Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]
Poranek w wiosce | Buduję dom dla syna | W ruinach starożytnego miasta | Znów w Uzbekistanie | |
Nie lubię takich sytuacji, jak ta wczorajsza przy płaceniu za nocleg. Warunki były tu bardzo dobre, nocleg był wart więcej niż zapłaciliśmy. Gospodarz zwyczajnie się pomylił, wystawiając złą cenę na Booking.com. Ale przecież nie zdecydowalibyśmy się tu przyjeżdżać i tak dużo kombinować z transportem, gdyby koszt noclegu był taki, jak się Tadżyk spodziewał. Jak by jednak nie patrzeć, to on jest odpowiedzialny za poprawną obsługę turystów. A swoją pomyłkę odbije sobie na innych.
Budzę się rano koło 6:00, Marzena jeszcze śpi. Szybko się ubieram i postanawiam przejść się po wiosce z nadzieją na znalezienie interesujących tematów do zdjęć. Moja krzątanina budzi Marzena, ale gestem ją uspokajam i mówię:
– Śpij. Idę się przejść, wracam za godzinę.
– Idź, ja lubię długo pospać.
Dzień jest słoneczny, na niebie ani jednej chmury, ale dno doliny spowija jeszcze mrok. Przepływająca rzeka nieustannie szumi, spadając z niewielkich progów skalnych. W wiosce jest cicho i spokojnie. I chociaż praktycznie nikogo na ulicach, to w domach i wokół gospodarstw krzątają się ludzie. Gospodyni wyszła właśnie przed dom i zapamiętale wymachując wiązką witek wierzbowych, zamiata obejście. Ubrana jest w kwiecistą sukienkę sięgającą kolan i spodnie, na głowie obowiązkowo chusta. Naprzeciw mnie idą dwie kobiety: starsza w ubrana w niebieską suknię sięgającą połowy łydek i spodnie w takim kolorze. Jest jeszcze chłodno, więc zarzuciła na siebie rozpinany wełniany bezrękawnik sięgający połowy uda. Towarzyszy jej młoda kobieta, może córka, ubrana we wzorzystą suknię i kwiecistą chustę. Dochodzę do głównej drogi prowadzącej do stroną doliny Zarafszanu. Muszę przyznać, że jest tu pięknie. Domy porozrzucane na zboczach gór oświetlone są porannym słońcem, a pozytywnego wrażenia nie psują dachy wykonane z blachy falistej. Wioska generalnie sprawia wrażenie biednej, widać to po zniszczonych ścianach domu, z których już dawno tynk odpadł, odsłaniając ceglany mur wzmacniany drewnianymi żerdziami. O tym, że jest już XXI wiek, że dotarła tu współczesna cywilizacja mogą zaświadczać tylko nieliczne talerze anten satelitarnych. Chodzę po wiosce, fotografując drewniane okiennice, futryny drzwi. Domy na wzgórzu mają tarasy i zadaszone podcienia wsparte na drewnianych słupach.
Napotykam tu również na tablicę opatrzoną flagą unijną i emblematem niemieckiej organizacji pomocowej, głoszącą: „Тақвият баҳшидани Идоракунй ва Ҳифзи манбаҳои Обӣ ва Табиии болооби Ҳавзаи дареи Зарафшон. 2016 – 2022 Ҳавзаи обии Киштуд деҳаи Кулолй. Лоиҳа аз тарафи ЧЕСВИ ва Азал амалй карда мешавад.” czyli: „Wzmocnienie zarządzania i ochrony zasobów wodnych i naturalnych w górnym biegu dorzecza Zarafshan. 2016-2022 Zbiornik wodny Kisztud, wieś Kuloly. Projekt realizowany jest przez firmy CESVI i Azal.”
Cieszę się, że Europa pomaga Tadżykistanowi, a pieniądze są (być może) tu lepiej spożytkowane niż na szereg bzdurnych projektów w Polsce.
Starszy mężczyzna ubrany w koszulkę z krótkim rękawem i bezrękawnik oraz tradycyjną muzułmańską białą czapeczkę wyszedł z domu i zmierza w moim kierunku. Pozdrawiamy się uprzejmie. Widzę na jego twarzy zaciekawienie, ale nie nawiązujemy rozmowy. Na ulicy pojawiło się kilkoro dzieci, głównie dziewczynek ubranych również tradycyjnie w sukienki bądź spodnie. Chociaż mają zaledwie 5-6 lat noszą już chusty. Ośmioletnia dziewczynka prowadzi braciszka. Wyglądają tak sympatycznie! Jak dzieci idące do przedszkola. Tyle że... tu chyba nie ma przedszkola.
[uzupełnienie]
Bez pośpiechu wracam do hostelu. Marzena już wstała, był również właściciel gospodarz i przyniósł nam śniadanie. Wygląda bardzo apetycznie. Ponieważ check-out jest o 11:00, proponuję krótką wycieczkę po okolicy. Ruszamy dla odmiany w górę doliny. I tu otoczenie jest prześliczne. Domów tu już nie ma, gdzieniegdzie tylko jakieś opuszczone ruiny. Kwitną natomiast krzewy i polne kwiaty.
Skręcamy w boczną drogę i zakosami wspinamy się na wzgórze. Tu spotykamy dziadka łupiącego kamień. Dokładnie tak! 70-latek przy pomocy młotka murarskiego mozolnie formuje z głazów bloczki wielkości cegły. Sporo jest ich już ustawionych w pryzmy, część znajduje się na wozie, do którego zaprzężony jest chudy koń. Pochłonięty pracą nie zauważył nas. Nie będziemy mu przeszkadzać, idziemy dalej. Z grzbietu, na który się wdrapaliśmy, ścieli się fantastyczna panorama Gór Zarafszańskich (Қаторкӯҳи Зарафшон, Katorkuhi Zarafszon). Są praktycznie bezleśne, krzaki pokrywają tylko dolne partie zboczy. W dalszym planie widać ośnieżone szczyty. Ciągną się równoleżnikowo na długości 370 kilometrów aż za Samarkandę, do której dziś zmierzamy. Znajdujemy się na wysokości 1750 m n.p.m. ale przecież w odległości zaledwie 20 kilometrów wznosi się potężny szczyt Czimtarga (Қуллаи Чимтарға) wyrastający ponad okoliczne góry Górach Fańskich (Фон) na 5489 m n.p.m.*/ To już jest coś, przyznacie!
Jest pełnia lata, brzęczą owady, latają motylki. Jest bosko. Szkoda, że musimy już wracać i jechać dalej. W powrotnej drodze zagadujemy odpoczywającego przy wozie staruszka. Mówi, że przygotowuje materiał na dom. – Jeden dom już zbudowałem dla siebie, teraz stawiam dom dla syna.
Urocze.
Po drodze nad potokiem po raz kolejny w życiu spotykam kwitnące piękne rośliny. To kapary, których kilkucentymetrowe kwiaty mają białe płatki i kilkadziesiąt wyjątkowo długich pręcików, które nadają jej wyjątkowej delikatności. – Gatunków kaparów na świecie jest ponad 140 – opowiadam Marzenie – Występują w Afryce, Azji i Ameryce Południowej. A nawet w południowej Europie. – One mają coś wspólnego z kaparami, które się je? – Tak jest! Nie znam się na gatunkach kaparów, ale właśnie owoce kapara ciernistego (Capparis spinosa L.) w marynowanej postaci są w naszych sklepach**/. – Ja czasem dodaję kapary do sałatki lub sosów.
Hm. To dość obcy mi temat. Ale kwiaty są przepiękne. Zachwycam się zresztą i innymi kwiatami. Rosną tu „polskie” maki (a raczej maki pawie, Papaver pavoninum), widzę dzikie malwy (Alcea sp.) kwitnące na biało, a także żółto-pomarańczowe kwiatuszki siwca żółtego (Glaucium leiocarpum).
Bierzemy z hotelu rzeczy i idziemy na początek wsi, gdzie ma się znajdować przystanek autobusowy. Istotnie, wkrótce pojawia się marszrutka, płacimy po 10 TJS za przejazd do Pendżakentu. Nazwa tego starożytnego miasta (jego historia sięga V wieku n.e.) kojarzy mi się nieodparcie z liczebnikiem 5. Istotnie, jak łatwo sprawdzić, perska etymologia nazwy oznacza „pięć miast” – analogicznie do Pendżabu, oznaczającego krainę pięciu wód (rzek). Z przewodnika LP wynika, że znajduje się tu duży bazar, a na przedmieściach ruiny starożytnego miasta i rzecz jasna mam wielką ochotę je zobaczyć.
– Chodzimy tam – zwracam się do Marzeny – to tylko półtora kilometra.
– Co tam jest właściwie?
– Nie wiem, sprawdzimy. Zdaje się jakieś miasto z V wieku.
Ruiny są, fakt. Tyle, że aby do nich dotrzeć, musimy wspiąć – z ciężkimi plecakami! – bardzo stromą ścieżką. Rozpędzam się i wbiegam na zbocze. Zdyszany przysiadam na kamieniu w oczekiwaniu na gramolącą się Marzenę.
Niewiele zostało z miasta i jestem nieco rozczarowany. To pierwsze wrażenie jest jednak mylące, ruiny usytuowane są już położenie. Zaczynamy myszkowanie po ruinach.
[opis]
W oddali przed nami dolina rzeki Zarafszan z rozłożonym na brzegu Pendżakentem. wznoszą się czy ty pasma... Oraz a na południu sięgający... metrów góry....
Schodzimy do miasta. Wspomniany bazar jest dziś na przedmieściach i prawdę mówiąc nie za bardzo nam zależy by coś kupować. Priorytetem jest teraz przedostać się przez granicę i wjechać do powtórnie do Uzbekistanu i dostać się do legendarnej Samarkandy.
Na przejście graniczne podjeżdżamy marszrutką (koszt 3 TJS), a następnie okazją (10000 UZS). Tłumy mniejsze niż w na przejściu w Dostuk. Odprawa odbywa się sprawnie, pokazujemy nasze dwukrotne wizy uzbeckie. Większym problemem jest dojazd do Samarkandy – autobusów ani marszrutek na przejściu nie widzimy.
– Łapiemy okazję – decydujemy się.
Po chwili siedzimy już w samochodzie. Za przejazd 40 kilometrów dzielących nas od miasta dajemy 30.000 somów, czyli 14 złotych.
– Będę musiał się odkuć – żartuję.
_____________________________
*/ Góry Fańskie (obecnie zwane z tadżycka Fon) stanowią najwyższą część Gór Zarafszańskich i były niezrealizowanym celem studenckiego trampingu w 1992 roku. Żałuję, że tamten wyjazd nie doszedł do skutku.
**/ Capparis spinosa L. występuje w rejonie śródziemnomorskim i Azji Mniejszej oraz Środkowej, a także w Azji Południowo-Wschodniej. Jest wspomniany w Księdze Koheleta (12,5): „i pękać będą kapary, bo zdążać będzie człowiek do swego wiecznego domu”.