Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16]


David – Panama City

poniedziałek, 9 II 2026


Dziś dzień transportowy | Autostrada Panamerykańska | Metrem do hotelu | Spacer po mieście | Un dólar


Dziś będzie dzień typowo transportowy. Musimy dojechać do stolicy Panamy, która znajduje się w odległości 450 km od David. Chociaż będziemy poruszać się po głównej amerykańskiej arterii – Panamerican Highway – ciągnącej się od Alaski do Ziemi Ognistej (z przerwą na przesmyk Darien), to podróż zajmie nam czas do wieczora. Takie dni spędzone w autobusie lub pociągu wcale nie są rzadkością podczas moich trampingów. Są nieuniknione w państwach o dużej powierzchni. Z reguły staram się przejechać kraj "od końca do końca". W przypadku Kostaryki i Panamy – w krajach o dużej rozciągłości równoleżnikowej – i tak musimy się zasadniczo ograniczyć do regionu leżącego pomiędzy stolicami. W 2014 roku odwiedziłem zachodnią część Kostaryki, jadąc z Nikaragui do San Jose. Jeśli zaś chodzi o Panamę, to niestety będziemy musieli odpuścić sobie najbardziej na wschód wyciągnięty prowincję Darien. Każdy zresztą powie, że wizyta w Darien to nie to samo, co przekroczenie Darien Gap.

Tak więc czeka nas dziś, jeśli nie nudny, to monotonny dzień. Chociaż... nigdy nic nie wiadomo. Jadąc z Ałmat do Żarkentu poznałem przecież fajnego Ujgura, z którym fantastycznie spędziłem czas.

Opuszczamy "koci" przybytek. W drodze na dworzec możemy w końcu przyjrzeć się mało ciekawej okolicy. Mieszkańcy przedmieść David mieszkają skromnie, ich domostwa raczej nie wskazują na wysoki status materialny.

– Przynajmniej mają tu zielono – podsumowuje te widoki Renata, patrząc na tropikalną roślinność w ogrodach.

Zaglądamy jeszcze na targ, tu kupujemy banany, płacąc amerykańskimi dolarami. W Panamie sytuacja walutowa jest dość wyjątkowa — kraj ma dwie oficjalne waluty: dolara amerykańskiego (USD) i balboę (PAB). Powód jest oczywisty i sięga początków XX wieku i budowy Kanału Panamskiego. Po uzyskaniu niepodległości od Kolumbii w 1903 r. Panama bardzo silnie związała się gospodarczo ze Stanami Zjednoczonymi. USA finansowały i budowały kanał, a ich wpływy gospodarcze były ogromne. W efekcie Panama przyjęła dolar jako główny środek płatniczy, żeby ustabilizować gospodarkę i ułatwić handel. Co ciekawe: Panama nie ma własnego banku centralnego, więc nie prowadzi klasycznej polityki monetarnej. Balboa (wprowadzona w 1904 roku) ma sztywny kurs 1:1 w stosunku do dolara amerykańskiego. W praktyce w obiegu są monety panamskie (balboa), a banknoty – to wyłącznie dolary amerykańskie*/.

Kursów do Panama City jest dużo, autobusy jeżdżą co najmniej raz na godzinę. Kupuję bilety w kasie, płacąc po 15,25 USD za osobę.

Ruszamy o 8:30. Jedziemy przez nadmorskie równiny, mając po lewej, północnej stronie odległe szczyty Kordylierów. Krajobrazy są dość monotonne: wioski, lasy, pola. Oglądają je codziennie kierowcy samochodów osobowych i wielkie TIR-y. Oglądają je tak od kilkudziesięciu lat. 29 lipca 1937 roku, pod koniec Wielkiego Kryzysu, Kanada i Stany Zjednoczone oraz szereg krajów Ameryki Łacińskiej: Argentyna, Boliwia, Chile, Kolumbia, Kostaryka, Salwador, Gwatemala, Honduras, Meksyk, Nikaragua, Panama oraz Peru, podpisały Konwencję o Panamerykańskiej Autostradzie, zgodnie z którą postanowiono – nie szczędząc pieniędzy – wybudować trasy łączącej te kraje. Kilkanaście lat później, w 1950 roku, Meksyk wywiązał się z tych ustaleń zobowiązań i zakończył budowę swojego odcinka. Później dołączyły inne państwa. Oczywiście największy interes na budowie autostrady zrobiły amerykańskie firmy.

Pan-American Highway, sieć dróg ciągnących się od najbardziej wysuniętej na północ części Alaski do południowego krańca Argentyny, stanowi jeden z najbardziej ambitnych i monumentalnych projektów infrastrukturalnych w historii. Ta rozległa droga, obejmująca ponad 19.000 mil, łączy różne regiony, kultury i ekosystemy, co czyni ją trwałym symbolem jedności i współpracy w obu Amerykach. Dziś Pan-American Highway stanowi sieć połączonych ze sobą tras rozpoczynających się w Prudhoe Bay na Alasce, przecina cały kontynent, lecz zanim dotrze do Ushuaia na południowych koniuszku Argentyny, nieoczekiwanie urywa się przy Darién Gap – na przesmyku łączącym Panamę i Kolumbię. Ten 100-kilometrowy odcinek wciąż pozostaje nieprzejezdny przez konwencjonalne pojazdy, symbolizując konflikt interesów rządów i społeczeństw.

Bez dwóch zdań Pan-American Highway odegrała i wciąż odgrywa wielką rolę w życiu obu Ameryk. Ułatwia handel, stymulując wzrost gospodarczy i rozwój, także turystykę i wymianę kulturalną. Ale też ekspansję interesów amerykańskich oraz amerykańskiej kultury.

Powiedzmy sobie jednak szczerze: głównym beneficjentem stały się kraje już rozwinięte, czyli Stany Zjednoczone i Kanada, a w wielu regionach Ameryki Łacińskiej korzyści były ograniczone tylko do okolic trasy. W praktyce budowa zwiększyła istniejące nierówności zamiast je wyrównać. Pan-American Highway stała się przez to narzędziem nowoczesnej, post-kolonialnej eksploatacji krajów. Dla zrównoważenia tej gorzkiej prawdy dopowiedzieć należy, że autostrada zainspirowała również niezliczoną liczbę podróżników i poszukiwaczy przygód, stając się symbolem ducha eksploracji i odkrywania.

Jedziemy. Godziny mijają powoli. Urozmaiceniem w krajobrazie stają się elektrownie wiatrowe. Na ogół taka „zielona energia” nie kojarzy się z krajami rozwijającymi się. A jednak, gdy widzę elektrownie wiatrowe w takich krajach jak Kirgistan czy Etiopia to zawsze się cieszę z postępu technologicznego i gospodarczego kraju. Mniej więcej w połowie drogi – w Santiago de Veraguas – zatrzymujemy się na obiad. Co do samego miasta – niewiele ciekawego oferuje turystom poza wybudowaną w 1908 roku katedrą (Catedral Santiago Apóstol).

Pozostało nam jeszcze ponad 260 kilometrów. I znów wioski, osiedla, pola uprawne… Czasem mignie odległy Ocean Spokojny.

Zbliżamy się do stolicy. Cały czas zastanawiam się, którędy wjedziemy do miasta: południową czy północną obwodnicą. Nam pasowałaby ta południowa, gdyż prowadziłaby obok starego miasta, gdzie w pobliżu mamy zarezerwowany hotel. Autobus kieruje się jednak na północ.

– Za chwilę będziemy przejeżdżać przez Kanał Panamski – mówię do Renaty i przygotowuję aparat fotograficzny.

Po chwili wjeżdżamy na ponadkilometrowy Most Stulecia (Puente Centenario). Zbudowany został w 2004 roku z okazji okrągłej rocznicy powstania Panamy (1903) i jest drugim po Moście Ameryk (Puente de las Américas, 1966) stałym połączeniem nad kanałem**/. Z mostu roztacza się panorama na jeden z dwóch najsłynniejszych kanałów na świecie. Wznosi się na 80 metrów ponad wodą, umożliwiając przepływanie dowolnie wysokich statków.

Dalsza droga prowadzi do miasta prowadzi wzdłuż kanału, odsłaniając widok na powoli płynące statki. Bardzo się cieszę, że tu dotarłem. Chociaż, powiedzmy sobie szczerze, widok kanału nie jest spektakularny, to świadomość, że się jest w jednym z bardziej znanych miejsc na świecie, jest dla mnie bardzo przyjemna. Aczkolwiek miejsca mniej znane, z dala od typowych miejsc turystycznych są dla mnie równie nęcące, to jednak mam silną chęć dotarcia do miejsc powszechnie znanych, o których każdy słyszał, ale nie każdy był. Zajeżdżamy na dworzec autobusowy w pobliżu głównego lotniska w Panama City. Jak przystało na niemal milionowe miasto i on jest duży.

– Musimy się zorientować, jak dojechać do hotelu – mówię, przystając pośrodku wielkiego holu.

– Tu jest metro, musimy kupić kartę – podpowiada Renata.

Miejscowi to potwierdzają, a nawet kierują do odpowiedniego okienka. Starszy dwujęzyczny pan oferuje nam pomoc w zakupie, z czego skwapliwie korzystamy. Karta kosztuje 3 dolary i zostaje załadowana dwoma dolarami.

– I wystarczy jedna karta na dwie osoby? – upewniam się.

– Tak. Będziecie dwa razy odbijać – mężczyzna się uśmiecha.

¡Muchas gracias!

W drodze na stację metro rozmawiamy z młodą dziewczyną w uniformie stewardessy. Tłumaczy nam, jak dojechać do hotelu. Wysiadamy na Estación 5 de Mayo.

– Nie powinniście iść dalej pieszo. Weźcie autobus albo taksówkę – ostrzega nas Panamka.

Dziwne. Przecież to nie Rio de Janeiro.

– Dzięki. Poradzimy sobie – uprzejmie odpowiadam i zwracam się do Renaty:

– To tylko 200 metrów.

Nasz ośmiopiętrowy hotel mieści się przy Plaza Cinco de Mayo. Dostajemy pokój na szóstym piętrze. Jest olbrzymi, półokrągły z panoramą na trzy strony miasta. Renata włącza klimatyzację, ja odsłaniam zasłony. Widok jest wspaniały, widać zarówno Downtown, jak i Pacyfik.

– Chyba tym razem będziesz zadowolona z pokoju?

– Jeszcze sprawdzę łazienkę – Renata ostudza mój entuzjazm.

Pół godziny później wychodzimy na pierwszy spacer. Kierujemy się na nabrzeże. Ulica, którą idziemy to Av. Central España, główny trakt handlowy w tej części miasta. Sporo tu ludzi, jest przecież wczesne popołudnie, a do zachodu słońca zostały dwie godziny. Miasto tętni życiem. W kilku miejscach spotykamy gitarzystów lub innych artystów zarabiających graniem, śpiewaniem lub malowaniem na życie. Widać również żebraków, bezdomnych i innych podejrzanych typków. Stoiska rozstawione pośrodku deptaku pełne są nieinteresujących nas rzeczy, zresztą chcemy jak najszybciej dojść nad Pacyfik. Odnotowuję duży odsetek otyłych kobiet na ulicy. Ich sylwetki, raczej niespotykane w Polsce, podkreślane są obcisłymi spodniami z elastycznego materiału, a gigantyczne biusty ledwo wciskają się w koronkowe biustonosze.

– To przez to tłuste jedzenie – komentuje Renata bardzo dbająca o jakość jedzenia.

W pewnym momencie wzrok mój przyciągają dwie kobiety. Ubrane są wyjątkowo barwnie: kwieciste spódnice i bluzki, na głowie wzorzyste, czerwono-żółte chusty. Uwagę moją jednak zwracają oplecione wieloma koralikami łydki i przedramiona. W tym momencie jeszcze nie wiem, że to typowy strój ludowy kobiet z plemienia Kuna. Przechodzimy pod mało przyjemnymi estakadami i już jesteśmy przy Mirador del Pacífico – punkcie widokowym, z którego rozpościera się widok na miasto i ocean.

Widok, jaki rozciąga się z bulwaru, jest jeszcze wspanialszy niż z naszego hotelowego okna na 6 piętrze. Po drugiej stronie niewielkiej zatoki – Bahía de Panamá – wznosi się betonowo-szklana ściana kilkudziesięciu drapaczy chmur. Podobne zachwyty towarzyszyły mi podczas wizyty w Dosze, gdy stałem na Corniche. I mam nadzieję, że jeszcze kiedyś ujrzę panoramę Nowego Jorku lub Szanghaju…

Na wprost nas znajduje się grupa kilku wysokościowców, wśród których wyróżnia się 68-kondygnacyjny Rivage Tower Panama. Wznosi się na bagatela! 233 metry. Po prawej i po lewej stronie stoją nieco niższe, ale wciąż niewiarygodnie wysokie apartamentowce.

Nieco dalej na prawo, w Punta Paitilla – cyplu wychodzącym w morze, rozsiadło się osiedle mieszkaniowe. Bahia Mar, Villa Marina, Punta Roca i Perla del Pacifico to tylko niektóre z budynków tam się znajdujących. Dodajmy: każdy z nich liczy po kilkadziesiąt pięter! I w każdym można znaleźć jakieś locum dla siebie. Ot, choćby taka 70-piętrowa (242 m) Perła Pacyfiku oferuje 130-metrowe apartamenty po 6000 USD za miesiąc. Nie muszę dodawać, że w każdym z tych budynków znajdują się hotele, bary, restauracje, baseny i inne atrakcje.

Jeszcze dalej (w Punta Pacifico), częściowo zasłonięty przez inne budynki stoi niezwykły budynek JW Marriott Panama. Ma nie tylko 70 pięter, ale jest najwyższym budynkiem w Ameryce Środkowej (284 m). Zbudowany 22 lata temu za 400 milionów dolarów ma charakterystyczną zaokrągloną sylwetkę z gigantyczną U-kształtną wnęką.

Natomiast po naszej prawej widać fragment obwodnicy (Cinta Costera 3) poprowadzonej estakadą ponad wodami Pacyfiku. Została zbudowana w 2014 roku w celu odciążenia wzmożonego ruchu samochodowego w starym mieście.

Przyjemność delektowania się tymi widokami zakłócają nam szwendający się po bulwarze pojedynczo lub w grupach młodzi mężczyźni i wyrostki. Nie wyglądają na agresywnych, jest jasno (17:30), do zachodu słońca jeszcze trochę zostało, ale licho nie śpi.

– Pilnuj rzeczy! – zwracam się do Renaty i ustawiam się po tej stronie, gdzie trzyma saszetkę.

Powoli wracamy do hotelu, pamiętając, że trzeba zrobić zakupy. I znów korzystam z aplikacji Maps.me, która pokazuje lokalizację marketów. Jeden z nich położony jest w pobliżu, pytamy lokalsów, jak dojść do supermercado. Pokazują nam drogę prowadzącą na podwórko sklepu. Tu, na zapleczu oświetlonym nagą żarówką, siedzi grupka podejrzanych typków, którzy na nasz widok ożywiają się i wołają coś po hiszpańsku. Wycofujemy się. Wejście do marketu – jak się okazuje po chwili – jest od strony ulicy.

– Czy rozumiesz, dlaczego tamci miejscowi tak nas pokierowali? – pytam retorycznie Renatę. – Bo ja nie wiem.

W supermercado jest ciemno, widocznie oszczędzają światło. Jesteśmy chyba jedynymi klientami o tej porze. Brakuje tu nie tylko oświetlenia, ale i cen na towarach. Bierzemy półtoralitrową wodę, pytając przy kasie, ile kosztuje.

– Un dólar.

Biorę jeszcze dla siebie dwulitrową colę.

– Ile za colę?

– Un dólar.

Dobrze, jeszcze weźmiemy jajka, są tu pakowane do woreczków po 7 sztuk.

– Po ile?

– Un dólar.

Nie mogę się powstrzymać przed parsknięciem śmiechem.

Wstępujemy później do sklepu z komórkami, by kupić kartę SIM. Na podobny pomysł wpadła trójka Niemców z Zagłębia Ruhry. Zamieniamy parę słów.

– Byliście na San Blas? – pytam na wypadek, gdyby mieli namiary organizatora z korzystnymi cenami.

– Nie. A gdzie to jest?

– Na Wybrzeżu Karaibskim, nieco dalej na wschód…

– Podobno tam jest ładnie – odzywa się drugi – Ale jutro lecimy na Bocas del Toro.

– Indywidualnie?

– Nie. Mamy zorganizowany tour.

– Powodzenia. Cześć! – żegnamy się.

Nasza karta SIM kosztuje 9 $ i ma zdaje się 8 GB internetu jest niby na 10 dni.

Długi dzień się kończy. Przed zaśnięciem staję jeszcze przed oknem i długo wpatruję się w niesamowity miejski krajobraz z tysiącami pulsujących świateł.

___________________________________
*/ Amerykańskich dolarów poza USA i terytoriami zależnymi (Portoryko, Guam, Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych) używa się oficjalnie również: w Salwadorze (o czym miałem okazję się przekonać w 2014 r.), w Timorze Wschodnim, w Mikronezji, na Wyspach Marshalla i Palau oraz – co jest dla mnie dużym zaskoczeniem – w Ekwadorze (od 2000 r.), .
**/ Granica między Amerykami to linia biegnąca od Zatoki San Miguel (Pacyfik), dalej wzdłuż rzeki Tuira, następnie grzbiet Serranía del Darién do delty rzeki Atrato na południowym krańcu Golfo de Urabá (Morze Karaibskie). Konsekwencją jest to, że Kolumbia leży na dwóch kontynentach, z czym np. ChatGPT nie potrafi się pogodzić 😊.
***/ Może poza superjachtem „M5” (dawniej „Mirabella V”), którego maszt z włókna węglowego mierzy aż 90 metrów wysokości.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej