Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16]


(TFS) – (MAD) – (BOG) – (SJO) – Alajuela

piątek, 6 II 2026


Co będzie dalej? | Będziemy walczyć o kasę! | Krzywe stewardesy | Nieudane podejście | Ależ ofiara ze mnie!


Godziny mijają powoli. Trudno przypuszczać, że na pokładzie coś się dzieje. A jednak! Około 3:00 czasu londyńskiego rozlega się komunikat:

– Nasz lot ulega zmianie. Kierujemy się w stronę Wysp Zielonego Przylądka. Przepraszamy pasażerów za niedogodności i dziękujemy za zrozumienie.

Ok, tyle że ja wiele nie zrozumiałem! Napięta sytuacja wokół Wenezueli związana z porwaniem prezydenta kraju przez Stany Zjednoczone nasuwa mi myśl, że obszar powietrzny nad północną częścią Ameryki Południowej został zamknięty. Ale dlaczego nie wylądujemy gdzieś w Brazylii?

Renata również się przebudziła, jest też zdezorientowana. Obserwujemy na podglądzie trasy na mapie, jak samolot pośrodku Atlantyku skręca na południowy wschód.

– Ciekawe, ile czasu spędzimy tam.

– Ale co będzie z naszą podróżą?

– Nie wiem. Wszystko się wyjaśni.

Po godzinie lotu słyszymy kolejny komunikat.

– Informujemy, że kapitan samolotu podjął decyzję o lądowaniu na Teneryfie. Następnie udamy się w dalszą drogę.

Z kolejnego komunikatu wynika, że na pokładzie zaistniał „przypadek medyczny”. Jednemu z pasażerów trzeba udzielić pomocy.

– Starsi ludzie nie powinni latać! – denerwuje się Renata.

– No wiesz… Mają prawo.

– Ale nie ze złym stanem zdrowia! I w ogóle, dlaczego nie polecieliśmy dalej tylko zawracamy?

– Pewnie Wyspy Zielonego Przylądka były najbliżej.

– To dlaczego teraz lecimy na Teneryfę? Pewnie to jakiś Amerykanin, który chce lepszego szpitala.

To już pozostanie niewyjaśnione.

Nad ranem lądujemy na lotnisku Teneryfa Południe (TFS). Przerwa potrzebna na wypakowanie pasażera (lub zwłok) trwa około 30 minut. Z ulgą przyjmujemy komunikat o rychłym starcie. Kolejna informacja spada na nas jak grom z jasnego nieba.

– Szanowni pasażerowie! Informujemy, że kierownictwo linii lotniczej Avianca podjęło decyzję o locie do Madrytu. Lotnisko w Bogocie nie przyjmuje samolotów startujących z Wysp Zielonego Przylądka. Przepraszamy za niedogodności i dziękujemy za współpracę.

– To oburzające! – denerwuje się Renata. – Nie wiedzieli o tym? Dlaczego od razu nie polecieliśmy do Madrytu?!

– Nie wiem. Ale to mi też się nie podoba.

– Będziemy domagać się odszkodowania. Nie daruję im tego.

– Tak. Będziemy się starać.

Przy wysiadaniu z samolotu stewardessa zapowiada, że dostaniemy darmowy posiłek. No myślę! Podobno mamy iść za jakimś panem w czapce, a potem spotkać się przy bramce nr 20. Szybkim krokiem zmierzamy całą grupą do jakiegoś baru. Z pewnością nie jest to wypasiona restauracja, lecz bar, w którym dostajemy po dwie kanapki, a za ewentualną herbatę lub kawę trzeba sobie już zapłacić.

– No, niezbyt ta Avianca się postarała – komentujemy.

Samolot mamy mieć podobno o 14:00. Albo o 16:00. Niestety panuje szum informacyjny. W każdym razie mamy więc znów kilka godzin oczekiwania. Nie wiem, jakie są reakcje innych pasażerów z pechowego lotu, ale my jesteśmy zwyczajnie zezłoszczeni. Pal sześć, gdyby to zdarzyło się przy powrocie. Wtedy można byłoby mówić, co najwyżej, o problemach z pracą. Ale dzień wyjazdowy, urlopowy to dla mnie zawsze była świętość i nie zgadzam się na tracenie cennego czasu. Dodatkowo zainwestowaliśmy prawie 250 złotych w pierwszy nocleg i bilety wstępu do parku narodowego Manuel Antonio bez możliwości odwołania.

– Będziemy dochodzić pokrycia swoich strat – zapowiada znów Renata.

Nie jestem takim optymistą, ale kiwam głową.

– Będziemy!

Dalsza droga do Bogoty odbywa się bez zmiany kart pokładowych, wsiadamy do samolotu tego samego typu, na "swoich" w miejscach. Podczas lotu czujnie obserwujemy pokład i pasażerów, skłonni żywo protestować w przypadku kolejnego ataku serca albo jakiegoś innego nagłego przypadku. Dostaliśmy również nowe karty pokładowe na lot do San Jose na 23:00. Ciekawe, czy wszystko pójdzie zgodnie z nowym rozkładem lotu.

W stolicy Kolumbii lądujemy wieczorem. W terminalu kierujemy się nie do wyjścia, lecz do strefy transferowej. Przy kontroli bezpieczeństwa kilkanaście osób. Stojąca przede mną Renata nagle podnosi alarm.

– Gdzie mój zegarek!? Położyłam go na tacy.

Zniknął.

– Sprawdź saszetkę, może do niej włożyłaś.

– Nie. Położyłam z innymi rzeczami na tacy.

Widzę, że jakiś facet przed bramką zakłada smart-watcha.

– Czy to nie twój?

Renata jak lwica dopada mężczyznę. Nie, to nie ten zegarek. Obsługująca pasażerów kobieta niecierpliwi się, bo kolejka się zatrzymała.

– Tu był zegarek. Gdzie on jest?! – pyta ją zdenerwowana Renata.

– Nie wiem, nic nie widziałam.

Hm. Renata sprawdza powtórnie kieszenie i inne zakamarki. Smart-watch zniknął.

– Trudno, on nie był bardzo drogi… – słyszę rezygnację w jej głosie.

Podnosi tacę. I wtedy ukazuje się nam zegarek.

– Ja go włożyłam do tacy…

Patrzymy podejrzliwie na kobietę obsługującą pasażerów. Czy to ona próbowała zwędzić zegarek? Renata jest pewna, że położyła zegarek na tacy, a kobieta manewrowała nimi, przesuwając w stronę maszyny do prześwietlania. Mogę sobie wyobrazić, że zegarek wpadłby za chwilę do szczeliny między transporterem a blatem.

– Chodźmy dalej, nie wyjaśnimy tego – mówię.

Przechodzimy do hali odlotów. To, co się rzuca od razu w oczy, to ogrom lotniska. Wiemy już, że straciliśmy bilety do parku narodowego, chcemy jednak odzyskać pieniądze za nocleg z Airbnb w Manuel Antonio. Piszę wiadomość do właścicielki, określając sytuację mianem wyjątkowej: „Liczę na zrozumienie". W trybie awaryjnym bukuję również nocleg na dziś w Alajuela. O 23:00 odlatujemy.

Stewardessy w samolocie do San Jose są małe, grubawe.

– Nie podobają mi się! – krytycznie ocenia Renata.

– W polskim Locie nie znalazłyby zatrudnienia…

– Ani nie są ładne, ani nie mają wdzięku.

– Hm. Po prostu inaczej wygląda tu ideał kobiety. Ale wiesz… – ożywiam się. – Jest konkurs na najgorszą linię lotniczą. Może zgłosisz tam Aviankę?

– No, ale popatrz na tę stewardessę – Renata nie ustępuje. – Krzywa jest.

– Tak?

– Krzywą ma twarz, taką asymetryczną.

Cóż, najwyraźniej Renata nie polubi tej linii lotniczej.

Zaczynamy ostatni odcinek podróży, za dwie godziny mamy lądować. Z drzemki wybudza mnie głos kapitana.

– Proszę o zapięcie pasów.

Faktycznie: właśnie zaczęło huśtać. Po chwili wpadamy w dziurę powietrzną i samolot obniża gwałtownie wysokość o parę metrów. Rozlegają się sporadyczne okrzyki podekscytowania lub strachu. Przez okno widzę skrzydło samolotu wyginające się w dół i w górę pod naporem wiatru. Na moment porzucam myśli o mechanicznym zmęczeniu materiałów. Zbliżamy się do lotniska.

– Zdaje się, że tym razem Avianca nie będzie miała spóźnienia. Jest pięć minut po północy – zauważam.

– No tak. Mieliśmy być 0:15.

Dziesięć metrów nad pasem pilot zwiększa moc silników, które, wyjąc, wynoszą nas na drugi krąg.

– To normalna procedura po nieudanym podejściu – uspokaja stewardessa.

Zaczynamy krążyć nad stolicą Kostaryki. Próbuję ustalić z pomocą GPS, gdzie tak dokładnie się znajdujemy. Kapitan wyjaśnia, że za chwilę spróbujemy drugiego podejścia, a jak się nie powiedzie, to odlecimy na inne lotnisko. Lot przedłuża się, wykonujemy kolejne okrążenie. Zastanawiam się, jak długo tak będziemy krążyć. Z pewnością nie dotrzemy do celu na czas. W pamięci mam historię lotu Avianca Flight 052 z 25 stycznia 1990, kiedy to boeing 707 tak długo krążył nad Nowym Jorkiem, aż zabrakło paliwa.

– Pierwszy raz mi się zdarza odejście na drugi krąg.

– Dziękuję za takie atrakcje – Renata jest najwyraźniej zła i nieco przestraszona.

– Tu w San Jose jest jeszcze inne lotnisko, być może na nim wylądujemy. Tyle, że z niego będziemy mieć utrudniony dojazd na nocleg w Alajuela. Chyba że polecimy na lotnisko w Limon, jeśli tam będzie lepsza pogoda – snuję różne scenariusze.

Po 20 minutach krążenia znów podchodzimy do lądowania. Tym razem udaje się przyziemić, rozlegają się uzasadnione brawa. Szybko transferujemy się do terminala. Nie do końca jestem pewien, gdzie wylądowaliśmy. Czy to przypadkiem nie drugie lotnisko – Aeropuerto Internacional Tobías Bolaños.

– Tam jest napisane „SJO”. Więc chyba na tym właściwym wylądowaliśmy – słusznie zauważa Renata, wskazując na tablice z informacjami.

Do odprawy paszportowej stoimy w kolejce wraz z trójką innych młodych Polaków. Chłopak z dwiema dziewczynami, na oko w wieku studenckim.

– Hej! – witam się. – Jakie macie plany na Kostarykę?

– Chcemy wynająć samochód i pojechać najpierw na wybrzeże karaibskie, a potem bardziej na południe. Ale tam, nad morzem, jest podobno brzydka pogoda, cały czas pada.

– A my jutro kierujemy się do Manuel Antonio. Gdzie macie nocleg: w stolicy, czy tu, w Alajuela?

– Tutaj, w miasteczku obok.

Z rozmowy wynika, że planują przejść się na piechotę swego hotelu. W tej sytuacji my również rezygnujemy z szukania jakiejś podwózki, pójdziemy razem. Odprawa paszportowa przebiega szybko i przed pierwszą wychodzimy z budynku. Odnajdujemy właściwy kierunek i ruszamy szybkim krokiem. Nocne powietrze jest przyjemnie rześkie, ruch samochodowy umiarkowany. 30 minut później żegnamy się. Studenci z Warszawy skręcają do swojego hotelu, my do przejścia mamy jeszcze pół miasta.

– Pamiętasz, jak wygląda nasz hotel? – pytam i na wszelki wypadek sprawdzam w komórce zdjęcie z Bookingu.

– To taki zielony budynek.

– To chyba tu – mówię, gdy już jesteśmy na właściwej ulicy.

Dzwonię raz, drugi, trzeci. Przy drzwiach pali się światło, ale przez 10 minut nikt nie reaguje. Już jestem gotów do zatrzymywania jakichś przechodniów lub samochodów z prośbą o telefon do hotelu (przecież nie mamy lokalnej karty SIM), gdy Renata dostrzega na sąsiednim budynku szyld z naszym "apartamentem".

– To przecież tamten budynek – woła.

– Co za ofiara ze mnie! Ale ten też był zielony.

Patrzę za siebie jeszcze raz i teraz dopiero widzę, że próbowałem dostać się do… pizzerii.

Więcej problemów dziś już nie mamy. W hotelu dostajemy pokój na parterze, Renata płaci kartą 41 USD. Pokój jest niewielki, ale z łazienką i w obliczu wszystkich przygód ostatnich 48 godzin nie wybrzydzamy.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej