Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]
Wymykam się na spacer | Niezwykłe miasto umarłych | Najazd Niemców | Ruszamy w drogę taksówką | |
Zapowiedziałem wczoraj Marzenie, że będę chciał rano pójść na spacer. Zobaczyłem bowiem na mapie w odległości kilometra na południe od Kazarmanu miejscowy cmentarz i postanowiłem pójść tam na spacer. Jak niejednokrotnie pisałem w relacjach, uwielbiam poznawać i fotografować cmentarze w różnych krajach i kulturach. Poza tym mam ochotę na chociaż krótki spacer w górskim otoczeniu. Śniadanie będzie dopiero od 8:30 i żadna siła mnie nie zmusi, by po przebudzeniu o 5:00 rano, czekać na posiłek. Zostawiam śpiącą Marzenę i wymykam się z hostelu.
Jest śliczny, bezchmurny choć chłodny jeszcze o tej porze dzień. Odnajduję drogę prowadzącą poza miasto na wzgórze i poruszając się wśród nieobsianych pól idę w kierunku cmentarza. To jeden z tych cmentarzy muzułmańskich, którymi tak się zachwycałem podczas przejazdów przez Kirgistan. Z dużej odległości wygląda jak ruiny starożytnego miasta. Jest usytuowany na równinie, wokół której wznoszą się zielone wzgórza o łagodnych liniach grzbietów.
Cmentarz nie jest ogrodzony. Pomiędzy grobowcami nie ma wytyczonych ścieżek. Najwyższym obiektem jest meczet usytuowany w zachodniej części cmentarza, a właściwie jego ruiny. Z budynku wymurowanego z białej cegły zostały tylko fragmenty ścian oraz blaszana kopuła pomalowana na srebrny kolor. Kopuła wznosi się na wysokość kilkunastu metrów i jest zamontowana na metalowym stelażu. Niektóre z grobowców przypominają miniaturowe zamki.
Oto przede mną grobowiec na planie prostokąta o wymiarach 6 na 6 metrów z czterema wieżyczkami w narożach zwieńczonymi brązowymi grzybkami z białego kamienia. Na zwieńczeniu frontowej ściany umieszczono... pięcioramienną gwiazdę. To znak, jak w czasach ZSRR socjalistyczna i islamska kultura się przenikały. Inny grobowiec jest gorzej zachowany: ceglany mur jest uszkodzony, ale zachowała się kopuła z dzbanowatym zwieńczeniem. W paru miejscach odkrywam grawerowane na płytach marmurowych wizerunki zmarłych osób lub też przymocowane na stałe fotografie przedstawiające starych ludzi. Niektóre z nagrobków są jest są całkiem świeże: widzę daty śmierci sprzed kilku lat.
Obecne są tu również metalowe kojce tak charakterystyczne dla cmentarzy ukraińskich i rosyjskich. Wewnątrz jednego z nich wznosi się kilkumetrowy granitowy obelisk z rzeźbą orła na szczycie. Nieotynkowane mury grobowców wykonane są często z jasnej cegły, ale większość murów obrzucona jest glinianą zaprawą. Oprócz tych mało fotogenicznych kojców spotykam również interesujące miejsca pochówku w postaci drucianych jurt. Wiele z tych grobowców jest ozdobionych ludowymi i kwiatowymi wzorami. W nowszej części cmentarza dominują pionowe płyty nagrobne z czarnego marmuru.
Chodząc po tym cmentarzu, zaglądam do różnych zakamarków, zachwycam się ozdobnymi detalami i cały czas jestem pod wrażeniem fenomenalnego otoczenia w postaci zielonych wzgórz i nieco bardziej odległych wysokich gór pokrytych śniegiem. Jestem tu absolutnie sam. Wokół żywego ducha i czuję, że ten moment na długo zapadnie mi w pamięci. Dla urozmaicenia wracam inną drogą przez niewielki wąwóz.
W hostelu jest już ruch. Marzena wstała, a stół zastawiony do śniadania. Na szklanych tacach umieszczono słodkie pieczywo, jabłka oraz inne suszone owoce. W dzbanku herbata, którą pić będziemy z porcelanowych filiżanek, a w kryształowych kieliszkach czeka na nas sok z granatów. Na porcelanowych, malowanych złotem talerzach dostajemy po kilka świeżo usmażonych naleśników z dżemem. Herbata jednak to za mało dla mnie, robię sobie jeszcze kawę. Chociaż poczęstunek jest niezbyt obfity, to sposób podania jest dla mnie wart odnotowania.
– Chciałbym, byśmy dziś dojechali do Osz. Do Uzbekistanu raczej nie wjedziemy, ale musimy dotrzeć pod granicę. – mówię przy śniadaniu.
– Ta kobieta z hostelu mówi, że najlepiej wziąć taksówkę do Dżalalabadu – odpowiada Marzena – Podobno nie ma stąd autobusów do Osz.
– Autobusem musielibyśmy jechać przez Biszkek. A ile kosztuje taksówka, pytałaś?
– Mówiła o trzech tysiącach.
To stanowczo za dużo. Idę do hotelarki i mówię, że pojedziemy za 2000 somów.
– Choraszo – odpowiada. – Pozwoniu k woditielu.
W tym momencie rozlega się ryk silników motocyklowych, dudnienie wypełnia podwórko. Kawalkada czterech motocyklistów wjeżdża przez bramę do hostelu. Grupa Niemców podróżuje po Azji od miesiąca. Przyjechali tu mając za sobą parę tysięcy kilometrów. Ubrani w czarne skórzane kombinezony z pewnością robią wrażenie na drodze. I przyznaję, taka podróż na motocyklach mi imponuje. Podobnie zresztą jak wielkie wyprawy rowerowe, o których czasem czytam w sieci. Motocykliści wyładowują swój dobytek z kufrów, składają go tymczasowo na werandzie. Są weseli, ale skupieni na swoich czynnościach, sprawiają wrażenie zgranego zespołu. To, co mnie zawsze niepokoi, gdy myślę o tego typu wyprawach, to możliwość uszkodzenia lub poważnej awarii motocykla na jakimś pustkowiu, z dala od sklepów motoryzacyjnych lub serwisu. Mi osobiście bliższe są wyprawy rowerowe, odbyłem ich wiele kilkadziesiąt lat temu. I dobrze znam uczucie zmęczenia podczas kilkunastogodzinnych dziennych samotnych przejazdów, jazdę pod wiatr i w deszczu, wściekłość towarzysząca towarzyszącą awariom i konieczności samodzielnego naprawiania roweru. Ale też przyjemność pokonywania kilometrów, radość z poczucia swobody i satysfakcję z poznawania tylu interesujących miejsc.
Pół godziny później przed hostel zajeżdża dwudziestoletnia wołga. Witamy się z kierowcą.
– Mam nadzieję, że dojedziemy – zwracam się po cichu do Marzeny.
Mam w pamięci różnego rodzaju problemy na azjatyckich szlakach, nie tylko wczorajsze problemy.
Aby dostać się do odległego o 150 kilometrów Dżalalabadu musimy przeciąć Góry Fergańskie (Фергана тоо кыркасы) – wysokie pasmo górskie z przełęczą na wysokości 3000 metrów. Upewniamy się u kierowcy, czy potwierdza wynegocjowaną cenę i pakujemy plecaki do bagażnika. Wkrótce opuszczamy dolinę rzeki Naryn, mijamy Aral. Po 20 kilometrach jazdy krajobraz radykalnie się zmienia. Nie ma już wokół odległych gór, są one teraz na wyciągnięcie ręki.
Wjeżdżamy w wąską dolinę. Różnica wysokości pomiędzy Kazarmanem a przełęczą wynosi półtora tysiąca metrów na odcinku 60 km. Zaczyna się seria kilkudziesięciu zakrętów, ostatni pięciokilometrowy odcinek przed przełęczą jest bardzo wymagający. Musimy nabrać 1000 metrów wysokości. Widoki są przepiękne, jak okiem sięgnąć, aż po horyzont rozciągają się niebotyczne szczyty. Kierowca mówi, że budowany jest tunel przez te góry, ma ułatwić komunikację między kotliną Issyk-kul, a Kotliną Fergańską.