Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]
Zaczyna się przygoda! | Tienszan na horyzoncie | Gdzie ten hostel?! | Tajemnica plecaka Marzeny
Za chwilę zacznie się mój kolejny tramping. Siedzę w marszrutce na dworcu autobusowym Sarjan, czekamy na ostatniego pasażera. Wiadomo, że marszrutka nie ruszy, zanim się nie wypełni.
Chociaż formalnie wyjazd zaczął się wczoraj, gdy wprost z pracy ruszałem do Warszawy na Okęcie, to prawdziwy początek właśnie jest właśnie teraz, gdy po wylądowaniu w sercu Azji przesiedliśmy się do lokalnego transportu. Tak to właśnie odczuwam: przyjazd na lotnisko, lot, nawet z kilkoma przesiadkami, i transfer z lotniska to dla mnie jeszcze nie tramping, to coś jakby przedłużające się i wywołujące zniecierpliwienie reklamy i zapowiedzi przed seansem kinowym. Tak było, na przykład, podczas podróży do krajów Azji Południowej: smak przygody poczułem, wsiadając do pełnego rozwrzeszczanego, kolorowego tłumu autobusu w Panaji (Indie).
Tak więc preludium trampingu mamy już za sobą: nie obyło się bez stresów, gdyż przy przesiadce w Astanie wskutek spóźnienia lotu z Warszawy zrobiło się dramatycznie mało czasu na transfer. Przebiegliśmy na drugi, krajowy terminal, przepchaliśmy się do countera bez kolejki, by wziąć karty pokładowe do Ałmaty (Jak to?! LOT nie ma współpracy z Astana Air?! Nie może w Warszawie wydać kart pokładowych na całą trasę?) i dobiegliśmy do właściwej bramki. Cóż, już w trakcie tej gonitwy wiedzieliśmy, że prawdopodobnie nie zdążyli przepakować naszych bagaży. Potwierdziła to Kazaszka przy bramce. Tak więc wsiadaliśmy na pokład zezłoszczeni na sytuację. Podczas lotu poprzedzonego atrakcyjnie zrealizowanym filmikiem instruktażowym drzemałem, ominęło mnie więc – ponoć smaczne – śniadanie.
Ałmaty powitały nas widokiem ośnieżonych szczytów Tienszanu. Tak właśnie zapamiętałem krótki pobyt w tym mieście w 2005 roku podczas mojej podróży do Chin. Tym razem celem podróży jest głównie Kirgistan i Uzbekistan. Zrobimy również wypad do Tadżykistanu.
Marszrutka do Biszkeku kosztuje 1800 tenge, to zaledwie 20 zł. Tak więc przejazd do Ałmaty i dalej lądem do Kirgistanu jest sensowną alternatywą dla droższego lotu bezpośrednio do Biszkeku. Skoro już mowa o pieniądzach, to z pewnym zdziwieniem odnotowałem wymianę banknotów w Kazachstanie. Jak wyjaśniła 40-latka czekająca z nami na przystanku – wymiana banknotów dokonała się w 2013 roku – dobrze więc w sumie, że zapomniałem wziąć z domu 200 tenge, które zostały mi po tamtej poprzedniej podróży. Pewnie byłoby trochę śmiechu, jak wtedy, gdy usiłowałem na Węgrzech zapłacić w sklepie starymi forintami.
Podjeżdżamy autobusem na dworzec Saryan. Jak zwykle w takich miejscach panuje chaos. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Rozpytujemy miejscowych o połączenia z Biszkekiem. Gdy dochodzimy do właściwego miejsca na placu, właśnie odjeżdża pełny autobus. Nie szkodzi, będzie kolejny, jak mówi oczekujący na odjazd Kirgiz, który również nie załapał się do autobusu.
– Bilety musicie kupić w kasie.
Zostawiam Marzenę i biegnę kupić bilety. Dziękuję jeszcze raz pomocnemu Kirgizowi i zajmuję miejsce obok Marzeny. Jako ostatnia wsiada około czterdziestoletnia pani, wypytuje później nas.
Mamy już komplet pasażerów, ruszamy. Przejazd przez miasto przedłuża się. Już jadąc autobusem 106 na Sajran, poczuliśmy azjatyckie klimaty: kolorowy tłum na ulicy, stragany uginające się pod ciężarem owoców, rozłożone wprost na chodniku stoiska z chińskimi, tanimi wyrobami. Trafił się nawet dostojnie kroczący dromader prowadzony na postronku przez młodego Kazacha. Pomiędzy domami (a trzeba dopowiedzieć, że w tym największym mieście Kazachstanu dominuje niska zabudowa) migają ośnieżone, majestatycznie wznoszące się na wysokość 5000 metrów szczyty Küngej Ałatau (Kungej Ałatau) gór będących częścią Tienszanu. Natomiast stosunkowo niewysoki grzbiet, którego widok towarzyszyć nam będzie jeszcze przez dwie godziny do Biszkeku to Żeltau (lub Góry Czu-Ilijskie; Желтау/Чу-Илийские горы). Stawać się będzie coraz niższy, opadając ku przełęczy Kordaj (Курдайский перевал lub перевал Кордай) 1233 m n.p.m.), do której zmierzamy. Ale pamiętajmy, że Tienszan to naprawdę gigantyczne góry. Ciągną się od Uzbekistanu wzdłuż Kirgistanu i Kazachstanu, przekracza granicę z Chinami, by po 6.000 kilometrów znaleźć swój kres w Mongolii.
Właściwie do Kirgistanu moglibyśmy dostać się na dwa sposoby. Alternatywą dla najkrótszego przejazdu do stolicy kraju byłaby droga przez wschodnią część Ałatau Zailijskiego. Wówczas mielibyśmy okazję wstąpić do wąwozu Szaryńskiego. A potem dojechać nad jezioro Issyk Kul od wschodu. Mamy jednak zbyt mało czasu na ten wariant. W miarę, jak przemierzamy kilometry drogi, horyzont się nieco wypłaszcza, ośnieżone góry oddalają się. Od czasu do czasu mijamy arcyciekawe muzułmańskie cmentarze. Są zlokalizowane zazwyczaj na obrzeżu wioski lub poza nią. Z daleka wyglądają jak ruiny starożytnego miasta – dziesiątki, setki budowli wykonanych z gliny lub jasnej cegły wznoszą się na wysokość dwu, pięciu i więcej metrów. Wiele z grobowców ma charakterystyczne zwieńczenia w narożnikach, wiele jest zniszczonych, naruszonych zębem czasu.
Marszrutka pędzi po niezbyt równej nawierzchni szosy, mam trudność ze zrobieniem wyraźnego zdjęcia. Liczę jednak na to, że będę miał okazję do bliższego przyjrzenia się miejscowym cmentarzu. Uwielbiam bowiem przechadzać się po miejscach pochówku, zachwycając się ich – czasem niezwykłymi – formami. W ciągu tych kilku 10 lat podróżowania zgromadziłem wcale niemałą kolekcją zdjęć z różnych nekropolii rozsianych po całym świecie. Zbliżamy się do granicy kirgiskiej, zostało jeszcze 10 km. Mijamy przełęcz Kordaj i oto ukazują się naszym oczom dziesiątki elektrowni wiatrowych.
– Ho ho ho! Ależ nowoczesny kraj – mruczę do siebie celując obiektywem aparatu w wiatraki.
Ustawienie tutaj farmy wiatrowej (Кордайская ВЭС) o mocy 21 MW nie jest przypadkowe. Na przełęczy wieje często sławny wiatr kordajski odmiana bory. Ale po chwili konstatuje, że połowa wiatraków nie działa: jest wyłączona, część ma urwane lub połamane łopaty. Może to niedawna wichura?
Granica. Poganiam Marzenę, wiem, że kierowca ani pozostali pasażerowie nie lubią czekać na spóźnialskich załatwiających formalności na przejściu granicznym A zazwyczaj najwięcej czasu pogranicznikom schodzi na obsługę innostrancow. Przy wysiadaniu z marszrutki odwracam się w stronę Marzeny i tracę z oczu współpasażerów. Gdzie oni się podziali?! Denerwuję się. Kierowca pokazuje ręką kierunek. Idziemy do punktu kontroli paszportowej w posterunku wznoszącym się za niewielką graniczną rzeką. Tu zostawiamy kazachską registrację i szybkim krokiem zmierzamy do budynków po stronie kirgiskiej ozdobionych wielkim banerem z prezydentem. Marzena, mimo moich upomnień, fotografuje wszystko.
Służby graniczne w Kirgistanie są uprzejme, wszystko odbywa się sprawnie. Mijają jeszcze długie chwile – poczekać na Marzenę. Ponoć stała się przedmiotem szczególnego zainteresowała pograniczników. Wymieniam 100 dolarów w kantorze (jest tu ich kilka), powinno to wszystko wystarczyć na pobyt w Kirgistanie. Do stolicy pozostało stąd tylko 20 kilometrów.
Biszkek rozciąga się szeroko, dominuje niska zabudowa. Kilometrami ciągną się parterowe domki z dachami pokrytymi eternitem. Przypominają mi się widoki zapamiętane z okien pociągu transsyberyjskiego. W pewnym momencie na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Na blaszanym baraku widzę duży szyld "Замена масла" ("Zamena masła"). To po prostu warsztat samochodowy, który oferuje wymianę oleju. Swoją drogą... widać tu jeszcze silne wpływy rosyjskie, gdyż kirgiski napis "Май алмаштыруу" dopisano poniżej mniejszymi literami. Cały czas kontroluję nasze położenie, licząc na to, że marszrutka będzie przejeżdżać w pobliżu naszego hostelu, który znajduje się poza ścisłym centrum. Tak jest w istocie, wysiadamy przy ulicy Mahatmy Gandhi.
I tu zaczynają się nasze kłopoty. Budynki nie mają numeracji albo są ponumerowane nie po kolei. Nigdzie nie dostrzegamy tabliczki ze wskazaniem hostelu. Miejscowi zapytani o niego wysyłają nas w różnych kierunkach. W końcu jakaś dziewczyna, a właściwie 20-latka z dzieckiem w wózku lituje się nad nami. Przy pomocy komórki znajomego loguje się do sieci WiFi w jakimś otwartym sklepie i sprawdza numer telefonu na Booking.com. Dzwoni do hostelu i zgodnie z otrzymanymi wskazówkami idziemy razem na właściwe miejsce. Marzena konwersuje z nią po angielsku, ja oświetlam latarką dziurawy chodnik. Dochodzimy na właściwe miejsce, trudno byłoby nam spodziewać się, że znajduje się tu hostel. Pod wysoką blaszaną bramą podjeżdża właśnie toyota, wyskakuje 20-latek.
– To ja, dzień dobry! – wita się z nami i przeprasza za nieobecność w domu.
– Dzień dobry, już myśleliśmy, że nie znajdziemy tego miejsca, trudno trafić.
Uszczęśliwiony zakończeniem poszukiwań, w spontanicznym odruchu daję pomocnej dziewczynie miniaturową figurkę smoka wawelskiego. Żegnamy się.
Miejsce, w którym nocujemy, to typowy homestay, a nie hostel.
– Kiedyś udzielałem gościny w ramach Coachsurfingu – tłumaczy chłopak – a teraz postanowiłem na tym zarabiać.
– Powinieneś mieć lepsze oznakowanie, jakiś szyld na zewnątrz – zwracamy uwagę.
– Tak, wiem, ale dopiero wystartowałem z biznesem. Jesteście jednymi z pierwszych gości.
W ramach rekompensaty za nieobecność chłopak zabiera nas do sklepu – musimy zrobić zakupy na kolację.
– Widzę, że masz kierownicę po prawej stronie – zwracam uwagę.
– Tak, japoński samochód. Więcej tu w Biszkeku takich jeździ. Dobre i tanie.
Robimy drobne zakupy, upewniamy się, że w niedzielę sklepy są również otwarte, i wracamy.
Nasz gospodarz nie jest nadopiekuńczy. Przygotowuje pościel i ręczniki, kładzie na łóżku i znika. Pokój, który dostaliśmy, jest przestronny i urządzony po domowemu. Ma również balkon, z którego daremnie wypatrujemy obiecanych na Booking.com widoków na góry.
Po kolacji z przerażeniem obserwuję, jak Marzena wypakowuje z olbrzymiej kosmetyczki rzeczy. Wzięła ze sobą półlitrowy szampon, odżywkę, krem na noc, krem na dzień, olejek do opalania, kredki, szminki, tusze i bóg wie co jeszcze.
Później demonstracyjnie biorę kosmetyczkę i ważę w dłoni. Jak nic, dwa kilogramy.
– Nie zapomniałaś suszarki? – pytam.
– O co ci chodzi? Wszystko jest mi potrzebne.
No, spodziewam się. Ale przynajmniej tajemnica wielkiego plecaka częściowo się wyjaśniła.