Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14-15]
W poszukiwaniu noclegu | Bez osiołka nie przejdziecie! | Małgosia nie chce się kąpać | Wieczór
Dziś czeka nas wycieczka do wodospadu ukrytego w dżungli pośrodku półwyspu Semana. Wodospad, jakich zapewne wiele, ale miejsce znane i popularne wśród turystów. Wcześniej musimy jednak zorganizować nocleg na kolejny dzień.
– Ty sobie jeszcze posiedź tutaj, a ja się przejdę po okolicy. – Dobrze. Tylko wracaj szybko.
Po wyjściu z domu kieruję się jednak... na cmentarz. Nie mogę sobie odmówić sprawdzenia jak wygląda. Lubię zaglądać w takie miejsca, fotografować interesujące nagrobki i rzeźby. Cementerio Municipal de Las Terrenas mieści się po drugiej stronie ulicy. Jest zwyczajny, można powiedzieć mało ciekawy. Zaniedbane nagrobki, kamienne lub betonowe krzyże. A jednak ma on swój klimat i ma swój urok. Nazwiska pochowanych osób są czasem niestarannie napisane pędzlem na krzyżu lub płycie. Zamiast wieńca – wianuszek pierścieni wyciętych z zielonych butelek PET.
Przechodzę przez kilka ulic, dopytując o wolne miejsca. Nocleg znajduję ostatecznie w kilkupiętrowym hotelu położonym kilkaset metrów od wybrzeża. Hotel nie należy do najnowych i raczej przypomina ośrodek wypoczynkowy z FWP sprzed lat. Cena jest dość wysoka (1300 DOP), ale mam już dość szukania. Wracam po Małgosię, przenosimy bagaże.
Dobrze. Mamy już nocleg, czas ruszyć w końcu na wycieczkę. Na krzyżówce rozpytujemy o busa, który by jechał w kierunku wodospadu. Nie ma. Ale to nic. Miejscowi wskazują nam pick-upa jadącego na koniec półwyspu Semana. Wskakujemy na pakę i wraz dwójką chłopaków w wieku szkolnym jedziemy. Później dosiada się jeszcze jedna kobieta. Droga prowadzi wzdłuż wybrzeża, nad morzem królują dziś kitesurferzy. Wysiadamy w El Limon i rozglądamy się za dalszym transportem do wodospadu. Wygląda na to, że alternatywą dla kilkunastu kilometrów na piechotą jest podwózka motorem. Umawiamy się z dwoma chłopakami. – Okay, zawieziemy was tam i z powrotem za 200. – Ale my chcemy tylko w jedną stronę. Nie wiem, kiedy wrócimy. – 100 peso. – Okay, 40 peso i jedziemy. Jazda jest krótka, ale pełne emocji. Chłopcy popisują się przed sobą, wyścigują, zajeżdżają wzajemnie drogę. Dziękujemy za podwózkę i zgodnie z ich wskazówkami ruszamy przez przez wioskę. Pełno w niej kwiatów, żywopłotów z kolorowoych krotonów i owocujących drzew, między innymi bananowców i dzbaniwa kalebasowego (Crescentia cujete) zwanego lokalnie higüero. Twarde owoce tego ostatniego osiągają monstrualne rozmiary. Uwagę moją zwraca przymocowany do słupa "na słowo honoru” zestaw kilku liczników energii elektrycznej z plątaniną kabli wokół. Droga ze wsi prowadzi nieco w dół wchodzimy w las i dochodzimy do rzeki. Tu stoi jakiś dziadek z osiołkiem czy mułem i od razu się do nas przystawia.
– Idziecie na salto? Weźcie osiołka.
– Idziemy, ale nie potrzebujemy osiołka, pójdziemy na piechotę.
– To niemożliwe, to jest daleko. Nie dacie rady.
– Damy radę spokojnie.
– Musicie wziąć osiołka. 500 peso. Po drodze są dwie rzeki, nie dacie rady przejść przez nie.
Zaczynam mieć dość faceta.
– Dobra, chodźmy stąd – mówię do Małgosi, a do faceta rzucam: ¡Gracias!
– Stójcie, musicie wziąć. Bez osiołka nie przyjedziecie – staje przed nami, tarasując drogę do rzeki.
To już przesada.
– Nie – mówię głośno do niego i próbuję go wyminąć.
Facet nie ustępuje i robi krok ku mnie. Minę ma zezłoszczoną, wręcz wściekłą.
– Osiołek! – wrzeszczy facet, a zwierzę mu wtóruje.
Zdecydowanym ruchem ręki odpycham gościa ze ścieżki. Ten zatacza i spada ze ścieżki i opiera się dopiero o spłoszone zwierzę.
– Chodź, Małgosiu – mówię łagodnie.
Dziewczyna też jest przestraszona sytuacją. Stajemy na brzegu rzeki Nie widać mostu w zasięgu wzroku, woda nie wygląda na zbyt głęboką, parę głazów wystaje z koryta pośrodku. Ruszamy wzdłuż brzegu, a po kilkunastu metrach ściągamy buty i, podtrzymując Małgosię, odważnie wkraczamy do rzeki.
– Bułka z masłem – mówię po drugiej stronie, ubierając adidasy na gołe stopy.
– Piotr, to się mogło źle skończyć!
– Bez przesady, niech spada!
Oglądam się na wszelki wypadek za siebie, czy aby facet z jakąś maczetą nie ruszył w naszą stronę.
Ruszamy dalej. Ścieżka jest wilgotna i nieco błotnista. Generalnie idziemy pod górą, potem po pofałdowanym, bardziej odkrytym terenie. Przyroda wokół zachwyca. Jest tutaj gęstsza i bardziej egzotyczna niż przedwczoraj w górach. Paprocie, pnącza i porosty tworzą gęsty podszyt. Niektóre rośliny udaje mi się zidentyfikować. Oto barbieria pinnata z rodziny bobowatych (Fabaceae) z pierzastymi liśćmi i czerwonymi, rurkowatymi kwiatami. Tu kwitnąca Centrosema molle, czyli groszek motyli miękki z białymi płatkami i purpurowym środkiem, wieloletnia roślina pnąca znów z rodziny bobowatych. Nieco dalej rośnie krzew Hamelia patens, znany również jako krzew kolibra lub ognisty krzew. Jej rurkowate, pomarańczowo-czerwonymi kwiaty przyciągają kolibry i motyle.
Z drugiej strony nadchodzą, a raczej nadjeżdżają turyści na osiołkach prowadzeni przez miejscowego. Zwierzęta stąpają powoli i, jak się zdaje, poruszają się wolniej niż my. Dochodzimy do jakiejś hacjendy, tu spotykamy więcej turystów: białasów i miejscowych. Tu również można wynająć osiołka. Dwa czy trzy osiołki przywiązane do palika skubią trawę na łące.
– Chodź, podejdziemy tam – mówię i ciągnę Małgosię na urwisko, z którego rozpościera się panorama na całą okolicę.
Wokół, jak okiem sięgnąć, ciągną się lasy i pokryte krzakami wzgórza, a w odległości może dwóch kilometrów widać białą strugę spadającej z wysokości kilkudziesięciu metrów wodę. To Salto El Limón. Przez teleobiektyw widzimy ludzi kąpiących się pod wodospadem.
– No, ładnie... – stwierdza Małgosia.
– Idziemy?
– Poczekaj. Muszę sobie popatrzeć.
Teraz droga znowu w dół, kolejna rzeka do przekroczenia. Tym razem po drugiej stronie spotykamy dwie Niemki, które właśnie doszły tu spod wodospadu.
– Hi, how’s going? – rzucam przyjaźnie do dziewczyn.
– Alles gut! – odpowiadają zgodnie.
Coś jeszcze mówią do nas po niemiecku, ale moja znajomość języka Goethego i Schillera jest zbyt ograniczona, bym zrozumiał. Uśmiechamy się.
Stąd już niedaleko do wodospadu. Ma 40 metrów wysokości i spływa szerokim wachlarzem ze skalistego progu pokrytego całkowicie zielonym gąszczem. Spadająca woda rozbija się na nieustannie rozmywanym stożku z otoczaków, tworząc chmury wodnego aerozolu. Poniżej powstał niewielki staw, w którym mogą zażyć kąpieli zmęczeni wędrowcy. Tymczasem słońce zaszło za chmury i na odkrytej przestrzeni czuć podmuchy chłodnego wiatru.
– No i jak kąpiemy się? – pytam na wszelki wypadek.
– Zwariowałeś, zimno tu.
A zatem zawracamy. Dochodząc do drugiej rzeczki, dopiero teraz dostrzegam, że tu również znajduje się niewielki wodospad, może kilkumetrowy. A przy nim dwie znajome Niemki. Rozebrały się do naga i pluskają się w wodzie.
W lesie widać piuropusze pasożytującej na drzewach alokazji (Alocasia sp.), spośród mchów wyrasta zroślicha (Syngonium), hemiepifityczne pnącze często spotykane w wilgotnych lasach tropikalnych. Są też i pnące się filodendrony i inne egzotyczne rośliny, a wśród chaszczy stanowiących poszycie dostrzegam dziwny owoc, czy może kwiat przypominający młody ananas.
– Ciekawe, co to może być?
– Nie wiem.
– No właśnie. Też nie wiem. Zidentyfikuję później – mówię, robiąc zdjęcie*/.
Koło 17:00 docieramy do brodu na pierwszej rzece. Gościa z osiołkiem już nie ma. Przykro mi, że stracił ostatniego klienta.
Zastanawiam się, jak wrócimy stąd do domu. Po wyjściu z lasu ruszamy drogą. Zatrzymujemy jakiś samochód i za 100 peso wracamy wprost do Las Terenas.
Odświeżamy się, jeszcze kawka i idziemy na spacer po miasteczku.
Małgosia kupuje jakieś drobne pamiątki.
– Jedną dam córce, ale muszę jeszcze coś kupić – tłumaczy.
– Mamy jeszcze coś do jedzenia?
– Nie bardzo.
– No to chodźmy jeszcze na zakupy.
W pobliskim markecie robimy zakupy jedzeniowe. Wystarczy na kolację i jutrzejsze śniadanie.
__________________________________
*/ Pierwsze podejrzenie okazało się trafne. Był to dziki ananas (Ananas comosus) spokrewniony zdaje się z Bromelia pinguin. Obie rośliny należą do rodzaju bromelia.