Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16]


Changuinola – Sixaola – Cahuita

niedziela, 15 II 2026


Śniadanie po panamsku | Czy chcemy tu zamieszkać? | I znów w Kostaryce | Co za ludzie! | Zasłużony relaks


Pierwszą myślą, która towarzyszy mi rano po przebudzeniu, jest pytanie, czy pada deszcz. Nie sprawdzę tego, gdyż dwa okienka wychodzące według informacji z Booking.com na dziedziniec umieszczono wysoko, jakieś 2,5 m nad podłogą. Zresztą innych panamskich idiotyzmów jest tu więcej. Umywalka jest nowoczesna, ale kran zamocowano w blacie tak, że wajchę można przekręcić tylko w stronę zimnej wody. A szczytem wszystkiego jest to, że gniazdka elektryczne umieszczono na wysokości 2,20 metra.

Przy okazji konstatuję, że moja ładowarka z podwójnym wyjściem USB rozładowała komórkę Renaty i mój aparat. Zmieniam ją i szybko podłączam smartfon. Ja na szczęście mam kilka zapasowych akumulatorów do aparatu.

– Robimy kawę lub herbatę?

– Ja wypiję herbatę, bo nie wiadomo, czy tam przy śniadaniu dadzą nam coś do picia.

Dopiero teraz dostajemy od recepcjonistki kupony uprawniające nas do zjedzenia śniadania w barze opodal.

– Powinna nam dać te karteczki jeszcze wczoraj – sensownie stwierdza Renata.

– Przecież gdybyśmy poszli bez nich, to musielibyśmy się wrócić.

– Masz rację. Ale to taki kraj, gdzie niekoniecznie myślą.

Na śniadanie są empanadas podobne do tych, które jadłem w Brazylii i Argentynie, oraz inne ciasta: carimañolas oraz hojaldres, których nie jadłem. Do tego jeszcze panierowany kurczak oraz kawa i herbata. Wygląda to nie najgorzej i chociaż dania są pewnie przygotowane wczoraj, to są podgrzane i całkiem smaczne. Renacie trafia się tym razem nóżka, a mi kawałek piersi kurczaka.

– Smakują ci te ciasta? – pytam.

– Tak, ten hojaldre wygląda na ciasto francuskie, a te drugie chyba z manioku…

Faktycznie, carimañola jest wyrabiana z mąki kassawy, czyli manioku jadalnego (Manihot esculenta) zwanego tu yuca. Bulwy manioku gotuje się, rozdrabnia i ugniata do uzyskania konsystencji ciasta. Formuje się je w kształt wrzeciona, nadziewa mieloną wołowiną lub kurczakiem i smaży w głębokim tłuszczu.

– Panamczycy jedzą to codziennie na śniadanie.

– Trudno się dziwić, że potem są tacy otyli.

Do lokalu weszli właśnie pracownicy jakiejś firmy w jednakowych kombinezonach, zamówili posiłek. Albo wracają z nocnej zmiany, albo jadą do pracy. O tyle to dziwne, że dzisiaj przecież niedziela. Co wcale nie znaczy, że sklepy dziś będą zamknięte. Po wyjściu z knajpki stwierdzam, że część sklepów właśnie jest właśnie otwierana, w tym chyba wszystkie spożywcze.

Zgodnie ze wskazówkami udzielonymi przez robotników kierujemy się na krzyżówkę, gdzie znajduje się nieoznakowany przystanek. Siedzący na ławce staruszek potwierdza lokalizację i coś tam mruczy po swojemu. Gestami sugeruje, że wkrótce będziemy mieć transport. Po chwili autobus rzeczywiście podjeżdża i zabiera nas w dalszą drogę. Przy okazji stwierdzam, że na trasie tej jeżdżą autobusy od granicy do Panama City. A jak się później przekonamy, od granicy w Sixaola można dojechać bezpośrednio do San Jose.

– Co jest?! – denerwuję się, gdy po minucie autobus staje.

Wsiada jeszcze jeden pasażer. Zmorą w autobusach panamskich (i kostarykańskich również) jest to, że zatrzymują się co chwilę.

– Nie mogę zrozumieć, dlaczego ci ludzie nie podejdą kilkuset metrów na główny przystanek.

– Nie chce im się.

Druga rzecz jest równie denerwująca. Kierowca, po wyruszeniu z terminalu albo głównego przystanku, zamiast ruszyć szybko i nadrabiać spóźnienie powstałe zwykle już w momencie startu, jedzie 15-20 km/h, licząc na to, że jeszcze po drodze zgłoszą się kolejni chętni.

Inna rzecz, że są tak powolni w ruchach przy wsiadaniu i wysiadaniu.

– Ale to wynika z ich olbrzymiej tuszy!

– I z takiej życiowej niezdarności. Zachowują się tak, jakby pierwszy raz jechali autobusem i nie wiedzieli, jak przejść do tyłu pojazdu, zająć miejsce, umieścić bagaż.

Do granicy jest raptem 40 parę kilometrów, jedziemy ponad godzinę. Za oknami panamska prowincja. Może nie ta najbardziej zaściankowa, bo jest tu wiele bardziej niedostępnych regionów. Ale jednak gospodarstwa są tutaj naprawdę biedne, a osiedla przypominają domy w ogródkach działkowych.

– Nie chciałabym tu mieszkać za nic – stwierdza Renata – Mówią, że to jest dobre miejsce na emeryturę, ale tu bym nie chciała żyć.

– No tak, ale w tym kraju można mieszkać w stolicy albo w innym bardziej dostępnym miejscu…

Na granicy kupuję olbrzymią colę (3,3 litra za 2 euro) i odszukujemy panamskie immigration. Tu, przy okienku, kilkunastoosobowa kolejka. Z megafonu ustawionego opodal rozlegają się przeraźliwie głośne nawoływania jakiegoś kaznodziei zachęcającego do wstąpienia do kościoła lub nawrócenia się.

Zastanawiam się, czy Panamczycy – wzorem sąsiadów – nie będą chcieli pobrać od nas jakiegoś podatku. Jednak nie. Urzędnik wbija stempel i ruszamy przez most na granicznej rzece Sixaola. Za mostem – już Kostaryka, a dokładniej miasteczko Sixaola. W kostarykańskim immigration, dostajemy kolejny stempel i przechodzimy na dworzec autobusowy.

– Ciekawe, czy wystarczy nam wymienionych colonów. Czy będziemy musieli jeszcze dokupić? – zastanawiam się.

– Mam kartę Revolut – przypomina Renata.

Póki co, kupuję bilety do Cahuita za gotówkę. Autobus ma być za 40 minut. Przy okazji stwierdzam, że będę musiał sprawić sobie podobną kartę. Zazwyczaj na wyjazdy brałem dwie karty, na przykład MasterCard i Visa, gdyż nie wszystkie bankomaty i terminale obsługują wszystkie rodzaje kart. Teraz najczęściej mam ze sobą karty obsługującą euro i złote. Revolut wydaje się mi sensowną alternatywą.

Chociaż do Cahuity jest raptem 45 kilometrów, to podróż zajmie nam znowu ponad dwie godziny. Droga jest kręta i wiedzie przez górzysty teren. Ponadto w Hone Creek nieoczekiwanie wykręcamy w stronę Manzanillo leżącego na wybrzeżu pod granicą panamską. To typowo turystyczna miejscowość z pięknymi plażami i olbrzymią ilością przyjezdnych. Zanim dojdziemy do Cahuity mija kolejna godzina.

Zarezerwowany przedwczoraj hotel jest położony blisko dworca, jednak początkowo mamy spore trudności z odnalezieniem go. Mężczyzna grzebiący przy samochodzie wskazuje nam drogę na wprost, a moją uwagę, że to musi być gdzieś w pobliżu ignoruje. Inna stała mieszkanka miejscowości, starsza pani siedząca przed domem przy dworcu wskazuje kierunek przeciwny, dodając, że to około kilometra dalej. Po przejściu 20 metrów zatrzymuję się.

– To nie może być tam. Zawracamy!

Wtedy dostrzegamy napis na bramie ogrodu sąsiadującego z dworcem "Honey Rooms Pameras". Nie mogę się powstrzymać i podchodzę do kobiety siedzącej przed domem.

– Dlaczego mi mówisz, że ten hotel jest w tamtym kierunku i kilometr dalej? Przecież on jest koło ciebie, tuż obok! Dlaczego mnie okłamujesz?

Sytuacja jest dla mnie zupełnie niezrozumiała.

– Przecież jej wyraźnie podałem nazwę hotelu, pokazałem nazwę w komórce, a ona mieszka od lat obok niego.

– Ja też tego nie rozumiem. Jak nie wie lub nie jest pewna, to może powiedzieć, że nie wie, a nie wprowadzać w błąd!

– Zwłaszcza że idziemy z plecakami. Tamten facet z warsztatu podobnie zrobił. Skąd się tacy ludzie biorą?

No okej. Chłopak obsługujący gości hotelowych jest angielskojęzyczny, sympatyczny i usłużny. Prowadzi nas do pokoju mieszczącego się w długim parterowym budynku. Pokój jest bardzo duży, ma dwa łóżka i małą łazienkę. Klimy nie ma, ale do tego już przyzwyczailiśmy się.

– To co? Chwilę odpoczniemy i idziemy do miasta?

– Chodźmy od razu.

Jest niedzielne popołudnie, na ulicach zaskakująco mało ludzi.

– Pójdziemy najpierw sprawdzić plażę? – Renata gotowa jest wykorzystać każdą okazję.

– Oczywiście. Z tym, że ta najbliższa jest jakaś taka mała…

Round Rock Beach to 15 metrowy kamienisty fragment wybrzeża. Obok znajduje się bar, co oznacza zaśmiecony teren wokół. W dodatku brzeg jest porośnięty lasem, więc cień nie pozwala na opalanie się. Po 5 minutach kontemplowania widoków ruszamy dalej.

– Sprawdźmy, czy da się dziś wejść do parku narodowego od strony miasta.

Z opisów w przewodniku LP i na stronie internetowej wynika, że prócz głównego wejścia do parku oddalonego o kilka kilometrów jest w "darmowe” wejście przy plaży (Playa Blanca). „Darmowe”, bo niby wystarczy dobrowolny datek. Na miejscu okazuje się, że bagaże są tu sprawdzane równie dokładnie, jak w Manuel Antonio. A my mamy ze sobą i jedzenie, i butelki z wodą.

– Przyjdziemy jutro – decydujemy.

Przenosimy się na Playa Negra położoną w zachodniej części miasta. Tu są już lepsze warunki, jest też więcej kąpiących się. Fale są prawie metrowe, więc rzucam się od razu do wody. Kąpiąc się na przemian, spędzamy tak z półtorej godziny. Słońce jednak opada, północne wybrzeże Kostaryki kryje się w cieniu. Kończymy plażowanie.

– Może będą tu, w Cahuicie, T-shirty z tukanem? – Renata ma wciąż nadzieję, że kupi na prezent właśnie taką koszulkę.

Odwiedzamy różne sklepy i butiki, lecz na nic godnego uwagi nie trafiamy.

– Dobrze, kupmy wodę i coś do jedzenia na jutro i chodźmy na obiad.

Trafiamy do lepszej restauracji przy głównej ulicy. Zamawiamy gallo pinto (z francuskiego: nakrapiany kogut). To wszechobecne w Kostaryce danie, serwowane rano, w południe i w nocy. Składa się z ryżu, fasoli, cebuli, papryki i przypraw. Uzupełnieniem są smażone banany i sałatka z ogórka i pomidorów (12.300 colonów).

W hotelu robimy większe pranie. Renata podejrzliwie sprawdza pościel.

– Czy to nie jest pluskwa? – wzywa mnie na konsultację, wskazując maleńkiego czarnego robaczka.

– E… nie.

Na wszelki wypadek brzeg łóżka skrapiam Off!-em. Zanim wrócę z łazienki, Renata już śpi jak zabita.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej