Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]
Hotel was nie przyjmie! | Kusząca propozycja | Biesiada z Uzbekami |
Rano wyjeżdżamy do Taszkentu. Autobus jedzie 7 godzin, przejeżdżać będziemy przez Samarkandę. O godzinie 16:00 jesteśmy na dworcu autobusowym w stolicy. Wiem, że jest tu metro wybudowane jeszcze w czasach Związku Radzieckiego. Opuszczając dworzec, przyciskamy się przez sznur samochodów osobowych stojących w korku. Pytamy miejscowego kierowcę, gdzie jest najbliższa stacja metro.
– Jest daleko, ale mogę was podwieźć.
Uzbek jest rozmowny i sympatyczny. Wypytuje nas o podróż.
– A dokąd podrzucić?
Odszukuję w komórce nazwę hotelu. Mężczyzna nie za bardzo wie, gdzie to jest, nawet gdy podaje adres.
– Macie numer telefonu?
Dzwoni do hotelu. Rozmawia przez chwilę po rosyjsku potem przychodzi na uzbecki. Rozmowa trwa kilka minut.
– Probliem. Gostinica nie robotajet – mówi do nas na koniec.
– Poczemu?
– Kakaja nibut’ awaria słucziłas. Goriaczej wody niet.
Nie wiem, co o tym myśleć. Być może faktycznie jest tam jakiś problem techniczny, ale jestem zezłoszczony, że nie poinformowali o tym Booking.com. Ale może być i tak, że nie chcą przyjąć dziś obcokrajowców z jakiegoś powodu. W każdym razie podejrzana sprawa.
– Słuchajcie, mogę was wziąć do siebie do domu. Możecie u mnie przenocować, nie ma sprawy.
To nęcąca propozycja. Mamy w pamięci wizytę u uzbeckiej rodziny w Beszarik, jesteśmy jak najbardziej chętni na coś takiego, ale nie chcemy się wpraszać na siłę.
– Może znajdziemy jakiś inny hotel – próbuję jakoś odpowiedzieć.
– Naprawdę nie ma sprawy, poznacie moją rodzinę.
– W takim razie chętnie, ale naprawdę nie chcemy sprawiać kłopotu…
– Nie sprawiacie, będzie nam miło. Mieszkam pod Taszkentem. Przenocujecie, a jutro was odwiozę do miasta.
To bardzo miłe jest jego strony. Perspektywa spędzenia wieczoru u rodziny uzbeckiej jest naprawdę atrakcyjna. Aleksandr zmienia temat.
– A czym się zajmujesz? – Jestem nauczycielem.
– A twoja żona?
Na wyjazdach dla uproszczenia nie zagłębiam się w tłumaczenie relacji.
– Ja pracuję w fabryce – Marzena również nie wdaje się w szczegóły.
– A ty kiem rabotajesz?
– A ja sobiraju musor – wyjaśnia chłopak.
Marzena patrzy na mnie pytająco.
– Musor? – pyta się.
– Śmieci – tłumaczę jej.
Z rozmowy wynika, że chłopak zajmuje się zbieraniem i sortowaniem odpadów.
– W zeszłym roku był pożar u mnie. 40 ton się spaliło – opowiada młody biznesmen.
– To dobrze czy źle? – pytam zdezorientowany, gdyż w pamięci mam ostatnie pożary na polskich składowiskach odpadów, gdzie dochodziło docelowych podpaleń, aby rozwiązać problem przetwórstwa.
– Bardzo źle, to było 40 ton makulatury!
Aleksandr chciałby kiedyś wybrać się do Europy.
– Pojedziemy na motorach. Z moimi braćmi. Ja już mam motor, oni dopiero zbierają pieniądze. I pojedziemy do Paryża!
– O tak! Paryż jest piękny – uprzejmie odpowiadam.
Już dawno wyjechaliśmy z Taszkentu. Jedziemy i jedziemy. Trochę się denerwuję, czy aby znowu nie zostaniemy wywiezieni zbyt daleko, jak zrobiła to uzbecka rodzina pod Beszarik. Ale nie! Jakieś 15 kilometrów za stolicą skręcamy w boczną drogę i na końcu wsi zajeżdżamy pod bramą z blachy falistej. Przed dom wychodzi cała rodzina, wita się z nami. Potem prowadzą nas do "na pokoje".
Siadamy na kanapie przy wielkiej ławie. Wkrótce pojawia się cała rodzina. Nasz kierowca z żoną Nazirą, starsi rodzice Aleksandra i trójka dzieci. Czwarte jest w drodze, jeśli dobrze widzę. Rozmawiamy po rosyjsku z facetem. Również z dziadkiem bez problemu dogaduję się po rosyjsku, natomiast swojej żonie pytania chłopak musi tłumaczyć. Jeśli chodzi o babcię, to nie ma problemu, bo jest praktycznie głucha. Gospodyni na chwilę znika za drzwiami, po chwili na stole pojawia się jedzenie: różne owoce, słodycze, ciasto, placki chlebowe, do tego herbata. Dziadek ma około 60 lat, jest siwy i też trochę przygłuchy. Sprawia wrażenie byłego wojskowego. Pyta się mnie, czy piję wódkę.
– Czasem piję, tak – mówię ostrożnie.
– No to się napijemy!
Zwraca się do syna, by mu przyniósł butelkę. Ten, z dezaprobatą kręci głową i mówi, że nie.
– Nie trzeba, naprawdę – próbuję powstrzymać seniora.
Dziadek jednak nie ustępuje i idzie sam poszukać alkoholu. Chłopak i Nazira patrzą z dezaprobatą, ale nie protestują. Dziadek nalewa wódkę do dwóch kieliszków.
– Nie masz ochoty? – pytam Marzena, ale ta kręci głową.
– Nie wiedziałam, że muzułmanie mogą pić alkohol. Zapytaj go, czy jest muzułmaninem.
– Sama go zapytaj.
Marzena jest nieco skrępowana, mi też się wydaje, że picie wódki tutaj to męska sprawa, ale pyta:
– Ty możesz pić wódkę? – zwraca się do dziadka.
– Mogę!
Młody Uzbek wyjaśnia, że wszyscy są muzułmanami i zasadniczo nie piją alkoholu. Ale ojciec jest starszy i jemu więcej wolno. Każdy musi sam rozważyć, czy może pić alkohol.
– Nigdy ojcu nie kupujemy alkoholu. Ale on ma swoje pieniądze, więc sam sobie może kupić – tłumaczy.