Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16]


Kraków – Warszawa – (LHR)

czwartek, 5 II 2026


Znów ruszamy w drogę! | Chcę zobaczyć leniwca | Brzydka przeszłość Brytyjczyków


W końcu wyjeżdżamy. Długo dojrzewałem do tej decyzji, czułem ciężar obowiązków zawodowych, które nie pozwalały mi na porzucenie Krakowa. Gdy Renata zapytała wprost: Jedziemy gdzieś, czy mam szukać sobie sama jakiejś wycieczki? – zacząłem intensywnie poszukiwać możliwości wyjazdu. W grę wchodziła Kenia, w której w styczniu i w lutym panuje pora sucha oraz Kostaryka. Kenia jednak wymagałaby dokupienia lotów do Barcelony, skąd były tanie loty do Nairobi. Sama Kostaryka aż tak mnie nie nęciła, gdyż byłem w niej w 2014 roku. Jej sąsiad – Panama, której jeszcze nie poznałem – była jednak dla mnie uzasadnionym celem. Renata wybrała lot do Kostaryki, co jest dla mnie zrozumiałe: niezbyt ją ciągnie do Afryki, chyba że byłyby to Seszele lub Mauritius. Te dwa ostatnie cele musieliśmy odłożyć na bardziej sprzyjającą porą roku. Ostatecznie lecimy do Kostaryki i Panamy. Bilety nie były rewelacyjnie tanie, ale ich cenę – biorąc pod uwagę całokształt sytuacji – uznałem za rozsądną. Loty mamy na jednym bilecie: lecimy z Warszawy przez Londyn i Bogotę.

W San Jose – stolicy Kostaryki – wylądujemy w piątek rano. Jeszcze przed wyjazdem ustaliliśmy, że zaczniemy od Parku Narodowego Manuel Antonio. Ja optowałem za innym parkiem narodowym – na karaibskim wybrzeżu, ale Renata tak długo mnie naciskała, aż ustąpiłem. Nie wykluczam jednak, że w drodze powrotnej z Panamy i tam zawitamy. Plan ogólny mamy następujący. Po zwiedzeniu Manuel Antonio ruszamy w kierunku Panama City. Później postaramy się dostać na wyspy San Blas, a w drodze powrotnej być może uda się zajrzeć do Bocas del Toro. Jakie jeszcze będą atrakcje – trudno powiedzieć.

Noclegi mamy zabukowane tylko na pierwszą i ostatnią noc. Wielką niewiadomą jest transport. Nie mając pewnych informacji o kursach autobusów, nie sposób przewidzieć, gdzie i kiedy dotrzemy. W końcu to tramping i nie wszystko można przewidzieć.

– Chciałbym zobaczyć te wyspy San Blas – stwierdziła Renata. – Różne są opinie na ich temat, ale chciałabym być na takiej rajskiej wyspie.

– A ja chciałbym zobaczyć leniwce.

– Ja też! W ogóle dziką przyrodę: małpy i ptaki.

– Będą na pewno. Dam ci lornetkę.

– Nie potrzebuję. Nie chcę wozić dużo rzeczy ze sobą. I tak ledwo się mieszczą w plecaku.

– Okej, jak chcesz.

Plecaki mamy faktycznie nieduże, ważą mniej niż 6 kilogramów. Mieścimy się w limicie bagażu podręcznego. Przed wylotem miałem trochę niepewności, czy w cenie biletu w ogóle jest bagaż poza "przedmiotem osobistym". Korespondencja z Gotogate wyjaśniła, że przysługuje nam 10-kilogramowy bagaż podręczny. Czy będzie darmowy posiłek? Nie wiem, okaże się. W każdym razie oboje jesteśmy zabezpieczeni i mamy trochę łakoci na drogę.

Kupiliśmy również ubezpieczenie turystyczne – Renata, jak to ma w zwyczaju, ja – jak to się ostatnio częściej zdarza. Kiedyś ograniczałem się do ubezpieczenia zawartego w karcie mBanku, a po wycofaniu banku z tej usługi – ubezpieczam się sporadycznie przy dalszych wyjazdach.

Do Warszawy ruszamy pociągiem, korzystając z zakupionych tanio biletów na Pendolino (38 PLN). Kilka godzin dzielących nas od transferu na Okęcie przeznaczamy na spacery po okolicy Placu Defilad. Renata po raz pierwszy odwiedza Złote Tarasy.

Samolot LOT-u do Londynu odlatuje bez opóźnienia. Osłodą dwugodzinnego lotu jest niewielki batonik. Mamy teraz znów parę godzin do wejścia na pokład samolotu Avianki do Bogoty. Przed 22:00 odlatujemy. Zaczyna się najdłuższy odcinek lotu, ma potrwać nieco ponad 9 godzin.

Po godzinie dostajemy spóźnioną kolację. Jedzenie nie jest najgorsze. Jestem zadowolony, że coś zjem, nie byłem pewien, czy posiłek jest w cenie biletu. Lot upływa spokojnie, niezbyt ciekawie. Oglądam film o Mauritiusie. O tyle interesujący, że ukazujący schyłek niewolnictwa na tej rajskiej wyspie. Wciąż nie potrafię zrozumieć mentalności brytyjskich kolonizatorów. Nie wiem również jak „szlachetni i światli” Brytyjczycy radzą sobie dziś ze swą wstrętną przeszłością.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej