Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16]


San Jose – (BOG)

środa, 18 II 2026


Plan dnia | Dzieci w więzieniu!? | Bardzo ładny teatr | Kobiety i manekiny | Co kraj to obyczaj | Odlatujemy!


– Pogryzły cię? – pytam, widząc, że Renata ogląda swoje nogi.

– Tak. Chyba tak.

– Zagotuję wodę na herbatę i kawę.

Noc nie było najgorsza, ale jak zawsze kiepsko spałem.

– Co dziś robimy?

– No, koniecznie musimy się teraz odprawić, a później przejdziemy się po mieście. Na pewno nie chcesz iść do muzeum?

– Niekoniecznie.

– Dobrze.

– Do której mamy się stąd wyprowadzić?

– Przed 11:00, ale chciałbym zostawić bagaże w recepcji i wrócić tutaj dopiero o 13:00.

– Myślałam, że wrócimy o 11:00 i się przebiorę.

– Przebrać się możesz o 13:00, zanim pójdziemy coś zjeść. Albo jeszcze prościej – na lotnisku.

– No, dobrze.

Zostawiamy plecaki w kantorku i wychodzimy.

Pogoda dziś słoneczna. Chociaż białe obłoki szybko przesuwają się po niebie, temperatura jest jednak na tyle niska (25 °C), że przyjemnie będzie spacerować po mieście.

Nie ma chyba stolicy na świecie, której mieszkańcy nie chcieliby pochwalić się jakimś wysokim budynkiem. Z jakichś powodów wysokościowce symbolizują nowoczesność, trudno się więc dziwić, że i w San Jose trafiamy na kilka wysokich biurowców. Ot, choćby taki czterogwiazdkowy Delta hotel Marriott San Jose Aurolo liczący 20 kondygnacji i oferujący pokoje od 100 dolarów w górę. Mieszkańcy tego niewielkiego kraju mają nawet ambicje postawić z okazji 200-lecia niepodległości (które przypadło w 2021 r.) najwyższy budynek w Ameryce Środkowej Torre del Bicentenario mierzący 294 metrów. Ciekawe, czy się to uda*/?

Na razie wędrujemy wzdłuż głównych ciągów handlowo-rozrywkowych.

– 700 metrów stąd na północ znajduje się trochę miejskiej zieleni z rzeczką oraz kilka muzeów – stwierdzam, patrząc na mapę w smartfonie.

– Chcesz tam iść?

– Tak proponuję.

– Chodźmy.

Już z daleka widzimy położony na wzgórzu kompleks budynków. Główna brama flankowana jest dwiema wieżami z blankami, co zapewne ma nawiązywać do średniowiecznych hiszpańskich zamków. Trochę pretensjonalnie to wygląda, ale w ten ładny słoneczny dzień, można na tę ekstrawagancję przymknąć oko.

– Przejdźmy tu na drugą stronę – mówi Renata i tłumaczy: jakiś gość za nami idzie.

– Zauważyłem go wcześniej…

– Jak zwolniliśmy, on też jest zwolnił. Zaczęliśmy szybciej iść, on też przyspieszył.

Przestajemy na moment. Kostarykańczyk wyprzedza nas i siada na ławce, czekając aż przejdziemy obok niego. Nie wygląda na agresywnego, ale nigdy nic nie wiadomo. Muzeum jest już niedaleko, przekraczamy most na rzece i stajemy przed bramą.

– To Muzeum Dzieci! – mówię z pewnym zdziwieniem. – Ale wejdźmy do środka.

W Museo de los Niños za konturem siedzą dwie nieco znudzone panienki. Na nasz widok podrywają się i zaczynają trajkotać najpierw po hiszpańsku, a potem po angielsku. Zachęcają nas do odwiedzenia muzeum. Ja jednak widzę, że jest tu również galeria narodowa z gratisowym wstępem i do tego chcemy się ograniczyć. Poznawanie malarstwa kostarykańskiego kończy się jednak zanim się zacznie. Przejście do galerii zagradza nam jakiś osiłek w uniformie i mówi, że dzisiaj galeria jest nieczynna ze względu na prywatną imprezę.

– To dziwne, bo personel przed chwileczką powiedział, że możemy wejść do galerii.

Mężczyzna proponuje nam zwiedzanie pozostałej części muzeum – jakiegoś więzienia.

Więzienie w muzeum dla dzieci?! Brzmi to co najmniej dziwacznie. A jednak! Okryte złą sławą więzienie mieściło się w tym budynku od 1909. W 1948 roku z powodu wojny domowej wielu więźniów politycznych trafiło do „La Peni”. W więzieniu, przeznaczonym dla 350 osób, mieściło się ich ponad 1000. Nieludzkie warunki, korupcja, narkotyki, przemoc i przeludnienie panujące w więzieniu sprawiły, że władze Kostaryki postanowiły zamknąć tę „hańbę narodową” w 1979 roku i przenieść osadzonych na inne miejsce.

Dziś w budynku jeden tylko korytarz z celami zachował swój pierwotny charakter. Zaglądamy do różnych cel, w których pozostawiono drewniane piętrowe prycze, na których dziś w różnych pozach przesiadują odtworzone postacie więźniów. Ściany mają wyklejone zdjęciami atrakcyjnych kobiet i podobiznami Chrystusa. Są tu izolatki, pokoje przesłuchań oraz inne, mało przyjemne pomieszczenia. W kilku celach zgromadzono artefakty związane z więźniami, między innymi artykuły pierwszej potrzeby samodzielne niewykonane przez osadzonych.

Później odwiedzamy część muzeum przeznaczoną dla dzieci, tu trochę wielkich plastikowych dinozaurów oraz pokoje do zabaw i edukacji.

Wracamy do centrum, stąd mamy parę kroków do Teatru Narodowego (Teatro Nacional). To jeden z ciekawszych obiektów na terenie stolicy, która generalnie jest niezbyt interesująca. Dwupiętrowy budynek z 1887 roku wybudowano w stylu neoklasycyzmu. Ponad tympanonem ozdobionym płaskorzeźbą z aniołkami ustawiono trzy figury. Uwagę zwracają ozdobione ażurami trzy okna znajdujące się ponad gankiem również z ażurowymi elementami. Na podjeździe przed teatrem znajdują się pomniki Calderóna de la Barca i Ludwika Beethovena, a wewnątrz, jak się za chwilę przekonamy – jest również pomnik Fryderyka Chopina. Wchodzimy do holu.

W foyer ustawiono kilka alabastrowych i marmurowych posągów szczególnie interesujący jest pomnik matki z dzieckiem. Sufit z wielkim kryształowym żyrandolem ozdobiony jest kilkoma malowidłami w pastelowej tonacji. W głębi budynku (na suficie ponad schodami prowadzącymi na widownię) znajduje się również inne malowidło, znane jako „Alegoria kawy i bananów”. To obraz wykonany przez Aleardo Villę – artystę rodem z Mediolanu. To dzieło pojawiło się nawet dawno temu na banknocie o wartości 5 colonów. Ale bardziej znane jest z racji fałszowania historii: plantacja kawy znajduje się na wybrzeżu (a nie jak w rzeczywistości to bywa wśród wzgórz lub gór), a grupa pracowników rolnych zbierających kawę i banany ma rysy wyraźnie europejskie. Tak, jakby artysta nie wiedział, że na plantacjach zapychają czarnoskórzy potomkowie niewolników.

Zaglądamy do ekskluzywnej kawiarni znajdującej się po prawej stronie holu. Kilka osób siedzi tu nad kawą lub ciasteczkiem. Natomiast po lewej stronie holu w dwóch pokojach urządzono sale wystawowe – głównie z planszami przedstawiającymi historię teatru. Uwagę moją zwraca duże lustro w neobarokowej ramie.

Zaglądamy po raz kolejny do parku Morazan. Prócz wspomnianej już Templo de la Musica, znajduje się tu parę interesujących pomników, upamiętniających, m.in. powszechnie znaną postać w całej Ameryce łacińskiej – "wyzwoliciela" Simona Bolivara (Libertador Simon Bolivar) oraz innego, mniej znanego bohatera walk o niepodległość – Bernardo O‘Higginsa Riqueleme. Vis-à-vis, w miniaturowym parku (Jardin de Paz) ustawiono statuę Daniela Odubera Quirosa. Ten z kolei polityk nie musiał już z nikim walczyć, wystarczyła mu kostarykańska prezydentura.

Siadamy na ławce, by chwilę odetchnąć. Słońce przygrzewa, ptaszki świergoczą wśród gęstych koron drzew, kwitną fioletowo jakarandy (Jacaranda mimosifolia). Jest dobrze. Czy będzie nam żal opuszczać Kostarykę? Gdybym zapytał o to Renatę, zapewne odpowiedziałaby zapewne, że już jej wystarczy. A ja w tym momencie bym chyba zawtórował.

Zanim ruszymy dalej, przyglądamy się z zaciekawieniem reprezentacyjnemu budynkowi, który przypomina pałac. O dziwo, mieści się w nim szkoła podstawowa Buenoventura Corrales**/. Po sąsiedzku, w Parque España, kolejne pomniki. Najpierw rzucamy okiem na posąg brodatego mężczyzny w długim płaszczu i krótkich spodenkach. To Juan Vázquez de Coronado, hiszpański konkwistador. Zawsze mnie dziwi stawianie pomników najeźdźców w podbitych krajach***/. W tym przypadku konkwistador był podobno z gatunku „dobrych”. Jego podbój Kostaryki charakteryzował się (za Wikipedią) „poczuciem humanitarnym i zdolnością do negocjowania i tworzenia sojuszy z rdzennymi królami”. Skąd my to znamy? Popiersi bardziej współczesnych polityków, księży i pisarzy jest tu więcej, nie będę zanudzał. Znacznie ciekawsze wydaje mi się stojący w narożniku parku budyneczek z ujęciem wody (Quiosco del Parque España). Zaprojektowany przez architekta José Maríę Barrantesa w 1940 roku, pokryty jest kafelkami i azulejos, które przypominają sceny z historii Kostaryki, takie jak Objawienie Dziewicy Aniołów i obrazy Kościoła Orosí.

Idąc dalej na wschód dochodzimy do sporego kompleksu placówek kulturalnych. Tu znajduje się budynek dawnego teatru (Teatro, 1887), w którym wciąż odbywają się spektakle, jest sala baletowa (Teatro de la Danza), w której akurat parę młodych tancerek ćwiczy fouettés, passés, relevés i pirouettes. Obok, w Anfiteatro Fidel Gamboa, trwa zmiana inscenizacji.

Zmieniamy teraz kierunek spaceru i idziemy w stronę Avenida Central. Przechodzimy przez główny park miejski (Parque Nacional), tu zerkamy na pomnik Jose Sancho i znów jesteśmy w bardziej eleganckiej dzielnicy. Szerokie deptaki, budynki rządowe, teren zadbamy, jest ogólnie czysto (pomijając graffiti).

– Wracamy? – pyta Renata.

– Tak, tu już chyba nic ciekawego nie będzie.

Zatrzymujemy się jeszcze przy Muzeum Narodowym (Museo Nacional de Costa Rica). Rozciąga się stąd fantastyczna panorama na góry otaczające stolicę. Walor tego miejsca docenili miejscowi rzeźbiarze, ustawiając na skwerze sympatyczną rzeźbę skąpo odzianego mężczyzny podziwiającego widoki.

Dalej już prosto zmierzamy do naszego hotelu. No, prawie! Bo oto przy 2 Alei pojawia się nieoczekiwanie paifang – wolnostojąca chińska brama.

– Chinatown tutaj? – dziwię się.

– Chodźmy.

Nie spodziewam się rewelacji i tak jest w istocie. Owszem, jest kilka sklepików z chińszczyzną, parę barów z obowiązkowymi czerwonymi lampionami i to wszystko. Zaglądamy do większego kościoła (Parroquia Nuestra Señora de la Soledad), trwa tu akurat msza. Dziś przecież Środa Popielcowa. Odnotowuję więc tylko dość niezwykłe szafirowe sklepienie podtrzymywane przez dwa rzędy niezwykle smukłych kolumn, a także bardzo ładną, rzeźbioną Drogę Krzyżową.

W okolicy skrzyżowania Calle Central i Avenida 4 znajduje się skromny pomnik Anny Frank (Estatua de Anne Frank), ale dla nas bardziej interesujące są wystawy sklepowe.

– Muszę to sfotografować! – mówi Renata.

– Ale co?

– Popatrz na te manekiny!

Manekiny kobiet ubrane są w modne suknie i komplety, to może zaciekawić designerów, ale istotny jest sam kształt tych manekinów. Wszystkie mają olbrzymie biodra, a proporcję wymiarów można ocenić jako 100-50-140. Wygląda ro naprawdę niezwykle. W Polsce, a zwłaszcza w Europie Zachodniej przyzwyczajeni jesteśmy, że kobiece manekiny są szczupłe, z wąską talią, dziewczęcymi biodrami i średnimi piersiami****/. Z pewnością tu by się nie spodobały! No cóż. Kostarykańska rzeczywistość wymusza na dostawcach odzieży odpowiednie rozmiary, a moda i media utrwalają akceptowalny wygląd kobiecego ciała.

Ostatnim punktem spaceru jest Iglesia Nuestra Señora de la Merced, neogotycki kościół z 1894 roku. Zdecydowanie wyróżnia się na tle innych świątyń katolickich, które tu widzieliśmy. Nawy boczne oddzielone są od głównej drewnianymi słupami ozdobionymi kolorowymi wzorami geometrycznymi. Kolumn jest kilkadziesiąt, co wraz z różnokolorowymi kafelkami na ścianach i brązowym suficie z mahoniu daje niezwykły, choć nieco odpustowy, efekt. Drewniane ławy pełne są wiernych, wkrótce zacznie się msza.

Wracamy do hotelu koło 13:00, przebieramy się i idziemy do upatrzonej wczoraj knajpki, by zjeść ostatni ciepły posiłek przed powrotem do Polski. Podczas obiadu w narożnym barze wysłuchujemy recitalu w wykonaniu chłopaczka zarabiającego życie śpiewaniem. Z przewieszonym na szyi bezprzewodowym głośnikiem śpiewa miejscowe piosenki.

Wczoraj zlokalizowaliśmy nieco ukryty dworzec z autobusami jadącymi do Alejuela. Wymagało przepytania na tę okoliczność chyba z tuzina miejscowych. Dziś już bez problemu trafiamy na właściwe miejsce.

– Ile mamy jeszcze pieniędzy? – pyta Renata.

Odkładam pieniądze na autobus i oddaję ostatnie banknoty – 2000 colonów. Po chwili Renata wraca z lodami.

– Spróbuj! – proponuje.

Przejazd na lotnisko odbyła się bezproblemowo, wygląda na to, że niespodzianek już nie będzie. W hali odlotów spotykam kilka razy pasażerów z wysmarowanym czołem czymś czarnym.

– Nie wiesz, co to jest?! – Renata się śmieje.

No tak! Ale cielę jestem! Przecież dziś, w Środę Popielcową (Miércoles de Ceniza) posypuje się głowę popiołem. A tu, w Ameryce – kreśli znak krzyża na czole*****/.

– No, właśnie dziwiłem się...

– Ja już zauważyłam w kościele, jak ksiądz robił znak krzyża ludziom.

Czuję się zawstydzony.

Lot do Londynu potrwa ponad 10 godzin, to przecież 8500 kilometrów. Loty przez Atlantyk nie są oczywiście najdłuższymi trasami. Obecnie najdłuższy lot non stop odbywa się na trasie z Singapuru do Nowego Jorku i oznacza ponad 18 godzin w powietrzu. Tak długa podróż z pewnością napawa wiele osób lękiem i wątpliwościami, czy wytrzymają tyle czasu, siedząc w fotelu. Znam takich, którzy rezygnują z podróży na Kanary, bo ich zdaniem zbyt długo się tam leci. Gdyby mi jednak ktoś zaproponował wspomniany lot do Nowego Jorku lub inny: z Londynu do Perth (17:30 h) lub z Dohy do Auckland (15:10 h) – pewno bym skorzystał. Do tej pory moja najdłuższa trasa liczyła 9566 km (Bangkok-Auckland).

Pierwszy odcinek – do Bogoty – jest mało ciekawy. Ale nie brakuje mi emocji związanych z nieudanym podejściem w San Jose, które miało miejsce na początku trampingu. Kilka godzin w stolicy Kolumbii spędzamy, nudząc się w hali odlotów. Humor mam zepsuty, gdyż podczas kontroli paszportowej wysunięta z etui komórka spada na podłogę, a jej szybka pokrywa się pajęczyną pęknięć. Jestem zły, bo to kolejna komórka, która ulega uszkodzeniu w ostatnich latach.

Do Londynu odlatujemy o 23:25.

__________________________
/* Podobną inwestycję planował kiedyś Meksyk na 200-lecie niepodległości, ale szybko zaniechał budowy 300-metrowej wieży.
**/ Niejednokrotnie spotykałem się z sytuacją, że szkoła lub wydziały uniwersyteckie mieszczą się w zabytkowych budowlach. Myślę, że nauka w szkołach w długimi tradycjami, zobowiązuje i wpływa na życie absolwentów. Sam kończyłem jedno z najstarszych krakowskich liceów.
***/ A w każdym razie pozostawianie pomników najeźdźców, obcych władców i dyktatorów. Mam na myśli, przykładowo pomniki cesarza Franciszka Józefa w Czechach, królowej Wiktorii w Indiach itp.
****/ More, czołowy polski producent manekinów, dostarcza panie w wymiarach 80-62-87 lub 82-58-89. Faktem jest, że ma również linię Plus size.
*****/ Europa zachowała starszy zwyczaj posypywania głowy na znak pokory i przemijania. Natomiast obie Ameryki rozwinęły bardziej „czytelny” symbol krzyża na czole, co ma wymiar „publicznego świadectwa wiary”.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej