Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22]


Antigua – Chimaltenango – Panajachel

czwartek, 30 I 2014


Miasto otoczone wulkanami | Na Plaza Mayor | Niezwykłe ruiny klasztoru | Czy chcemy jechać nad jezioro Atitlan? | Wieczorne zakupy i zasłużony posiłek


Budzimy się przed budzikiem i idziemy na śniadanie przygotowane przez niezwykle wstydliwą gwatemalską niewiastę. Wciągamy omleta z bananem i sosem klonowym i wyruszamy na zwiedzanie miasta.

Konkwistadorzy zakładając Antiguę nazwali ją "Najbardziej zaszczytnym i Najwierniejszym Miastem Świętego Jakuba od Rycerzy Gwatemali". Położone jest na wysokości 1530 m n.p.m. i otaczają ją trzy wulkany:

– na południe od miasta Volcan de Agua (3766 m n.p.m.), którego krater kiedyś wypełniało jezioro,

– na zachód od miasta wygasły wulkan Acatenango (3976 m n.p.m.),

– i aktywny wulkan Volcan de Fuego (3763 m. n. p. m.).

Przechadzamy się wąskimi uliczkami, z których widać majestatycznie wyrastające szczyty wulkanów. Parterowe, ciasne zabudowania robią na nas wrażenie. Miasto zdecydowanie polecane dla pisarzy romansideł z nutką thrillera. Cechą charakterystyczną większości budynków tych skromnych i bogatszych są przepiękne, misternie wykuwane okratowania okien. Kraty będące w Polsce oszpeceniem obiektów, tu stają się dekoracją większości uliczek.

Docieramy do centralnego placu o układzie charakterystycznym dla dawnych kolonialnych miast hiszpańskich. Plac otoczony jest fantastycznymi budynkami; po prawej znajduje się postój dorożek. Kierujemy się do Ratusza zdobionego łukami z pięknym tarasem na piętrze. Wchodzimy na górę, skąd mamy możliwość sfotografowania całego placu. Podziwiamy z góry katedrę rażącą bielą w pełnym słońcu. Uwieczniam na zdjęciu minę Piotra mówiącą o stuprocentowym zadowoleniu i zbiegamy na dół. Wokół fontanny z 1738 r. w postaci kobitki z sikającymi kamiennymi piersiami na ławeczce siedzą starsi panowie i rozkoszują się słonecznym porankiem. Druga ławka opanowana jest przez studencików w czarnych garniturkach pod czerwonymi krawatami i połyskującymi od brylantyny włosami. Po całym placu krążą Indianki, których sklepem jest ich własne ciało. 😉 Robi mi się potwornie gorąco jak na nie patrzę. Ile te kobiety mają na sobie wełnianych warstw? Jeszcze do tego masa powieszonych przez ramię ubrań, chust i biżuterii do sprzedaży. Będąc białaskiem trzeba liczyć się z tym, że dopadają każdego turystę jak hieny (tyle, że nie wydzierają, lecz wciskają). Proszę zobaczyć, a może Pani dotknie, a może powącha... Dobrze, że nie znam hiszpańskiego i nie muszę gimnastykować się z unikami.

Oglądamy Pałac Biskupi, katedrę San Jose i zanurzamy się dalej w czar filmowych uliczek.

Miasto sprawia wrażenie jakbyśmy spacerowali po muzeum i nawet fakt, że jest to mekka turystów nie powoduje mojego rozdrażnienia. Samych budowli sakralnych jest tutaj około czterdziestu, co udowadnia, że Antigua pełniła rolę kulturowego i duchowego ośrodka Ameryki Centralnej. Ratunkiem dla niszczejących kościołów miało być wpisanie miasta na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, ale czy przyniosło to jakieś korzyści – ciężko ocenić. Dochodzimy do Iglesia y Convento de Nuestra Senora de la Merced i okazuje się, że ruiny klasztoru w środku są otwierane za pół godziny. Wchodzimy do kościoła o barokowej, żółtej fasadzie z białymi dekorami i kierujemy się na wschód do końca ulicy Poniente. Znajdują się tu pokaźne ruiny Iglesia y Convento de la Recolecion z 1701 roku zrujnowane trzęsieniem ziemi z 1773 r. Fotografujemy po drodze jeszcze kilka kościołów i wchodzimy do Catedra La Antigua Gwatemala z 1545 roku. Skromne wejście, odnowiona wybiałkowana ściana frontowa. Przestępując próg bramy wkraczamy w inny świat. Kompleks jest ogromny a przynajmniej robi takie wrażenie dzięki zachowanym wysokim kolumnom z pięknymi kapitelami. Na ścianach widoczne są reliefowe rozety i mnóstwo pęknięć spowodowanych kolejnymi trzęsieniami ziemi. Kopuły nie zachowały się niestety, ale dzięki temu ruiny z trzepoczącymi ptakami nabierają charakteru grozy. Jednym słowem fascynujące miejsce, szczególnie dla osób, które nie widziały starożytnych perełek architektonicznych.

Warty wspomnienia jest również kościół św. Franciszka z barokową fasadą, przypominającą tę z katedry na placu głównym. Wejście dekorują skręcone kolumny i postaci świętych. Uwagę przykuwa droga krzyżowa i malowidła w środku.

Antigua to miejsce, w którym można podszkolić się w znajomości styli architektonicznych albo pogubić 😊.

Wracając zahaczamy o tętniący życiem bazar. Kosze pełne egzotycznych owoców aż się proszą o zdjęcia, ale mam cykora, żeby wyjąć moją „lunetkę”.

Ustaliliśmy wstępnie wcześniej, że kolejnym miejscem na naszej drodze będzie jezioro Atitlan, ale idąc na dworzec Piotr rzuca:

– Na pewno chcemy tam pojechać?

– Na stówę! – odpowiadam i pakujemy się do autobusu.

Zaczynam przyzwyczajać się do mentalności tutejszych: na siedzeniach dwuosobowych mieści się 5 osób – co ważne – nieznajomych. Facet w białym kapeluszu trąca mnie półdupkiem, żebym się posunęła. Ciekawe, gdzie? – myślę, ale robię ruch imitujący

przesunięcie. Skoro już nawiązaliśmy kontakt cielesny 😉, to kontynuuję znajomość:

– Panajachel?

– Nooooooo, cambie bus.

Wysiadamy w Chimaltanango a tu blokada drogi. Ale pech, musieliśmy trafić w samo serce strajku. Ludzie prawdopodobnie zbuntowali się przeciwko zbyt niskim zarobkom. Łapiemy chłopca, z którego pomocą przedzieramy się przez skandujących ludzi i pełni nadziei, że dojedziemy do celu, wsiadamy do kolejnego chickenbusa, z którego przesiadamy się jeszcze dwa razy.

Pędzimy z prędkością światła – takie mam odczucie choć to tylko 90 km/h. Jak na taki wehikuł i jazdę po dziurach, to i tak stanowczo za dużo. Ufff, jaka ulga myślę wjeżdżając na panaamericanę. Siedzę jako piąta na wąskim siedzisku (jedną czwartą jednego pośladka) a Piotr dźwiga głową sufit 😊.

– Widziałeś? Widziałeś? – pytam zachwycona widoczkami.

– Nie widzę, bo stoję przecież! 😉

Płaski teren z domostwami przypominającymi te pradawne chaty zmienia się w górzysty. Droga staje się kręta a kierowcy nie przeszkadza to w utrzymaniu szalonej prędkości. Trzymam się przedniego siedzenia tak mocno, że po chwili czuję nadgarstki. W zasadzie niepotrzebnie, bo jesteśmy upakowani jak sardynki 😉.

Chcieliśmy jeszcze dziś podjechać na duży handmarket w Chichicastenango, ale przez zamieszanie związane ze zmianami autobusów straciliśmy pół dnia a market otwarty jest do 16:00. No coż, bywa. Są sytuacje nie do przewidzenia i tu widać przewagę spontanicznego stylu trampingowego nad bukowaniem wszystkiego z wyprzedzeniem.

Po tak urozmaiconej podróży docieramy nad malowniczo położone jezioro Atitlan. Mam wyrzuty sumienia (takie małe), że uparłam się na trasę nad jezioro i mieliśmy przez to taką przeprawę. Postanawiamy znaleźć najpierw nocleg i później rozpoznać okolicę. Po obejrzeniu dwóch niezbyt nam pasujących hosteli natrafiamy na gościa (albo on na nas), który prowadzi nas do kolejnego hostelu. Tu zostajemy.

Miasteczko nastawione, jak większość wokół jeziora, na turystykę. Pełno tu hoteli, restauracji i sklepów z pamiątkami. Wchodzimy na ciąg stoisk, gdzie można kupić niemalże wszystko, od koralików, figurek, masek, rzeźb, obrazów po ubrania, gobeliny i narzuty. Oczy mi się iskrzą nie z powodu biżuterii i ciuchów jak u klasycznej baby, ale z nagromadzenia kolorów w jednym miejscu. Uwielbiam folk w każdym wydaniu a tu jest tego mnóstwo!

– Pamiętaj, że mamy zobaczyć zachód słońca nad jeziorem.

– Tak... tylko jeszcze zobaczę to i tamto...

Zanim się obejrzeliśmy jest po 17:00 a zaczęliśmy się dopiero rozkręcać w targowaniu. Piotr upatruje sobie figurki Majów, które udaje mi się wycyganić z 90 quetzali na 30. Poczułam, że mam niezaprzeczalne geny babci Madzi. 😉

Teraz Piotr targuje dla mnie bluzkę i spodnie a ja za kocykiem na sznurku wyginam się, żeby przymierzyć wszystko i głośno myślę:

– Przecież nie mamy miejsca w plecaku.

– Coś się wyrzuci albo zje. 😉

Z uśmiechami pokazującymi całe uzębienie jak dzieci gnamy kilometrowymi straganami nad wodę. Siadamy na schodkach przy brzegu jeziora, żeby złapać oddech. Z zachodu dziś nici, bo niebo zalał się bielą chmur. Piotr idzie spróbować coś cyknąć a do mnie przysiada się Indianka, w kilku tęczowych kiecach z odstającymi uszkami i twarzą pokrytą zmarszczkami jak mapa drogowa. Jej uśmiech wydaje się być tak szczery, że nie sposób od niej czegoś nie kupić. Podsuwa bransoletki za 50 Q, które po 20 min biorę za 2 Q. Piotr twierdzi, że ją maltretuję. 😉

Zrobiło się ciemno a nasze żołądki na szarym końcu, za znalezieniem hostelu, za kupowaniem pamiątek, za zachodem słońca, którego nie było.

Lokujemy się w knajpce, ja biorę drób z tortillą, bananami pieczonymi i pastą z fasoli a Piotr wieprza. Wracając zasięgamy info o porannych odjazdach autobusów z powrotem do stolicy i kupujemy bułki na jutro. Teraz miasteczko tętni życiem, jest kolorowo i gwarno; ciekawe jak będzie rano, kiedy wyjdziemy z hostelu w jednej z bocznych uliczek...

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej