Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25]
Odpuszczamy pływające wyspy Uros | Kamila gubi kartę migracyjną | Pływając po Titicaca | Niesamowite miasto | Spacer po La Paz |
Dworzec autobusowy w Puno. Jeszcze ciemno, jest może 6:00 rano. Po placu kręcą się naganiacze, wykrzykując nazwy miejscowości. Mimo wczesnej pory wokół tabuny miejscowych objuczonych tobołkami i walizkami. Jest też trochę zagubionych turystów. Słyszymy ojczystą mowę, zagadujemy do polskiej pary mieszkającej w Niemczech. Podobnie jak my jeżdżą po Peru, ale mają inne plany na dalszą część wyjazdu. My musimy kupić bilety na autobus do La Paz. Odwiedzam parę biur firm autobusowych, ceny są zbliżone, kupuję ostatecznie bilety do La Paz po 20 PEN. By się nieco rozgrzać, wstępujemy na kawę (dla Kamili) i herbatę (wyjątkowo dla mnie).
– Ciekawe, którędy autobus pojedzie: przez przejście graniczne w Desaguadero czy przez Copacabanę – zastanawiam się.
– Trzeba było zapytać w biurze!
Ano, cielę jestem.
Ta druga trasa jest nieco dłuższa – 290 kilometrów i obejmuje przeprawę promową.
– Zobaczymy. Jakoś to będzie.
– Czyli nie popłyniemy na Uros – mówi Kamila tonem ni to pytającym, ni to oznajmującym.
– A bardzo chcesz?
– Niekoniecznie. Zresztą możemy jeszcze zrobić to w powrotnej drodze.
Zgadza się. Wysepki Uros na jeziorze Titicaca są miejscową atrakcją z racji tego, że są zrobione z trzciny i… pływają. Indianie, którzy zbudowali te mega-tratwy mogliby właściwie osiedlić się na lądzie stałym i zająć się zwykłą pracą, jednakże osiągają większe dochody z turystyki, organizując rejsy trzcinowymi łódkami, zapraszając białasów do trzcinowych chat i sprzedając im trzcinowe pamiątki. Przepraszam: pamiątki są również wełniane i ceramiczne ;). Jeden rzut oka na ten biznes pozwala na stwierdzenie, że to czysta komercja a stroje ludowe i wystrój chat jest tylko na pokaz. Z tego powodu nie pałam entuzjazmem na myśl o wycieczce na Uros. To atrakcja równie sztuczna jak wioska Karenów w Tajlandii z pokazowymi długoszyimi mieszkankami. To już wolę komercyjnych Cataanów nad Chubsugułem w Mongolii!
Wsiadamy do autobusu i wyjeżdżamy z Puno. Czeka nas wiele godzin drogi. Chciałoby się jeszcze pospać, ale jak, skoro za oknem tak interesujące widoki? Bo oto właśnie świta. Czerwone słońce, jakby zawstydzone swym spóźnieniem (jest już 8:00), pojawia się nad wodami Titicaca. Niebo jest bezchmurne poza pasmem odległych chmur na wschodzie. Słodkowodne jezioro od wieków jest magnesem dla Indian, którzy trudnią się tu rybołówstwem. Stąd wiele osad i miasteczek na brzegu. Jest bez wątpienia największym jeziorem Ameryki Południowej, lecz z niezrozumiałych względów nazywane jest przez autorów różnych, pożal się boże blogów, najwyżej położonym jeziorem. To oczywista nieprawda, Titicaca jest wylistowana dopiero na 37 miejscu. Palmę pierwszeństwa dzierży argentyńskie jeziorko "Ojos del Salado Pool" położone w Andach na wysokości 6408 metrów. Owszem, Titicaca wygrywa w kategorii jezior "żeglownych", nie można jednak zapomnieć, że Nisar Malik odważył się na windsurfing na jeziorze Sheosar (4142 m n.p.m.) w Pakistanie… Odłóżmy te spory na bok, krajobrazy są ciekawsze. Naszej drodze towarzyszy pasmo skalistych gór po prawej stronie, zaś po lewej – jak okiem sięgnąć – rozciąga się błękitne jezioro. Szosa wiedzie czasem tuż przy brzegu, czasem oddala się. Nieodparcie wracają wspomnienia z przejazdu obok Bajkału… Zbliża się granica peruwiańsko-boliwijska, jakaś kobieta zbiera po 2 boliviano od pasażerów. Nie wiem, na co i po co; nic ode mnie nie dostanie, bo nie mamy jeszcze boliwijskiej waluty.
Zatrzymujemy się przed peruwiańskim posterunkiem.
– A niech to! Nie mam karty imigracyjnej – Kamila jest spanikowana – musiałam zgubić.
– Spokojnie poszukaj – uspokajam.
Niestety, karteczki nigdzie nie ma, musiała gdzieś wypaść. Trudno. Urzędnik peruwiański domaga się 20 soli za brak karty, chcąc nie chcąc, płacimy.
– Będę jej lepiej pilnować w przyszłości – obiecuje dziewczyna.
– Kama, nie przejmuj się aż tak…
Wymieniam w kantorze 20 dolarów po kursie 1 USD = 6,93 BOB. Od tej chwili boliwijską walutę nazywamy pieszczotliwie bobkami. Jeszcze stempel boliwijski do paszportu i możemy odetchnąć. Ponieważ autobus, którym jedziemy do La Paz, ma godzinną przerwę, jest czas na zwiedzenie Copacabany. To 6-tysięczne graniczne miasteczko.
[opis miasteczka i przeprawy promowej]
Zbliżamy się do La Paz. Wiem, że to będzie niesamowite miasto. Zjeżdżamy z obwodnicy, do końca trasy zostało może 20 km. Teraz stromą drogą w dół doliny, po obu jej stronach tysiące parterowych domów. Ruch samochodowy jest znaczny, utykamy w korkach. Bliżej centrum zabudowa zmienia się na kilkupiętrową, wypatrujemy przez okno hosteli. Nieoczekiwanie zatrzymujemy się przy makabrycznie stromej uliczce. Poniżej stoi dziesiątki busów w kolejce. Kolejny korek. Powietrze zasnute jest błękitnym dymem z rur wydechowych. Kierowca wygania pasażerów z pojazdu.
– Dworzec jest w pobliżu – mówi.
Wysiadamy i stajemy nieco zdezorientowani, krztusząc się spalinami. Musimy poszukać jakiegoś lokum. Zapuszczamy się to w jedną, to w drugą uliczkę pytając o hotele. Są. Pokoje w cenie 70, 120, a nawet 200 boliwarów. To bieganie od hotelu do hotelu po stromych uliczkach daje mi w kość. Ostatecznie bierzemy pokój z łazienką za 70 bobków (30 zł). Myślałem, że będzie taniej, nieważne.
– No! Nabiegaliśmy się! – mówię do Kamy i biorąc głęboki oddech, padam na łóżko.
– Nie jest najgorzej. Ale faktycznie ciężko się tu biega z plecakami.
– Kto pierwszy idzie pod prysznic? – pytam i nie czekając na odpowiedź, znikam za drzwiami.
Ciepła woda napływa do rur po kilku minutach kąpieli. Dygocząc z zimna, wycieram się swoim miniaturowym ręcznikiem i rozwieszam sznurek na pranie pod sufitem. Obciążony rzeczami spada, raz po raz wywołując zaniepokojenie u Kamili. Mocuję go solidniej nowo. Później przyrządzam herbatę.
– Ja chcę z koką! – słyszę z łazienki.
Plan na dziś jest prosty: zorientować się, gdzie jesteśmy, coś zjeść i kupić bilety do Uyuni. Wkrótce się okazuje, że trafiliśmy do centrum dzielnicy turystycznej. Sporo tu hoteli i sklepów z pamiątkami.
– Wszystko później – uprzedzam, łakomym wzrokiem patrząc na wyroby miejscowego rękodzieła. Są naprawdę ładne. – Najpierw bilety!
Na dworzec autobusowy idziemy pieszo. To wprawdzie ze trzy kilometry, ale przy okazji poznajemy trochę La Paz.
Przychodzimy koło garkuchni na ulicy. Boliwijczycy, obsługiwani przez kobiety w czystych fartuszkach, jedzą jakąś paciarę.
– No, moglibyśmy tu zjeść – mówię patrząc sondująco na Kamilę.
– No, nie! Może ty możesz, ale wolę zjeść w innym miejscu! – dziewczyna ma przestraszoną minę.
– Ale już jadłem nieraz w takich miejscach… I nic się nie stało – przekomarzam się.
Pomijam milczeniem incydent w Khajuraho, kiedy w dworcowej knajpce popiłem odważnie posiłek wodą z metalowego dzbana stojącego na stole (zamiast wodą butelkowaną) i miałem sensacje jelitowe.
La Paz jest zatłoczonym i gwarnym miastem. To dość oczywiste, że do metropolii ściągają wszyscy w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Tym ludziom, spożywających darmowy posiłek na ulicy, raczej się nie powiodło! Zataczając szerokie koło, dochodzimy do bardziej cywilizowanych ulic. Jemy obiad w knajpce przy ulicy, to właściwie zadaszone ławki z ustawioną obok kuchenką na gaz i blatem do przygotowywania dań.
– To kotlety ze starej lamy – dochodzimy do wniosku – Ale zjeść się da...
Przechodzimy przez plac... Tu, na przystanku autobusowym, kilkudziesięcioosobowa kolejka. Być może kursów autobusów jest dużo w jednym kierunku i Boliwijczycy potrafią zapanować nad porządkiem. Do dworca jeszcze kawałek. Wychodzimy na ruchliwą główną ulicę – ... Sporo tutaj knajp, sklepów i banków. W sklepie z pamiątkami Kamila kupuje coś dla taty. Jeszcze stroma ulica i budynek dworca. Dwukrotnie obchodzimy kilkadziesiąt biur przewozowych, szukając najtańszej opcji. Bilety do Uyuni kupujemy po 90 bolivianów, wyjeżdżamy jutro o 20:00. Szybkim krokiem, ponaglani ssaniem w żołądku, wracamy w okolice hotelu i zmęczeni poszukiwaniem lokalnej knajpki, lądujemy w pizzerii. Kamila zjada lazanię, ja – kebab. Po boliwijsku, oczywiście 😉.
Przed nami niezwykła noc – pierwszy raz będziemy spać na wysokości 4 km.