Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16]
Sierota ze mnie! | Zrób jak chcesz! | Spacer po David | Prawda o Darien Gap
Pobudka. Około 5:40 po cichu wstaję i zaczynam się pakować. Szum uliczny, a właściwie ryk silników, trąbienie i nawoływania sprzedawców zaczęły się dużo wcześniej. A być może i trwały całą noc.
– Możesz zaświecić światło, już nie śpię – odzywa się Renata przed 6:00.
Gotuję wodę na herbatę i na kawę. Przy okazji stwierdzam, że plastikowe kubki też mają swoje wady: nadmiernie rozgrzana grzałka nadtapia mi brzeg naczynia. Metalowy kubek Renaty również nie jest optymalny: po pierwsze ciężko go utrzymać z wrzącą wodą, po drugie grzałka oparta o jego brzeg wzbudza mój niepokój. Jednak przed wypiciem kawy nie jestem w stanie przeanalizować I prawa Kirchhoffa. Obieram papaję, połowę zjadamy, a resztę zabieramy na drogę. Po siódmej wychodzimy z hotelu, a pół godziny później jesteśmy już na terminalu dworcowym.
– Zostało nam 25 centów na karcie – mówię po wyjściu z metra. – Teoretycznie możemy odzyskać 3 dolary, oddając kartę.
– Daj spokój. Chodźmy kupić bilety.
Przy bramkach prowadzących na płytę dworca autobusowego wyhacza nas gość i mówi, że autobus do David już czeka i prowadzi nas na stanowisko. Co prawda chciałem wcześniej zapytać w kasie o bilety do Almirante na jutro, ale może uda się zrobić to później. O 8:00 odjeżdżamy, bilety podobno możemy kupić później u kierowcy. W porządku.
Przejazd do David odbywa się tą samą drogą co wcześniej. Mijamy po prawej wielką kalderę El Valle o średnicy 6 kilometrów. Wielokrotnie zastanawiałem się, czy nie wybrać się do El Valle de Antón, miasteczka leżącego na jej obszarze. Otoczone górami, z licznymi atrakcjami w okolicy, przyciąga turystów. Nocleg w jednym z nie najtańszych hoteli i ewentualny krótki trek po okolicy był opcją, jednak wysokie ceny hoteli w mieście oraz kurczący się czas zdecydowały o rezygnacji z tego celu. Może to i dobrze, bo mój zapał do podróżowania nieco opadł po tym, jak właściwie zrealizowałem swe główne cele trampingu. A czy zobaczę tę okolicę czy jakąś inną – ma teraz mniejsze znaczenie dla mnie.
Tak więc zostawiamy z boku El Valle i jedziemy dalej. Zastanawiam się cały czas, gdzie wysiadać? W miejscowości David czy też wcześniej – w Chiriquí, gdyż to w nim zaczyna się tak zwana ruta Fortuna, która prowadzi na północne, czyli karaibskie wybrzeże Panamy. Jest to zresztą jedyna dostępna dla zwykłych samochodów droga na północ przez góry, między innymi do Almirante i dalej do Kostaryki.
Mam obok angielskojęzycznego sąsiada, ale jest niezbyt zorientowany, zresztą drzemie przez pół drogi. Inny chłopak tłumaczy mi, żebyśmy jechali do David. Do rozmowy włącza się starszy mężczyzna siedzący za mną. Jest bardzo sympatyczny uśmiecha się. Niestety nie mówi po angielsku, więc rozumiem piąte przez dziesiąte, ale widać, że bardzo chce nam pomóc. Z tego co mówi wynika, że zdecydowanie lepiej jechać do Dawid, stamtąd wyrusza autobus do Almirante i będzie łatwiej o miejsca. Tak też zrobimy. Płacę kierowcy po 15,25 USD za bilety.
Renata dostała powiadomienie o rozwiązaniu roszczenia w Compensie. Udostępniam jej internet, by mogła odpisać. Chyba nie jest zadowolona, bo decyzja jest odmowna. No cóż, wydaje mi się, że nie doczytała warunków umowy, która w przypadku opóźnienia lotu obejmuje jedynie zakupy podstawowych produktów jedzeniowych i ubraniowych.
– Nie martw się, będziemy się starać się odszkodowanie bezpośrednio od linii lotniczej.
– Masz jeszcze czekoladę?
A niech to! Zapomniałem rano wyjąć ją z lodówki. Sierota ze mnie. To już kolejna strata na tym wyjeździe: na lotnisku w Madrycie zgubiłem już pokrowiec na moją puchową kurtkę. Zwykle sprawdzam, czy czegoś nie zapomniałem, czy wszystko mam przy sobie. W stresie lub pośpiechu traci się jednak czujność.
W miejscowości Santiago zatrzymujemy się na przerwę obiadową. Co prawda jest dopiero 12:00, ale to już połowa drogi. Wybór jedzenia przydrożnej gospodzie jest tu mniejszy. Renata bierze jak zwykle ryż z dodatkami, ja tym razem makaron z kurczakiem. W sumie płacimy 5 dolarów.
– Wolałam ryż, bo jak patrzę na te tłuste kobiety, które jedzą te mączne potrawy, to niedobrze mi się robi.
– I jedzenie tu gorsze – stwierdzam.
– Zgadza się. Nie ma tu sałatek, no i zobacz: tutaj nie ma kurczaka, są tylko parówki.
Po posiłku spaceruję po dworcu i, słysząc rosyjską mowę, podchodzę do dwóch kobiet koło czterdziestki.
– Priwiet! – witam się z uśmiechem na twarzy.
– Zdrawstwujtie – odpowiadają nieco zaskoczone.
Jedna z nich jest z Grodna na Białorusi, druga z Rosji, ale mieszka w Panama City od jakiegoś czasu. Trudno mi ocenić, czy uciekła w okresie wojny, czy wyjechała wcześniej. Jadą również do Davida. Przyznaję, że dawno nie rozmawiałem po rosyjsku, chyba od wyjazdu do Bari parę lat temu.
Do naszego dzisiejszego celu zostało ponad 3 godziny i wydaje mi się, że szybciej tam nie będziemy. Zobaczę, czy uda się mi namówić Renatę na dalszą jazdę dzisiaj do Almirante. Gdyby był autobus i przesiadka nie zajęłaby nam zbyt czasu, to na wieczór moglibyśmy dojechać. A jeśli nie, to przenocowalibyśmy w David. Renata jednak optuje za tym drugim rozwiązaniem. Boi się, że nie wytrzyma tak długiej drogi. Przystaję na to.
W autobusie kolejna sytuacja konfliktowa. Chciałbym ustalić, gdzie będziemy nocować.
– Zdecyduj sam – Renata na moment odrywa wzrok od filmu z Netfliksa.
– Wolałbym, żebyśmy razem popatrzyli na noclegi w mieście.
– Wybierz ty, bo jak ja będę wybierać, to potem będziesz mówił, że drogo.
Widzę, że w David jest kilka noclegów poniżej 100 złotych.
– Chciałbym, żebyś przypatrzyła się.
– Sam szukaj.
– Dobrze.
Po chwili znów proszę o to samo, wolę żebyśmy razem podjęli decyzję, aczkolwiek wiadomo, że nie będzie to drogi hotel.
– Czy może być ten hostel z kotami?
– Zrób, jak chcesz – w głosie Renaty znowu słyszę niezadowolenie.
Owszem, jest inny hotel w centrum w podobnej cenie, ale to jest dwa kilometry dalej od dworca. A my do centrum nie za bardzo chcemy się pchać, bo rano chcemy jechać dalej. Bukuję pokój u kociary.
Na miejscu jesteśmy koło 16:00, jak się wydaje z półgodzinnym spóźnieniem. Tutaj trudno polegać na rozkładach jazdy. Panamczycy żyją w innym tempie, bez pośpiechu, ciężko ich pospieszać wymagać dotrzymywania terminów.
Przeczytałem, że Europejczycy mają zegarki, a Panamczycy mają czas. Tego rodzaju stwierdzenie najczęściej jest przypisywane Afrykanom i raczej pasuje do widoku Murzyna siedzącego w kucki na krawężniku. Ale przecież i w Europie zdarzają się nacje, których mentalność jest inna niż u znanych z solidności i dokładności Niemców lub zagonionych lecz słownych Polaków. Ot, choćby tacy Hiszpanie, których potomków tu nie brakuje, którzy żyją w innym tempie. Maniana… maniana… Jutro, a może pojutrze… Skąd się to bierze? Czy chodzi tu o dokuczliwy gorący klimat, który spowalnia ruchy i utrudnia myślenie? Nie wiem.
Szybkim krokiem przechodzimy do hostelu u kociary.
– No, macie szczęście, bo musiałam właśnie odmówić noclegu komuś innemu – mówi z wyczuwalnym żalem.
– Okay, rozumiem – odpowiadam.
Tak, rozumiem, chociaż nie do końca. Chyba jej wszystko jedno kto zajmuje pokój?
Rozkładamy się w „pokoju rodzinnym”. Prócz wielkiego łoża znajdują się tu dwa piętrowe łóżka, a wszystko na stosunkowo małej powierzchni. Trudno się poruszać i nie za bardzo sobie wyobrażam pobyt szóstki osób w tym pomieszczeniu.
– Proszę nie jeść w pokoju – mówi mi później właścicielka.
Zapewne zauważyła nasze zakupy jedzeniowe rozłożone na stole. Bez przesady! Cały hostel obwieszony jest karteczkami, co wolno w łazience, czego nie robić w kuchni i tak dalej. Praktyka przypominania użytkownikom kuchni, by posprzątali po sobie, jest powszechna w hostelach, lecz nagromadzenie zakazów i nakazów w tym obiekcie jest dla mnie trudne do zaakceptowania.
– Chcesz iść na spacer do miasta? – pytam Renatę.
– Muszę umyć włosy, odpocząć.
– Mogę poczekać pół godziny, będziesz miała później ochotę?
– Idź sam, zostanę tu – słyszę po chwili wahania.
Dobrze. Faktem jest, że w David naprawdę nie ma czego oglądać. Zabudowa praktycznie wszędzie jest parterowa, a małomiasteczkowy charakter bardzo kontrastuje z wyglądem stolicy. A przecież David jest drugim co do wielkości miastem Panamy!
Ratusz przy placu jest zupełnie nieciekawy, a kościół z początku XX wieku przy parku jest o tej porze zamknięty. Pozostają sklepy, w których można znaleźć duży wybór odzieży za stosunkowo niską cenę. Kupuję saszetkę za dwa dolary (doliczają mi 7% podatku) i wracam do hostelu. Czuję, że atmosfera nie jest najlepsza, także z powodu gospodyni, która chociaż stwarza pozory serdeczności, to jednak potrafi rzucać uwagi dotyczące zachowania gości: a to nie trzymać żywności w pokoju, a to nie wpuszczać kotów, a to zamykać furtkę. I tak dalej, i tak dalej.
W kuchni zastaję parę młodych ludzi. Jak się okazuje, chłopak jest z Polski, a María – tutejsza. Poznali się w internecie, Łukasz od kilku miesięcy podróżuje po Ameryce Środkowej.
Wykorzystuję okazję i zagajam rozmowę na temat przesmyku Darién.
– Słuchaj, mam pytanie. Dlaczego Autostrada Panamerykańska nadal ma dziurę w środku?
– Bo jest dżungla. I bardzo trudny teren – tłumaczy Panamka.
– Aha, czyli to przez Przesmyk Darién. To już wiem z Wikipedii.
– No widzisz, to po co pytasz?
– Bo Wikipedia mówi też o przemytnikach, bagnach i wężach. Ale jakoś nie wierzę, że w XXI wieku jedna dżungla zatrzymuje pół kontynentu.
– Może po prostu nikt nie ma ochoty budować drogi w miejscu, gdzie wszystko chce cię zjeść – uśmiech pojawia się na twarzy dziewczyny.
– Daj spokój. Drogi buduje się przez Tybet i pustynie. Tu coś nie gra. Dobra, powiedz wprost: kto blokuje drogę: Panama czy Kolumbia?
– Oficjalnie nikt jej nie blokuje.
– „Oficjalnie”. Bardzo ciekawe słowo.
– Powiedz, jak jest. To dla mnie też interesujące – wtrąca się chłopak dziewczyny.
María milczy przez chwilę.
– U nas wielu ludzi uważa, że to Panama nie chce tej drogi.
– O! Dlaczego?
– Bo gdyby była autostrada, tysiące ludzi z południa jechałoby prosto na północ. Bez przerwy.
– Czyli migracja.
– Dokładnie. Teraz dżungla działa jak naturalny filtr. Straszny, ale skuteczny.
– A Kolumbia? – dopytuję.
– Im też trochę wygodnie. Mniej problemów z kontrolą granicy.
– Czyli oficjalnie winna jest dżungla…
– …a nieoficjalnie wszyscy są trochę zadowoleni, że ta dżungla tam jest – kończy dziewczyna.
– No tak – mówi Łukasz – Węże i błoto robią robotę za polityków.
– Dokładnie. Najtańsza straż graniczna świata.
– Muszę przyznać: sprytne.
– A ty myślałeś, że tylko u was w Europie politycy są kreatywni? – panamka się śmieje.
– Mam jednak nadzieję, że kiedyś autostrada zostanie dokończona. Przecież umożliwi ona przepływ towarów i rozwój gospodarczy obu krajów.
– Może… – María pozostaje nieprzekonana.
– No nic. Czas na mnie. Trzymajcie się – żegnam się z sympatyczną parą i wracam do pokoju.
Koło 22:00 zasypiamy.