Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16]


PN Soberania – Panama City

wtorek, 10 II 2026


Jedziemy do parku narodowego | Gdzie jest ten ptak!? | Pracowite mrówki | Klimat nas wykańcza | No, bez przesady! | Zwiedzamy Casco Viejo | Kościoły, skwery, pałace... | Negocjujemy


– Podoba mi się ten pokój.

– Mówiłeś to już.

– No tak, ale podoba mi się.

Podchodzę do okna i rozkoszuję się fenomenalną panoramą miasta. Ja wiem, że Renata jest przyzwyczajona do luksusowych noclegów w lepszych hotelach, ale to, co tu mamy za 88 zł (+10% tax) absolutnie mi wystarcza i satysfakcjonuje.

Przed wyjazdem zastanawialiśmy się, które parki narodowe w Kostaryce i Panamie odwiedzić. Uznaliśmy, że dwa parki w każdym kraju to maksimum, które da się zrealizować. Jeśli chodzi o pierwszy kraj, to wszystko było mniej więcej jasne: PN Manuel Antonio i PN Cahuita. Natomiast w Panamie zdecydowaliśmy się na leżący blisko stolicy park narodowy Soberania znany z bogactwa gatunków ptaków. Wyjazd do San Blas i potencjalną wizytę na Bocas del Toro potraktowaliśmy łącznie jako wystarczający zamiennik drugiego parku narodowego.

Tak więc opuszczamy dziś rano hotel z dużym apetytem na oglądanie papug i tukanów. W drodze na stację metra mam okazję przyjrzeć się lepiej pomnikowi na Plaza José Remón Cantera. Składa się z wysokiej, betonowej wieży oraz płaskorzeźby u jej podstawy, przedstawiającej stylizowane sylwetki ludzi. Miejsce to upamiętnia José Antonio Remóna Canterę, prezydenta Panamy zamordowanego w 1955 roku, którego słowa: „Ni millones ni limosnas, queremos justicia” („Ani milionów, ani jałmużny, chcemy sprawiedliwości”) odnoszące się do relacji Panamy ze Stanami Zjednoczonymi umieszczono na pomniku.

Pierwszy etap naszej dzisiejszej wycieczki – przejazd metrem na końcową stację przy lotnisku – odbywa się bez problemu. Później odszukujemy nie bez trudności właściwe stanowisko autobusów odjeżdżających w stronę Gamboa, miejscowości, która jest wygodną bazą wypadową do parku Soberania. Za przejazd płacimy po kilkadziesiąt centów, przy czym kartę metropolitalną, zgodnie z ze wskazówkami miejscowych, kasujemy tylko przy wejściu. Po drodze towarzyszy nam widok dużych statków i holowników dostojnie sunących po Kanale Panamskim. Podróż trwa około 30 minut. Upewniam się, gdzie najlepiej wysiąść.

Zwiedzanie zaczniemy na krzyżówce za miejscowością Paraiso, tu znajduje się budynek biura parku narodowego. Przyjmuje nas starszy pracownik. Nie chce od nas ani dokumentów tożsamości, ani nie każe kupić biletów wstępu. Wręcza nam tylko foldery informacyjne i życzy miłego dnia.

Tuż obok zaczyna się ścieżka prowadząca w głąb parku. Nasz pierwotny plan zakładał, że dostaniemy się stąd do innej części parku, a mianowicie Canopy Tower. Na razie spacerujemy krętą i wąską ścieżką. Las tropikalny jest gęsty i poruszanie się poza szlakiem wydaje się niemożliwe. Trafiamy na niewielki krzaczek podpisany "Cacao de Monte" (Herrania purpurea). Owoce ma podobne do owoców kakaowca właściwego (Theobroma cacao). Nieco dalej spotykamy wielki okaz paproci z długimi, jasnozielonymi liśćmi tworzącymi gniazdo. To jeden z gatunków Asplenium, czyli zaknocicy, jak myślę – Asplenium serratum. Wokół rozbrzmiewają śpiewy i gwizdy ptaków. Trudno jednak mi je wypatrzeć, jakkolwiek staram się uważnie rozglądać. Jak zawsze mogę liczyć na Renatę, która właśnie ujrzała jakiegoś ptaka drzewa kilkanaście metrów od ścieżki.

– Nie widzę. Gdzie on jest?

– No, tam – na drzewie.

– Ale gdzie na drzewie? – denerwuję się. – Na którym drzewie?

– Zobacz, tam na wprost.

Długo jeszcze trwa, nim zlokalizuję ptaka.

– Popatrz, tam jest drugi!

Faktycznie, po przeciwnej stronie pnia widzę teraz drugiego ptaka.

Mają biało-czarno upierzone głowy z charakterystycznymi czerwonymi czubkami. To dzięcioły pręgogrzbiete (Campephilus gayaquilensis). Zapamiętale walą dziobami w korę drzewa, od czasu do czasu przerywając i nasłuchując odgłosów z pnia. Starając się nie spłoszyć ptaków, zbliżam się maksymalnie blisko. Teraz mogę lepiej się im przyjrzeć. Dzięcioły są po prostu prześliczne.

Ruszamy dalej tylko po to, by po paru metrach znów się zatrzymać. Środkiem ścieżki odbywa się transport towarów. Oto długa kawalkada mrówek maszerujących po wystających z ziemi korzeniach. Każda z nich trzyma pionowo ponad sobą odcięty fragment liścia. Liście są znacznie większe od mrówek i z daleka wygląda to tak, jakby listki same się unosiły i płynęły w powietrzu. Kolumna tych transportowców liczy wiele metrów.

– Pierwszy raz widzę takie widowisko – mówię z przejęciem. – To dla mnie jest niesamowite!

– Widziałam to wcześniej tylko na filmach…

To mrówki grzybiarki z rodzaju Atta, zapewne z gatunku Atta colombica. Odcięte silnymi żuwaczkami liście są transportowane do odległego niekiedy mrowiska. Co ciekawe, nie zjadają tych liści od razu. Świeżo przyniesione fragmenty liści są rozdrabniane i układane w specjalnych komorach, gdzie stanowią pożywkę dla symbiotycznych grzybów z rodzaju Leucoagaricus.

– I tak od milionów lat ta fabryka działa – uśmiecham się w myśli.

Ścieżka, którą się poruszamy, skręca to w prawo, to w lewo, pnie się w górę i w dół przez pagórkowaty teren lasu tropikalnego. Wypatrujemy małp, lecz w przeciwieństwie do parku narodowego Manuel Antonio, tu ich nie dostrzegamy. Słychać tylko ich odległe wrzaski.

Bogactwo gatunków roślin jest przeogromne. Oto potężny okaz Enterolobium schomburgkii szybkorosnącego drzewa z rodziny bobowatych (Fabaceae). Można je spotkać na plantacjach kawy i kakao jako drzewo cieniowe. Występuje często pod potoczną nazwą orelha-de-macaco. To niedaleki krewny Enterolobium cyclocarpum zwanego conocaste lub bardziej swojsko, za sprawą charakterystycznych dużych nasion, drzewem słoniowego lub małpiego ucha. Parę metrów dalej fotografujemy grube jak ramię mężczyzny liany oplatające pnie swych ofiar.

Zachwycamy się każdym czerwonym lub białym kwiatem, w wielkim liściem fikusa lub filodendronu, potężnymi pniami kilkusetletnich drzew. Oto różowy wąsaty kwiat Morisonia cynophallophora znany w Ameryce pod nazwą jamajskiego kaparu. Nie sposób doliczyć się tych wszystkich drzew, palm, krzewów, bylin, mchów i paproci. Później udaje mi się zidentyfikować niewielką paproć, Lindsaea lancea, ale cóż to znaczy wobec tysięcy innych gatunków wokół. Samych gatunków palm w Panamie jest ponad 200. Ta, która stoi najbliżej mnie, to dorastająca do 30 metrów Attalea maripa z wielkimi, nawet 6-metrowymi pierzastymi liśćmi. Należy do gatunków pionierskich, łatwo zasiedlających teren po wycince lub pożarze. Z jej pnia wyrasta gigantyczne, zapewne wielokilogramowe grono owoców – małych brązowych kulek.

Przystajemy na chwilę przed olbrzymim kilkudziesięciometrowym drzewem. Jego pień ma ze dwa metry średnicy. To dziki nerkowiec (Anacardium excelsum) zwany tu espavél. Jego niezwykłe owoce są podobne do owoców nerkowca czy raczej nanercza zachodniego (Anacardium occidentale) i składają się ze zgrubiałej części łodygi zwanej jabłkiem nanerczowym oraz owocu właściwego, którym jest jadalny pestkowiec. A oto inna palma zwana czarną lub lokalnie chunga (Astrocaryum standleyanum). Rośnie w Ameryce Środkowej, głównie w pobliżu Kanału Panamskiego. Można o niej powiedzieć: potrafi się bronić. Gęsto pokrywające jej fałszywy pień kilkunastocentymetrowe kolce stanowią skuteczną ochronę przez zwierzętami. A raczej powinny odstraszać skutecznie, gdyż zauważono, iż kapucynki czarnobiałe (Cebus capucinus) i wiewiórki (Sciurus granatensis) radzą sobie z dostępem do owocostanów, przeskakując między koronami palm. Nagrodą za tę ekwilibrystykę jest późniejsze upojenie alkoholowe: dojrzałe owoce tej palmy zawierają nawet 4,5% etanolu*/.

Nieoczekiwanie coś spada z drzewa obok mnie. To owoc przypominający miniaturową cytrynę. Jest ich tu na ścieżce dużo więcej i po chwili orientuję się, że wszystkie zostały nadgryzione przez jakiegoś zwierzaka lub ptaka żerującego wysoko w koronie drzewa. Co to było? Pozostanie zagadką**/.

Ścieżka zawraca w stronę wyjścia z parku, nie udało się nam odszukać skrótu do Canopy Tower. Nie szkodzi.

Przystajemy przy drodze. Wysoko, ponad nami unosi się stado wielkich ptaków. Chyba setka padlinożerców szybuje, zataczając koła w poszukiwaniu pożywienia. To sępniki czarne (Black Vulture), które już spotkaliśmy na plaży w Manuel Antonio. Sylwetki ich szerokich skrzydeł i krótkich ogonów sprawiają niesamowite wrażenie. Scena jak z filmu Birds, amerykańskiego dreszczowca z 1963 w reżyserii Alfreda Hitchcocka.

Idziemy kawałek asfaltem, potem łapiemy stopa i podjeżdżamy parę kilometrów. Skręcamy teraz w stronę wzgórza, skąd podobno można prowadzić obserwacje ptaków. Nie zatrzymywani przez nikogo mijamy szlaban i mozolnie pniemy się pod górę.

– To chyba ten klimat – odzywam się zziajany i spocony.

– Też się zmęczyłam.

Przecież idziemy po asfalcie i wysiłek na tej wygodnej drodze nie powinien być taki duży. Zatrzymujemy się przy ławce. I znów spostrzegawczość Renaty pozwala na dostrzeżenie kolejnego ptaka cicho siedzącego na gałęzi parę metrów dalej. Jest skryty w cieniu, ale widać, że jest przepięknie ubarwiony. Ma również charakterystyczny ogon zakończony dwoma piórkami.

– Już kiedyś widziałem podobnego ptaka w Meksyku – cieszę się ze spotkania.

To piłodziób szerokodzioby (Electron platyrhynchum). U jego meksykańskiego kuzyna piłodzioba czarnogardłego (Eumomota superciliosa) dominował kolor jasnozielony i pomarańczowy, natomiast upierzenie tutejszego, panamskiego jest szmaragdowe i rude. Brakuje mu również białej opaski na głowie.

Ruszamy dalej, ale po kilkuset metrów mamy dość.

– Nie mam już siły – stwierdza Renata.

– Dobrze, odpuszczamy – przytakuję.

Wracamy na główną drogę. Z mapy wynika, że najbliższy przystanek autobusowy się znajduje się obok biura parku narodowego, skąd wyruszyliśmy.

– Podjedziemy stopem? – tym razem propozycja wychodzi od Renaty.

Wiem, że nie lubi chodzić poboczem wzdłuż szosy. Po 10 minutach machania uznajemy, że łatwo nie będzie. Nieoczekiwanie, spontanicznie zatrzymuje się samochód. Za kierownicą kobieta w średnim wieku w mundurze strażnika parku.

¡Hola! Podrzucę was. Dokąd chcecie jechać?

– Byliśmy tu w parku, teraz wracamy do Panama City, ale wystarczy, że wysadzisz nas na przystanku autobusowym.

Kobieta kiwa głową. Mijamy Paraiso i dojeżdżamy do Ciudad del Saber.

– Tu będzie wam wygodnie łapać autobus. Powodzenia!

– Dzięki, do widzenia!

Pół godziny później jesteśmy już przy lotnisku.

– No i znowu nie było tukanów – wzdycha Renata.

– Mieliśmy iść do tego miejskiego parku, może tam będą?

W przewodniku i na wielu stronach internetowych Parque Natural Metropolitano znajdujący się na terenie miasta jest polecany ze względu na atrakcyjną przyrodę i zwierzęta, które tam żyją. Kilku miejscowych zapytanych o dojazd lub dojście do parku odpowiada, że nie słyszało o nim lub wskazuje absurdalne kierunki. Odnajdujemy ten właściwy i ruszamy na piechotę. Odszukanie i czekanie na autobus, który by nas zawiózł na właściwe miejsce, zajęłoby nam więcej czasu niż nieco ponadkilometrowy spacer.

Pół godziny później jesteśmy przy wejściu do parku i tu zonk! Wstęp jest płatny i to niemało: 8 dolarów.

– No, bez przesady!

Pewnie da się wejść od innej strony, bo przecież park nie wszędzie jest ogrodzony, ale my poprzestajemy na zwiedzeniu jego drugiej części znajdującej się po przeciwnej stronie drogi rozcinającej go na pół.

– Dobrze, że nie płaciliśmy za wstęp – stwierdzamy zgodnie po odbyciu ścieżką półgodzinnego spaceru.

– To zwykły las. Co najwyżej odpowiednie miejsce dla rodzinnego wypoczynku mieszkańców stolicy.

– No, nie wiem. Tu wciąż słychać samochody – zwraca uwagę Renata.

W każdym razie tukanów i zwierząt tu nie widzimy. Na pocieszenie mamy interesujący gatunek owocującego drzewa, stojącego na początku ścieżki. To Pereskia bleo – gatunek sukulenta z rodzaju drzewideł, ponoć należącego do najstarszych rozwojowo i najbardziej prymitywnych gatunków kaktusowatych. Jego żółte owoce przypominają figi.

Wsiadamy do autobusu i podjeżdżamy do naszego hotelu. Tu odświeżamy się, szybka kawa i wychodzimy, kierując się w stronę starówki.

Stare miasto w Panama City, czyli Casco Viejo jest uznawane za jedną z większych atrakcji w Panamie. Jak na razie stolica nie sprawiała wrażenia wiekowego miasta. Pamiętać jednak należy, że Casco Viejo zostało założone przez Hiszpanów w 1673 roku i jest obecnie wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. To miejsce, gdzie można zobaczyć zabytki z czasów kolonialnych, takie jak Katedra, Kościół i Klasztor Franciszkanów, Muzeum Kanału Panamskiego i Teatr Narodowy. To wystarczająca dla nas rekomendacja, by je odwiedzić.

Chociaż panamska starówka liczy 350 lat, to nie jest najstarszym miastem na tych ziemiach. Do 1671 roku istniało tu Panama Viejo, pierwsza hiszpańska osada założona w 1519 roku na pacyficznym wybrzeżu przez Pedro Ariasa Dávilę. Miasto nie przetrwało, zniszczone przez Henry'ego Morgana, z zawodu pirata***/.

Starówka jest oddzielona od Plaza Cinco de Mayo, przy którym znajduje się nasz hotel, kilkoma kwartałami XIX-wiecznej zabudowy. Ta „strefa buforowa” jest zatłoczoną i pełną życia dzielnicą handlowo-usługową, jest jednak znacznie bardziej zaniedbana, a miejscami nawet mało przyjemna.

Przy głównym trakcie handlowym, Av. Central España, spacerują tłumy miejscowych i turystów.

Na mojej mapie Maps.me zaznaczonych jest kilkanaście kościołów i parę innych ważniejszych budynków użyteczności publicznej. To one wytyczają nam kierunek zwiedzania. Na razie skręcamy w boczne uliczki wabieni coraz starszą zabudową. Niektóre z budynków są odremontowane, ale większość w opłakanym stanie. Widać jednak, że nawet w tych mało turystycznych zakątkach trwają intensywne prace remontowe. Obok odrestaurowanych kamienic znajdują się i takie, w którym pozostała jedynie ściana frontowa, a niebo prześwituje przez pozbawione ościeżnic otwory okienne.

Dochodzimy do Plaza de Santa Ana, z niewielkim skwerem z kilkoma wielkimi figowcami. Ich zwisające korzenie powietrzne tworzą wielometrowj długości "włosy". Jak widzę, miejsce spotkań miejscowych staruszków, którzy lubią pogawędzić ze sobą na ławkach w cieniu drzew.

Do placu przyjega kościół, jak łatwo się domyślić, pod wezwaniem św. Anny (Iglesia de Santa Ana). Zaglądamy d ośrodka. Kościół jest skromnie wyposażony, uwagę zwracają dwa rzędy kolumn spęyuch romańskimi łukami. Figury Jezusa Chrystusa i Matki Boskiej są ubrane w tekstylne szaty, co jest typowe dla Ameryki Łacińskiej. Choć trudno się tego domyśleić, historia tego kościołą sięga XVI wieku, kiedy to wybudowano niewielką pustelnię (Ermita de Santa AnaPanama Vieja. Nowa świątynia z XVII wieku została strawiona ogniem 200 lat później, a kościół odbudowany w 1911 roku został uznany za narodowy pomnik historii.

Przy placu znajduje się też kilka innych atrakcyjnie wyglądających budynków, między innymi Teatro Variedades.

Wiele budynków w tej dzielnicy, także tych zniszczonych, może się poszczycić interesującymi detalami architektonicznymi: ozdobnymi gzymsami, balkonami z kamiennymi balaskami, reliefami na tympanonach. Gdzieniegdzie pojawiają się na parapetach doniczki lub kwietniki i w sumie wygląda to dość sympatycznie. Uroku dodają utrzymane w pastelowych (a nawet bardziej intensywnych) barwach fasady. Niestety, jak to zwykle bywa, wiele murów jest "ozdobionych" bohomazami, zwanych zapewne przez twórców graffiti lub nawet sztuką miejską. Ta część starówki jest typowo mieszkalna, prawie pozbawiona sklepów, a przez to i ruch pieszy jest znikomy.

Tak wędrując opustoszałymi ulicami, dochodzimy do zadbanej, narożnej kamienicy. To Casa Chocolate, dwupiętrowy budynek z dwoma rzędami długich balkonów. Turkusowa elewacja pokryta jest graffiti, a donice z kwiatami zawieszone między oknami dopełniają całości. Mieści się tu sklep z czekoladą.

Skracamy bardziej na wschód, mijamy kilka kamienic z drewnianym, kolorowym sidingiem. Uśmiecham się na wspomnienie podobnych, wykończonych deskami domów, które można zobaczyć i na Łotwie, i w Kanadzie.

Ulica, którą idziemy, nieoczekiwanie kończy się nad brzegiem morza, a właściwie Pacyfiku. Nie ma tu jednak plaży, lecz mało przyjemny, błotnisty obszar zalewowy. W tym momencie jest pozbawiony wody wskutek odpływu. Teraz dopiero skręcamy bardziej na wschód i teraz niespodziewanie dochodzimy do najpiękniejszej części starówki rozłożonej w pobliżu Plaza Herrera. Tu, pośrodku niewielkiego skweru, stoi pomnik konny Tomása Herrery, generała i jednego z bohaterów walk o niepodległość w regionie. Nim siądziemy na chwilę na ławce, podchodzi do mnie starszy mężczyzna, zapewne turysta, z prośbą, bym mu zrobił zdjęcie na tle pomnika.

W tej części starówki znajduje się sporo eleganckich hoteli zlokalizowanych w reprezentacyjny budynkach, które można by określić mianem pałaców.

Zaglądamy do kościoła św. Józefa (Iglesia de San José). Tu zaskoczenie: wstęp jest płatny, a opłata za karnet umożliwiający odwiedzenia 8 czy 10 kościołów jest w mojej ocenie wygórowana: 20 dolarów. Być może niektóre z nich są godne poznania, jednak, poza licznymi wyjątkami, nie jestem skłonny do płacenia za wstęp do kościołów. Ten, przy którym właśnie stoimy, ma złocony ołtarz w stylu barokowym. Na wszelki wypadek pytam Renatę, czy ma ochotę zwiedzać kościoły.

– Nie, nie chcę.

Ograniczymy się zatem do podziwiania ich fasad.

Jest piękna pogoda i spacer po Casco Viejo sprawia nam dużo przyjemności. Zaglądamy na brukowany plac Niepodległości (Plaza De La Independencia) z ośmiokątnym pawilonem pośrodku. Potem spędzamy chwilę pod katedrą (Catedral Basílica Metropolitana Santa María La Antigua). Nioestety, wstęp jest biletowany, a my nie jesteśmy przekonani, czy warto wchodzić do środka. W każdym razie kościół liczy sobie ponad 200 lat. Kamienna fasa wybudowana w stylu renesansowym flankowana jest dwiema otynkowanymi na biało wieżami przez co całość stwarza wrażenie niezbyt spójnej struktury.

Przy sąsiadującej ulicy trafiamy na kamienicę z odrestaurownym szyldem "Bazar Frances". Zapewne jakiś przedsiębiorczy Francuz próbował zrobić tu dobry interes...

Powoli wracamy do hotelu. Niedługo zapadnie noc, chcemy odpocząć po całym dniu chodzenia.

W recepcji siedzi rosły Murzyn, zmiennik mężczyzny, z którym wczoraj rozmawialiśmy. Potwierdza, że może zorganizować wycieczkę na San Blas. Wiadomo, że jest tylko pośrednikiem, otwartym pytaniem pozostaje, jak dobrą cenę wynegocjujemy.

– Wiem, że jesteś doskonale zorientowany w cenach różnych firm – podpuszczam go. – Wierzę, że zaoferujesz nam najlepszą cenę.

Zaczyna od 150 dolarów za jednodniowy tour obejmujący pobyt na dwóch wyspach.

– Widzisz, dopiero przyjechaliśmy, mamy dużo czasu na wyjazd na wyspy…

– Tak, tak, oczywiście. 120 dolarów.

– Widzę, że jesteśmy na dobrej drodze, ale wiedz, że zaczęliśmy rozmowy od ciebie. Jeżeli chcesz, abyśmy z tobą pojechali, potrzebuję lepszej oferty.

Proponuję 100 dolarów.

– To niemożliwe – mówi chłopak.

– Spróbuj coś wymyślić.

Chłopak dla niepoznaki gdzieś dzwoni, może do swojego biura, rozmawia po hiszpańsku.

– Impossible.

– Okay. 110 dolarów i jedziemy. To jest dobra cena – mówię twardo, a chłopak się zgadza. Renata płaci Revolutem.

– Jutro kierowca będzie o 5:30, nie zaśpijcie.

– Jasne, Dzięki.

Jesteśmy zadowoleni z załatwienia sprawy. Żegnamy się i kierujemy do windy.

– Ja myślę, że to dobra cena – mówię już w pokoju.

– Też tak uważam. W relacjach z wyjazdów zamieszczonych w internecie podawane ceny były dużo wyższe.

Zjadamy kolację, przygotowujmy pokrojoną papaję na następny dzień. Z myślą, że jutro czeka nas fajna przygoda zasypiamy.

_________________________________________
*/ Po powrocie doszedłem do wniosku, że były to owoce Ficus sp.
**/ Więcej w pracy: Robert Dudley Ethanol, Fruit Ripening, and the Historical Origins of Human Alcoholism in Primate Frugivory http://icb.oxfordjournals.org/cgi/content/full/44/4/315
***/ Zachowane ruiny znajdują się na wybrzeżu około 10 kilometrów na północny wschód od naszego hotelu. Niestety tam nie dotarliśmy.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej