Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16]


San Jose – Manuel Antonio

sobota, 7 II 2026


W poszukiwaniu pieniędzy | Pierwsze kroki w stolicy | W drodze nad Pacyfik | Wieczorny spacer po Manuel Antonio


Chociaż miasteczko Alajuela może sprawiać wrażenie kameralnego, a nasza uliczka – spokojnej, to nad ranem ruch samochodowy jest już odczuwalny. Przebudzamy się dość wcześnie, mimo krótkiej nocy. Czas zresztą opuścić to miejsce i ruszać jak najszybciej do Manuel Antonio.

Od gospodarza obiektu, który akurat krząta się w kuchni urządzonej w ogrodzie, biorę wrzątek. Teraz dopiero widzę bujną, kostarykańską przyrodę. W ogrodzie pełno jest kwiatów i kwitnących drzew, słychać świergot niewielkich ptaków.

Zjadamy śniadanie z naszych zapasów wziętych na drogę i idziemy do miasta. Priorytetem jest zdobycia lokalnej waluty – colonów. Jest sobotni ranek, więc kantory jeszcze zamknięte. Odszukujemy bankomat w pobliżu nieczynnego dziś banku. Renata próbuje wypłacić 200 000 colonów, nie udaje się, potem ja, używając karty Visa. Bankomat jest jednak obrażony, nie chce przyjąć naszych kart. Nie to nie. Parę ulic dalej znajduje się kantor i tu wymieniamy gotówkę (1 USD = 478 CRC). Dopiero teraz uświadamiam sobie, że z bankomatu usiłowaliśmy wybrać zbyt dużą ilość gotówki (ok. 400 dolarów), przekraczając limity bankomatu lub karty.

Bogatsi o plik banknotów idziemy w stronę dworca autobusowego. Po drodze wstępujemy do kościoła pod wezwaniem Matki Bożej Kolumnowej (Catedral de Nuestra Señora del Pilar). Chociaż to najważniejszy kościół w mieście, nie prezentuje się z zewnątrz imponująco. Zbudowany na planie krzyża łacińskiego (1921) kościół jest trójnawowy i ma imponującą czerwoną kopułę nad transeptem. Jest starsza od samego kościoła i ponoć największa w Ameryce Środkowej. Wewnątrz uwagę zwracają barwne malowidła sufitowe. Zresztą sama konstrukcja sklepienia jest również interesująca. W kościele trwają przygotowania do jakiejś uroczystości rodzinnej, ślubu, albo chrztu. Członkowie rodziny witają się, obściskują. Wycofujemy się, nie chcąc im przeszkadzać i zwracać sobą uwagi.

Park, sąsiadujący z kościołem, zwany jest Centralnym, lecz nosi oficjalną nazwę Parque General Tomás Guardia na cześć kostarykańskiego generała. Jak wyglądał ten XIX-wieczny dyktator – można się przekonać na miejscu: Kostarykańczycy upamiętnili go pomnikiem.

Pomocni mieszkańcy Alajuela wskazują nam kierunek do dworca. Autobusy do stolicy odjeżdżają co parę minut. Gdy jeden wypełniony pasażerami rusza, na stanowisko podjeżdża kolejny. Za bilety płacimy u kierowcy po 600 colonów.

Droga do stolicy zajmuje nam może 40 minut. Uważnie obserwuję nasze położenie na GPS. Tak, jak wyjaśniał nam wcześniej mieszkaniec Alajuela, terminal znajduje się w pobliżu Kościoła Matki Bożej Miłosierdzia (Iglesia Nuestra Señora de la Merced). Stąd mamy może 10 minut drogi do ścisłego centrum miasta.

– Spróbujemy kupić kartę SIM? – pyta Renata, widząc sklep Claro.

– Jasne.

Sklepów i kiosków z napisem Claro – zdaje się głównego operatora tutejszych sieci komórkowych – jest mnóstwo, także na przy głównym deptaku handlowym Avenida Central.

– Najlepiej będzie, jak wstąpimy do dużego salonu Claro (Agencia Claro Paso de La Vaca).

Klientów wewnątrz jest sporo, ale też kolejka dość szybko się posuwa.

– 20 dolarów za dwa tygodnie. 10 gigabajtów – mówi, zapytana o ofertę kart SIM, panienka za kontuarem.

Hm. My potrzebujemy tylko na parę dni.

– A coś innego?

– Na tydzień po 10 dolarów.

Odpuszczamy. Teraz, w drodze do Panamy, spędzimy tylko jeden lub dwa dni, więc żadna z opcji Claro nam nie pasuje. – Będziemy w Panamie przez tydzień, to kupimy panamską kartę.

W drodze na dworzec autobusowy (Bus Terminal - Tracopa Ltda) mijamy centralny plac (Parque Central de San José) z tak zwanym kioskiem (Kiosco). To charakterystyczna ażurowa konstrukcja pośrodku dużego skweru z ławkami i równo przystrzyżonymi żywopłotami. "Nasz" dworzec autobusowy znajduje się w odległości kilometra. Po drodze kupujemy wielką kiść bananów za 900 colonów.

Najbliższy autobus do Manuel Antonio odjeżdża o godzinie 12:00, a bilety kosztują nas po 5480 CRC.

Opuszczamy San Jose. Niewiele zobaczyliśmy w nim, ale przecież jeszcze tu wrócimy na koniec trampingu i wówczas lepiej poznamy stolicę Kostaryki. Chociaż do Manuel Antonio w linii prostej jest zaledwie 58 kilometrów, to nasza podróż potrwa ponad pięć godzin. San Jose leży bowiem w Valle Central – szerokiej kotlinie, a od pacyficznego wybrzeża oddziela je Cordillera de Talamanca – pasmo górskie wznoszące się do wysokości prawie 4000 m n.p.m. (najwyższy szczyt Kostaryki, Cerro Chirripó, liczy sobie 3821 m n.p.m.*/). Najwygodniejsza, aczkolwiek dłuższa droga (nr 27) prowadzi przez Orotinę i Jaco, alternatywą jest górska droga (nr 301) przez Acostę. Autobusy dalekobieżne wybierają tę pierwszą trasę, tego się zresztą spodziewaliśmy wcześniej.

Jest piękny słoneczny dzień, chmury wiszą tylko nad odległymi górami. Wokół bujna tropikalna przyroda. Miłymi dla oka akcentami w tym krajobrazie są pomarańczowo kwitnące drzewa porós (Erythrina poeppigiana)**/. Teraz, podczas pory suchej trwającej tu od grudnia do kwietnia, erytrinie zrzucają liście i kwitnące drzewa wyglądają wyjątkowo.

Po dwóch godzinach zatrzymujemy się przy kompleksie gastronomicznym. Czas na obiad. Takie przystanki mogą dziwić Europejczyka, który, podróżując autobusem dalekobieżnym, może liczyć tylko na kilkuminutowe przerwy na rozprostowanie kości podczas wielogodzinnej podróży. Przerwy obiadowe są natomiast standardem zarówno w Chinach, Kazachstanie, jak i w Etiopii, a także tutaj, w Ameryce Środkowej.

Tu, gdzie się zatrzymaliśmy, prócz baru szybkiej obsługi dostępne są stoiska z owocami i słodyczami. Dania obiadowe są komponowane ze składników umieszczonych w podgrzewanych brytfannach, a naszym zadaniem jest jedynie wskazanie palcem, co chcemy. Ryż z warzywami, kawałek kurczaka i warzywa staną się dla nas standardowym posiłkiem podczas takich przerw w podróży.

Ruszamy w dalszą drogę. Za oknem towarzyszą nam bananowce, kępy imbirowców, akacje z rozłożystymi koronami. Oraz dziesiątki gatunków innych drzew, których, rzecz jasna, jadąc autobusem, nie jestem w stanie rozpoznać.

Nieco zwalniając, przyjeżdżamy przez most na rzece Tarcoles. To dość sławne miejsce reklamowane na planszach przy drodze. Rzeka znana jest z obecności licznych krokodyli, a spragnieni widoku turyści zatrzymują się na moście (Crocodile Bridge, Puente Tarcoles), wypatrując wygrzewających się na kamienistym brzegu gadów. Dziś jednak, chociaż bacznie się przyglądam, żadnego nie dostrzegam.

W końcu, po trzech godzinach jazdy, pojawia się niezmierzony przestwór Pacyfiku. Jedziemy teraz wzdłuż wybrzeża w odległości czasem 50 metrów, czasem paru kilometrów od piaszczystych plaż.

Dojeżdżamy do Quepos. To główne miasto w tym regionie i początkowo tu zarezerwowałem nocleg, ale gdy zorientowałem się, że autobusy dojeżdżają do Manuel Antonio, zamówiłem tam nocleg za pośrednictwem Airbnb. To lepsza opcja, stamtąd będziemy mieć bliżej do parku narodowego.

Na miejscu jesteśmy o 17:00, pozostaje tylko odszukać nasz nocleg, co – jak się okazuje – nie jest łatwe ze względu na kiepskie oznakowanie obiektu. Znajduje się w nim kilka domków letniskowych wyposażonych w sypialnię, kuchnię oraz łazienkę i balkon. Przez chwilę rozmawiamy z właścicielem obiektu, który, notabene podnajmuje obiekt naszemu hostowi.

– Chciałabym zobaczyć tutejsze plaże. Chodźmy od razu – proponuje Renata.

– Dobrze.

Wyłączam czajnik elektryczny, w którym gotowałem wodę na kawę.

– Za niedługo będzie zachód słońca, ściemni się i niewiele zobaczymy – dodaje Renata.

Oczywiście ma rację. Krętą drogą ruszamy w stronę najbliższej plaży – Playa Tulemar. GPS wyznacza nam drogę przez jakiś bardziej luksusowy ośrodek wypoczynkowy. Strażnik przy bramie podrywa się na nasz widok, pewno coś chce od nas, ale go ignorujemy. Szutrowa droga prowadzi nas stromo w dół i już teraz czuję, jak ciężko będzie tędy wracać. Dla rozrywki gości hotelowych zbudowano tu, nad parowem, mostek linowy, co oczywiście zachęca nas do skorzystania z tej małej atrakcji.

– Zrób mi zdjęcia – dopomina się Renata.

Plaża, która znajduje się kilkaset metrów dalej, jest niewielka, z szarym piaskiem i wielkimi głazami po obu stronach. Kilku turystów zajmuje leżaki, ale wygląda na to, że w obliczu zapadającego już wieczoru zamierza kończyć plażowanie. Wracamy i my.

– Trzeba zrobić jakieś zakupy, poza tym jutro niedziela i nie wiadomo, czy sklepy tu będą otwarte – przypominam sobie.

Jak to bywa w tego typu miejscowościach turystycznych, więcej tu restauracji niż sklepów spożywczych i warzywniaków. Wstępujemy do większego marketu i tu przeżywamy lekki szok. Chleb kosztuje około 3000 colonów, czyli ponad sześć dolarów, litrowa woda – 1000 colonów (2 USD). Owoce są w bardziej przystępnych cenach, aczkolwiek i tak wyższych od polskich. Wciąż nie mogę się nadziwić, że w tych krajach tropikalnych owoce są tak drogie. Do naszego "apartamentu" wracamy już po zmroku. Kolacja, prysznic i do spania.
____________________________________
*/ W słoneczny dzień ze szczytu góry widać ponoć obydwa wybrzeża: karaibskie i pacyficzne.
**/ Do rodzaju Erytrina (koralodrzewa) należy około stu tropikalnych i subtropikalnych gatunków drzew oraz krzewów. Nazwę, pochodzącą od greckiego erythros („czerwony”), zawdzięczają intensywnie czerwonym lub pomarańczowym kwiatom.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej