zaczynają wyboje. Witamy w Syczuanie! Znów serpentyny przecinające doliny pokryte niebieskimi i żółtymi kwiatami. Strumyki łączące się tam w dole w potężniejącą rzekę są takie małe... Okolica jest bezludna, czasem tylko mijamy pojedyncze zabudowania, z pewnością jaków tu więcej niż ludzi... Serxu: święto lamajskieSerxu: święto lamajskie

Dojeżdżamy do Serxu (4110m npm) i od razu widzę, że chcę tu zostać! Oto przede mną zakole rzeki. Za mostem mur z długim rzędem kolorowych młynków modlitewnych. Za nim kolejne bramy prowadzące na obszerny dziedziniec. Powyżej wzgórze zabudowane odświętnie przybranymi domami: na wszystkich dachach flagi religijne proporce i girlandy z małymi chorągiewkami. Złote zakończenia białych stup i brązowych świątyń przyciągają wzrok. Wygląda to wszystko bajecznie kolorowo. Coś między jarmarkiem a hollywoodzką fetą. W miasteczku trwa gigantyczne zgrupowanie mnichów buddyjskich. Aż czerwono to od nich. Ale zanim podejdę do nich muszę przecisnąć się przez tłum Tybetańczyków. Dla nich to również wydarzenie roku - przyjechali nawet z odległych miejscowości na swych przystrojonych motocyklach i koniach.
Serxu: TybetankaSerxu: Tybetanka
Okazja jest szczególna, przyjechał święty lama, ma otrzymać jakieś święcenia... Mieszam się z barwnym tłumem wchodzę na świątynny dziedziniec, i co widzę? Kilkuset mnichów, 15-25-latków, wygolone głowy, pomarańczowo-bordowe szaty. Słuchają w skupieniu lamy, dla którego wzniesiono rodzaj ołtarza. Jest i tron, i cały zespół asystujących mu dostojników. Właśnie trafiłem na moment założenia charakterystycznej, "krasnoludkowej" żółtej czapki. Lama wygłasza przemówienie a następnie wraz ze swymi pomocnikami przechodzi do świątyni. Mnisi zbierają się przed wejściem z ciekawością zaglądają do ciemnego wnętrza. Po chwili lama wychodzi i ulega prośbom mnichów o wspólną fotografię... Serxu: TybetankaSerxu: Tybetanka

Teraz staram się wmieszać w tłum tubylców, i z zainteresowaniem go oglądam. A jest na co popatrzeć... Na uroczystości przyszły i dzieci i kobiety, młodzi mężczyźni i zgrzybiali starcy. Staruszki z plątaniną długich skluszczonych włosów przypominają czarownice. We włosy mają wpięte spinki i koraliki, czasem zaplatają jeden lub dwa warkocze. Młode kobiety pozwalają sobie na setki drobnych warkoczyków. Widzę, że dzisiejsze święto jest wielkim przeżyciem dla wszystkich, starali się przyjść odświętnie ubrani. Jeśli więc część z tych starowinek przyszła ledwie w łachmanach, to jakaż bieda niektórych tu dotyka! Mają ze sobą młynki, kręcą nimi i modlą się na głos, inne w ostentacyjnie wznoszą rękę w geście przeżegnania się. Starcy przyszli w znoszonych marynarkach, kapeluszach z lat 30-tych. Niektórzy przypięli do pasa sznur koralików. W przeciwieństwie do młodych mężczyzn noszą włosy krótko obcięte.
Serxu: święto lamajskie Rozpisuję się tak o starszym pokoleniu, bo właśnie ono wywarło na mnie największe wrażenie. Ich pomarszczone, pobrużdżone twarze, poszarpane, splątane włosy, spalona słońcem i mrozem skóra i złoty błysk zęba - po prostu mnie urzekły.
Najbardziej "widowiskową" część społeczeństwa stanowią młode kobiety. Niektóre przyszły w charakterystycznych szerokich kapeluszach obrębionych futerkiem, do skórzanego pasa przyczepione jest ornamentowane puzderko wykonane z cyny i ozdobione półszlachetnymi kamieniami. I co może nas dziwić również kobiety noszą przytroczony do pasa ozdobny nóż. W splecionych włosach srebrne lub skórzane spinki. To, co może szokować, to tradycja smarowania kobiecych twarzy białym lub szarym proszkiem. Może kiedyś ktoś mnie oświeci, jakie ma on znaczenie... Może ma skrywać niezbyt apetycznie wyglądające brązowe rumieńce? U dzieci - rewia mody. Coś fantastycznego: czuję się jak Chińczyk wśród małych krakowianek...

W pewnym momencie wszyscy mnisi ustawiają się parami. Jeden siedzi pokornie, bez słowa, drugi stoi nad nim i wymachując rękami coś krzyczy. Rytuał ten trwa dość długo, rozumiem, że jest to coś w rodzaju pokazania marności lub ułomności ludzkiego jestestwa.
Robię sobie przerwę, idę poszukać ewentualnego noclegu. Mijam buddystów kręcących dużymi młynkami (sam też zdrowo zakręciłem), i na końcu miejscowości, w jednym z mnisich miejsc noclegowych zaklepuję sobie nocleg (10Y po negocjacjach). Nie jestem przekonany, czy chcę zostać na noc w Serxu, jest dopiero wczesne popołudnie, w każdym razie mam kąt do spania. Wracam na dziedziniec świątyni, trwa kazanie lamy. Mnisi siedzą przed ołtarzem "po turecku", słuchają w skupieniu. Przez pół godziny relaksuję się w tej niezwykłej atmosferze, później się wycofuję. Zaczyna siąpić deszcz, jestem głodny. Zaglądam do jednego i drugiego baru, lecz widok tłustych baranich resztek i kłęby dymu tytoniowego wyganiają mnie na deszcz. Wolę umrzeć z głodu! Serxu: Tybetańczyk

Podobno jest jutro autobus do Manigango; jeśli zdecyduję się na niego, będzie to znaczyło że dziś ujechałem "ledwie" 90 km. A ja chcę dalej i dalej. Przynajmniej do Suiqu - to ze 30 km na wschód. Z transportem jest krucho. Większość przyjechała tu na motocyklach lub w komplecie minibusami. Kręcę się po ulicy w nasilającym się deszczu, w końcu wsiadam do półciężarówki. Umawiam się na 20Y i tuż przed ruszeniem pod wpływem impulsu wysiadam. Później jest tylko gorzej. Odjeżdżam z naciągaczem, który chciał mnie zawieść za 100Y - myślałem, że 100 km dalej i tylko dlatego wsiadłem do jego samochodu. Wyjaśniam szybko pomyłkę serwując najpiękniejsze polskie przekleństwa i... wysiadam.
Później decyduję się na jazdę z dwoma mnichami za 30Y. Ledwo ruszamy dosiada się następny facet. Ma zapłacić 10 Y... Trzaskam drzwiami!
Ależ ja jestem niezdecydowany dzisiaj! Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ale tym za chwilę.

Na środku ulicy zaczynam rozmowę z mnichem angielskojęzycznym - spędził 8 lat w Indiach. Po minucie "przysłuchuje się" naszej rozmowie 15 osób, po kilku następnych w tłumie nas otaczającym jest może stu Tybetańczyków! Patrzą się na mnie, pociągają za ubranie i plecak, zaglądają do przewodnika...
Żegnam się z mnichami i zatrzymuję wóz policyjny. Jedziemy. No, tym razem już nie wysiądę :-) A oni nie wyglądają na takich, co by forsę za przejazd brali. Rozmawiamy w języku migowym, daję im widokówki z Krakowa. To sympatycznie spędzony czas. Słoneczko wyjrzało zza chmur, przygrzewa przez przyciemnione szyby. Pokonujemy kolejną przełęcz i właśnie zjeżdżamy do Suiqu. No, prawie. Policjanci nieoczekiwanie wysadzają mnie przy swojej bazie. OK, będę miał krótki trekking na wysokości 4.000m. Biorę plecak i idę sobie.
Przy drodze chińska rodzina kopie ziemię. Na zmianę, raz kobieta, raz mężczyzna walą kilofem w wykop, następnie Chińczyk przesiewa urobek przez sito zrobione z ramy łóżka i ładuje na motocyklową przyczepkę. Wożą potem tę ziemię do oddalonego o 3 kilometry Suiqu. Przypomina mi się postać chłopa zabierającego ziemię królowi z opowieści "O dwóch takich, co ukradli księżyc". Takich kopaczy jest wokół więcej. Hm...

Zatrzymuję się w pierwszym lepszym hotelu, jak się później okazuje - hotelu dworcowym. W lepszej części mieszka Mark, Amerykanin uczący studentów w Xining; ja będę spać na podwórku z Tybetańczykami i mnichami (20Y).
Jestem dziś potwornie zmęczony. Padam przy stole i pokazuję gestem czajnik z wodą - mam tak zaschnięte gardło, że nie mogę mówić. Idę potem rozejrzeć się po miasteczku. Nie jest tak urokliwe jak Serxu, ale i tak mi się podoba. Zjadam chińskie resztki w knajpie (11Y - przepłacone) i idę się internetować (przy głównej ulicy, część wschodnia). Przy okazji dowiaduję się, że autobus do Garze jest jutro o 7.00 z dworca wschodniego. Decyduję się na drobne prezenty - tybetańską bransoletkę z materiału noszoną tu przez mężczyzn, sznurek niebieskich kamyków oraz 2 metry kolorowej tkaniny ze wzorem tybetańskim. Będzie z niej serweta na ławę. Wyżyna Tybetańska

Muszę powiedzieć, że zupełnie dobrze mi idzie ten tranzyt przez Qinghai i Syczuan. Plecakowiczów praktycznie tu nie ma, Mark jest pierwszym, którego spotkałem. Jestem zachwycony Tybetańczykami, tylko Tybetu mi brakuje: inaczej sobie wyobrażałem krajobrazy podczas przejazdu przez ten skraj Wyżyny Tybetańskiej. Owszem, są wysokie góry, 6.000 metrów - to przecież więcej niż Alpy, miejscowości leżą na wysokości 3500-4500 metrów... Może po prostu brakuje mi widoków lodowców i wiecznego śniegu? Muszę poczekać do jutra!
I jeszcze jedna uwaga natury ogólnej: przed wyjazdem spotkałem się z określeniem, że Azja to raj dla samotnych podróżników. W sensie - między innymi - możliwości noclegu. Faktem jest, że 90% spotkanych plecakowiczów to samotni trampowie. Wyjątkiem były "moje" Mołdawianki. I co charakterystyczne - praktycznie wszyscy znali język chiński lepiej lub gorzej, przebywali w Chinach po kilka miesięcy lub lat. Może tak jest, że na zwiedzanie zachodnich prowincji decydują sobie tylko tacy? Ja w każdym razie zacząłem od tej trudniejszej strony Chin.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej