Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16]
Nic z tego nie będzie | Mało ciekawe miasto | Na plantacji bananów | Ciemna strona San Jose | Czy są leniwce w tym mieście? | Zamach za zamachem | Lekkie rozczarowanie
Dziś przedostatni dzień w Kostaryce, jutro po południu odlatujemy do Bogoty. Oboje mamy nadzieję, że droga powrotna przebiegnie bez takich problemów, jak wcześniej. W szczególności spóźnienie samolotu z Londynu do Warszawy bardzo skomplikowałoby nam powrót do Krakowa. Jaka dziś będzie pogoda? To kluczowa sprawa. Renata od tego uzależnia plażowanie.
Budzimy się o godzinie o 6:00. Renata zaczyna dzień od oględzin swoich nóg.
– Znowu mnie coś pogryzło! – pokazuje mi zaczerwienione punkty. – To chyba pluskwy. Albo pchły.
– Hm. Ja bym powiedział, że mrówki faraona, widziałaś, że tu są.
– Ty też jesteś pogryziony.
– Tak?!
– No popatrz!
Faktycznie mam, kilka czerwonych kropek na łydkach i udach. Ale kiedy powstały i w jakich okolicznościach, nie mam pojęcia.
– Oj, tam! Zagotuję wodę na herbatę, ok?
– Zrób sobie najpierw kawę.
Włączam grzałkę. Woda grzeje się wyjątkowo długo. Powinienem pomyśleć o grzałce dostosowanej do 110 V. Renata robi sałatkę z pomidorów i cebuli na śniadanie, ja obieram ostatnią już papaję, zabierzemy ją na drogę.
Wychodzimy z bungalowu i ruszamy w kierunku Playa Grande. Na błękitnym niebie kilka obłoków. Pogoda zapowiada się ładna, ale to tylko pozór. Bo oto wiatr nagania coraz więcej chmur znad lądu na wybrzeże i po kwadransie całe niebo jest nimi zasnute, a blada tarcza słońca ledwo przeziera przez mleczną zasłonę.
– Nic z tego plażowania nie będzie – stwierdzamy zgodnie.
Nie wiemy, o której będzie autobus do stolicy. Zaczepiona Murzynka mówi, że o 9:30, mamy więc jeszcze z pół godziny. Czas chcemy poświęcić na szukanie tukanów. Spacerujemy po obrzeżach Cahuity, wypatrując na drzewach ptaków. Niestety poza sępem siedzącym na czubku drzewa i innymi popularnymi tu ptakami, tukanów nie znajdujemy.
– Nawet na koszulkach nie mają tu tukanów! – skarży się Renata.
– W takiej turystycznej miejscowościach powinny być takie koszulki.
– Ale nie ma!
Zawracamy na dworzec. Okazuje się, że biletów na najbliższy kurs już brak, możemy kupić tylko miejsca stojące, co nam raczej nie pasuje. Narasta we mnie złość, bo moje czarne scenariusze się sprawdzają. Na szczęście są jeszcze autobusy do Limon, najbliższy kurs jest za 20 minut. Tam się przesiądziemy. W autobusie jest tłok, zajmujemy dwa ostatnie miejsca. Kobieta, obok której chcę siąść, z ociąganiem zabiera leżącą na sąsiednim miejscu torbę, lecz zamiast położyć ja na podłodze, umieszcza obok siebie, a połowę swojego wielkiego dupska zostawia na moim siedzeniu. Jedziemy. Obok w autobusie siedzą dwie kobiety z kilkuletnim, może trzyletnim dzieckiem. Ze zdziwieniem zauważam, że w pewnym momencie jedna z kobiet zaczyna je karmić piersią.
Droga prowadzi wzdłuż wybrzeża karaibskiego. Pogoda rzeczywiście się popsuła, niebo nad morzem, które co chwilę pojawia się za oknem, jest całkowicie pokryte szarymi chmurami. Silny wiatr niesie białe grzywacze ku brzegowi, a w oddali widać ciemne smugi poniżej chmur. Musi tam solidnie lać. Na szczęście tutaj utrzymuje się bezdeszczowa pogoda. Po drodze, w okolicach bardziej podmokłych, przy rozlewiskach, widzę sporo białych czapli. Czasem mignie odcinek piaszczystej plaży. Przejeżdżamy obok „międzynarodowego” lotniska w Limon. Pas startowy ma może 30 metrów szerokości, a teren ogrodzony jest niskim płotkiem.
W Limon musimy przetransferować się pomiędzy dwoma odległymi od siebie o 500 metrów dworcami autobusowymi. Kupujemy bilety do San Jose, Mamy 40 minut wolnego czasu, przeznaczamy go na spacer po mieście.
Idziemy do miejscowej katedry. Budynek Catedral del Sagrado Corazón de Jesús został zbudowany w latach 1991-2010 w brutalistycznym stylu, ma nowoczesną betonową bryłę na planie deltoidu. Nawa zaprojektowana przez Raúla Goddarda pozbawiona jest kolumn, a wielkie ażurowe okna w murach nawy zapewniają całoroczną klimatyzację. Wewnątrz uwagę moją zwraca unikalny potrójny krucyfiks reprezentujący Trójcę Świętą i symbolizujący ludzką przemianę i trwały związek między sztuką a wiarą. Autorem jest rzeźbiarz Jimeneza Deredia.
Zaglądamy do paru sklepów w poszukiwaniu koszulki z tukanem. Lub przynajmniej z wizerunkiem leniwca. Bezskutecznie. Wszędzie dominuje chińszczyzna, uniwersalne wzory i napisy nie kojarzą się z Kostaryką.
Tyle zwiedzania tego mało interesującego miasta. Notabene byłem tu w 2014 roku na trampingu z Kamilą, lecz nic z widoków tego miasta nie zapamiętałem. To miasto portowe ma jeden z najwyższych wskaźników przestępczości w Kostaryce. Handel narkotykami, przemoc związana z gangami i trudna sytuacja gospodarcza są tu codziennością. Podczas gdy statki wycieczkowe zatrzymują się tutaj, bardzo niewielu turystów decyduje się zostać na noc lub odkrywać coś więcej poza wycieczkami z przewodnikiem.
O 11:30 jesteśmy znów na dworcu. Nadzieja, że spokojnie dotrzemy do stolicy wzrosła. Wygląda na to, że już nic się złego nie wydarzy. Przez ostatnie dni często podsumowywaliśmy nasz wyjazd: co nam się podobało, co nie. Ja podkreślam, że został zrealizowałem swój plan, to znaczy zobaczyłem leniwce i odwiedziłem Panamę.
Trasa z Limon do stolicy zajmie nam ze trzy godziny, to 160 km przez górzyste tereny Cordillery. Jechałem tędy w 2014 roku, a jedyne zachowane wspomnienie to ciągnące się w nieskończoność lasy i plantacje. Tak jest i tym razem, te same widoki towarzyszą nam i teraz. Plantacje bananowców w tym regionie zostały założone w 1878 roku. Od tamtego czasu wyrosło tu ponad sto tych pokoleń tych pożytecznych byliny. Cykl uprawy bananów (Musa paradisiaca) jest wszak stosunkowo krótki: około roku. Na niektórych plantacjach widać zawieszone na kiściach niebieskie worki.
– Te worki to przeciw ptakom? – pytam jadącego obok mężczyznę koło czterdziestki.
– Chronią przed insektami i ptakami, a także przed nadmiernym nasłonecznieniem. No i przyspieszają dojrzewanie kiści. Interesuje cię to?
– No tak. Zawsze jak gdzieś wyjeżdżam to chcę poznać jak najwięcej się dowiedzieć.
– Worki zakłada się po ośmiu miesiącach od zasadzenia. Po ścięciu kiści opłukuje się je z lateksu i dezynfekuje.
– Skąd to wiesz?
– Wiem, bo pracowałem na plantacji. Fajnie brzmi, ale w rzeczywistości to ciężka robota — upał, wilgoć, człowiek cały czas mokry.
– Czyli warunki dla roślin idealne, ale dla ludzi już mniej?
– Dokładnie. Bananowce rosną jak szalone, ale my pracowaliśmy w ponad 30 stopniach, często w deszczu. Sadzenie, wycinanie starych roślin, noszenie kiści. Jedna potrafi ważyć nawet 40 kilo. Do tego opryski i pakowanie – mężczyzna wzdycha.
– Ciężka praca.
– I to bardzo. Błoto, owady, chemia… nie zawsze było w czym się dobrze zabezpieczyć. Dlatego rzuciłem tę pracę.
– A pieniądze? – dopytuję. – Opłacało się?
– Szczerze? Raczej średnio. Jakieś 500 dolarów miesięcznie.
– Czyli bardziej praca z konieczności niż wyboru.
– Zdecydowanie. Z daleka raj, z bliska ciężki kawałek chleba.
Z pewnością. Z punktu widzenia producentów bananów dochodzą jeszcze inne problemy, między innymi choroby, które niszczą bananowce. Wśród nich najsławniejsza jest choroba panamska – grzybowa choroba bananowców wywoływana przez Fusarium oxysporum zawleczona 100 lat temu z Surinamu. To właśnie ta choroba (wraz z chorobą liści yellow sigatoka wywoływaną przez grzyba Mycosphaerella musicola) spowodowała całkowite wytrzebienie odmiany Gros Michel. Dziś dominuje odmiana Cavendish, mniej słodka i trudniejsza w transporcie. Dodatkowo Cavendish z roku na rok coraz bardziej traci odporność na Mycosphaerella fijinsis wywołującego chorobę black sigatoka.
Wciąż jedziemy. Pogoda nieco się zepsuła, chmury zakryły odległe szczyty. Wjechaliśmy w górzysty teren Cordillery, tu już dominują tropikalne lasy, zbyt wysoko na uprawę bananów. Przejeżdżamy przez tunel Zurquí (1537 m n.p.m.) znajdujący się w sercu Parque Nacional Braulio Carrillo. Na tym odcinku ruch jest spowolniony, obawiamy się też korków przed San Jose. A jednak po kolejnych kilkunastu kilometrach, gdy zjeżdżamy do Valle Central, droga krajowa 32 udrażnia się, a otoczona górami i skąpana w słońcu dolina daje wrażenie wielkiej przestrzeni i lekkości. W dobrych humorach wjeżdżamy do stolicy.
Teraz uważnie śledzę nasze położenie na mapie. Spodziewam się, że zajedziemy na jakiś terminal w północnej części miasta. Nasz hotel, Quinta Avenida znajduje się w centrum, północno-zachodniej jego części*/. Mam nadzieję, że nie wylądujemy zbyt daleko.
O 15:00 jesteśmy na miejscu to jest na Gran Terminal del Caribe. Z mapy wynika, że do hotelu jest w odległości półtora kilometra.
– Idziemy na piechotę – decydujemy.
Na Calle Central Alfredo Volio, przed budynkiem straży pożarnej (Centro de Monitoreo Bomberos C.R.) mijamy interesujący pomnik pokazujący bohaterstwo strażaków: jedna postać zjeżdża po słupie, druga – trzyma na rękach uratowaną z pożaru dziewczynkę.
Skręcamy w Avenida 9, miasto nie wygląda tu zbyt ciekawie. Domy ogrodzone wysokimi parkanami z drutem kolczastym, w oknach kraty, nawet na piętrze. Na ulicy jakieś podejrzane typki. Skręcamy na Avenida 7**/, tu jest nieco więcej sklepów i więcej przechodniów. Ale też bezdomnych, paru z nich spotykamy leżących na chodniku. Na rogu Calle 6. stoi młody Kostarykańczyk, może 30-letni. Jest zgięty w pół, głowa mu zwisa w dół, ręce ma swobodnie opuszczone. Nie rusza się.
– A zatem tak na żywo wygląda ofiara fentanylu – mówię do Renaty.
– Chodźmy stąd.
No cóż. Fentanyl dotarł i do Kostaryki. Trudno mi ocenić, czy trafia tu z Meksyku, a Kostaryka jest krajem docelowym, czy też jest dalej transportowany do USA. W każdym razie strasznie to wygląda. Przyspieszamy kroku.
Nasz hotel znajduje się w „normalnej” dzielnicy. O ile w ogóle w stolicy Kostaryki można mówić o bezpiecznych regionach. Prokuratura Pierwszego Okręgu Sądowego San José donosi, że liczba napadów na turystów przekracza 400 przypadków rocznie. Codziennie się zdarza rozbój, kradzież kieszonkowa, pobicie lub oszustwo. Całkowita liczba napaści (nie tylko na turystów) sięga 20 dziennie. Dotyczy to jednak głównie dzielnic peryferyjnych (Hospital, Merced, Catedral, Pavas i Desamparados).
Nasz hotel wygląda przyzwoicie, ma sporo pokoi, lecz wszystkie z oknami na korytarz.
– Mi to tak nie przeszkadza – mówi Renata. – Ważne dla mnie, że pokój i łazienka są czyste.
Odświeżamy się, odnotowując obecność ciepłej wody (drugi taki przypadek w Kostaryce). Pół godziny później jesteśmy gotowi do wyjścia na spacer po mieście.
Kierujemy się od razu ku centralnemu deptakowi (Avenida Central). Tu, w pobliżu Hotelu Novo, znajduje się „Chola al Viento” (czyli Kobieta na wietrze) – sławna rzeźba z brązu autorstwa kostarykańskiego artysty Manuela Vargasa. Czy rzeźbiarz był faktycznie zwolennikiem idei „big is beautiful”, czy też inspiracją był wygląd miejscowych kobiet – nie wiem. Dość, że kobieca postać jest monstrualnie gruba, a wiatr rozwiewa jej włosy. Lecz "choćby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów, i każdy nie wiem jak się wytężał, to nie udźwigną, taki to ciężar”.
Zaglądamy do każdego większego sklepu z odzieżą. Renata chce koniecznie kupić koszulki z lokalnymi zwierzętami: tukanem lub leniwcem. A przynajmniej z napisem „Costa Rica”. Wszędzie króluje chińszczyzna, a sprzedawcy odsyłają nas do Mercado Central, gdzie można znaleźć więcej miejscowych produktów. Faktycznie, ten największy i najstarszy, bo założony w 1880 roku market w stolicy oferuje na niezliczonych stoiskach dosłownie wszystko: od pamiątek, przez ubrania i obuwie po rękodzieło i produkty spożywcze w tym owoce i przyprawy. A zmęczeni wędrówką po zakamarkach mercado klienci mogą usiąść przy posiłku w jednej z wielu knajpek. T-shirty z tukanami są, a jakże! W pierwszym sklepiku możemy dostać dowolne zwierzę na koszulce w dowolnym rozmiarze. W ciągu 5 minut naklejka może zostać wprasowana w materiał.
– Ale to nie jest bawełna! – zauważa Renata.
Sprzedawczyni tłumaczy, że używają tekstyliów syntetycznych, gdyż gwarantują lepszą przyczepność dla naklejki.
– Poszukajmy jeszcze czegoś innego – proponuję.
Nasze poszukiwania zostają rychło uwieńczone sukcesem. W czwartym czy piątym sklepiku znajdują się odpowiednie zwierzęta, rozmiary, kolory i surowiec. Pakujemy dwie koszulki do plecaka i wychodzimy.
Parę kroków dalej znajduje się spory plac z centralnie ustawionym budynkiem Banco Central de Costa Rica. Lecz to nie bank skupia naszą uwagę, lecz grupowy pomnik stojący przed nim. „Los Presentes” (autorstwa Fernando Calvo) – powstała w 1989 roku rzeźba składa się z dziewięciu postaci, które reprezentują chłopów, robotników, kobiety i młodzież wspólnie podążających naprzód. Albo stających we wspólnym proteście przeciwko niesprawiedliwości. Interpretacji może być wiele. W moim odczuciu – to zmęczeni Kostarykańczycy, którzy czekają na efekty swej pracy.
Z placem sąsiaduje olbrzymi budynek poczty. Edificio Central de Correos y Telégrafos de Costa Rica powstał w latach 1914-17 i jest jednym z niewielu ponadstuletnich budynków w San Jose. Z mojego punktu widzenia – trochę to smutne, bo czyni to stolicę Kostaryki miastem bez historii, a zatem i bez wyrazu. Budynek łączy różne style, w stiukach pokrywających fasadę można się doszukać secesji, bryła budynku nasuwa skojarzenia z francuskim neorenesansem, zaś korynckie głowice pilastrów odwołują się do czasów antycznych. Tuż obok ustawiono pomnik dłuta Pietro Piraino upamiętniający Juana Porrasa (Monumento a Juan Rafael Mora Porras) – czterokrotnego prezydenta Kostaryki i jego rolę w obronie niepodległości kraju przed siłami zbrojnymi dowodzonymi przez awanturnika Williama Walkera. Jak na ironię, Porras został odsunięty od władzy zaledwie kilka lat po wygraniu wojny o niepodległość, musiał uciekać do Nikaragui i rok później został stracony w Puntarenas po próbie powrotu w ramach kolejnego zamachu stanu.
Dwa kroki dalej na rogu 3 Alei i 2 Ulicy znajduje się Edificio Herdocia – ukończony w 1945 roku budynek z czerwoną fasadą ozdobioną białymi pilastrami, kolumienkami i łukami. Całość można uznać za połączenie Art Deco z neoklasycyzmem. W każdym razie został uznany za dziedzictwo narodowe.
Jak na razie spacer po mieście uznaję za interesujący. San Jose nie oszałamia, ale nie jest to miasto, które nie zasługuje na uwagę. Przecież nie każde miasto musi mieć tysiąc czy choćby 500 lat. Tu akurat starsza zabudowa pochodzi z przełomu wieków XIX i XX. A że niewiele pozostało z okresu Belle époque – to już wina warunków naturalnych (klimat i trzęsienia ziemi) i potrzeby ciągłej modernizacji miasta. Kilka „historycznych” budynków przetrwało te różne przebudowy i transformacje. Oto Kościół Matki Bożej z Carmen (Templo Católico Nuestra Señora del Carmen). Pierwotnie w 1816 roku zbudowano tu oratorium, później po wielu perypetiach z kolejnymi trzęsieniami ziemi przekształcono w neoklasycystyczną jednonawową świątynię. Zaglądamy do środka. Od razu rzuca się w oczy piękna mozaikowa posadzka i kolebkowe sklepienie pokryte delikatnymi reliefami. Wzdłuż nawy ustawiono kilka interesujących figur świętych i Jezusa.
Wędrujemy dalej przez dzielnicę handlową. Dziesiątki sklepów wypełnionych ludźmi i towarami. Kilka razy spotykamy leżących na chodniku bezdomnych, znak, że nie wszyscy poradzili sobie z przeciwnościami życia.
– O! Popatrz jakie parówki! – Renata zatrzymuje się przed sklepem mięsnym.
Na półkach lady chłodniczej leżą wielkie pęta wędliny, mają 6-7 centymetrów średnicy. Nie są to jednak parówki, lecz salchichón de pollo, wędlina ze zmielonego mięsa drobiowego. Obok leży salchichón de cerdo, lokalne wieprzowe salami.
Przed nami park im. José Morazána (Parque Morazan). Nazwisko tego honduraskiego polityka zostało uwiecznione w nazwie niejednego miejsca w Ameryce Środkowej. Zasłużył się jako prezydent Zjednoczonych Prowincji Ameryki Środkowej w latach 1830–1835 i 1835–1839. Stracony w wyniku wielu intryg politycznych. No cóż, historia krajów Ameryki Środkowej pełna jest udanych i nieudanych przewrotów i zamachów stanu. Licząc od 1850 roku, najwięcej było ich w Gwatemali – ponad 30! W Hondurasie i Salwadorze również dużo, bo ponad 20, natomiast Kostaryka i Panama jawią się jako oazy spokoju: obalić rząd próbowano nie więcej niż 10 razy w ciągu 100 lat.
– Nie chcesz zdjęcia ze skrzydłami? – pytam Renatę, widząc ustawione przy wejściu do parku wielkie, złocone „anielskie” skrzydła.
– No, co ty. Nie chcę.
– Ale fajnie byś wyglądała…
– Nie!
Hm…
Parę kroków dalej znajduje się park Morazan. To właściwie niewielki skwer w centrum miasta, bardzo lubiany przez młodzież, która urządza sobie tutaj schadzki, są tu również organizowane koncerty. Charakterystycznym punktem jest kopuła wsparta na ośmiu kolumnach i przypominająca mauzoleum. W rzeczywistości jest to amfiteatr – Templo de la Musica (1920), pawilon inspirowany Świątynią Miłości w ogrodach Pałacu Wersalskiego.
Kierujemy się ku południowym avenidom i dochodzimy do kolejnego placu – Plaza de la Cultura. Znajduje się tu sławne muzeum – Museo de Oro Precolombino. Renata nie jest nim zainteresowana, ja nie naciska, gdyż parę lat temu odwiedziłem w San Jose wspaniałe muzeum ze zbiorami archeologicznymi obejmującymi nie tylko złote artefakty, ale gliniane i drewniane przedmioty służące kultowi i codziennemu życia.
Na placu setki przechodniów i młodych ludzi. Siedzą na kamiennych murkach, rozmawiają. Atmosfera piknikowa.
Mijamy zabytkowy zegar uliczny i oto przed nami wyrasta katedra (Catedral Metropolitana) z dużą zieloną kopułą nad nawą główną. Zbudowana została w 1827 roku w stylu neoklasycystycznym w miejscu zniszczonej przez trzęsienie ziemi z 1810 roku starszej świątyni. Później zresztą było wielokrotnie niszczona i przebudowywana. Współczesna fasada z oktostylowym portykiem i dwiema niskimi wieżami ma niewiele zdobień. Wchodzimy do środka. Kolebkowe sklepienie, dwa rzędy żłobkowanych kolumn i skromny drewniany ołtarz nie sprawiają dużego wrażenia. Fotografuję kilka XX-wiecznych witraży (przyznaję, ładnych), dużą złoconą monstrancję i… wychodzimy. Później, już po powrocie do Krakowa, sprawdzę, że w 2014 roku odwiedziłem tę katedrę. I przyznaję – nic nie pamiętam z tamtej wizyty.
Znów trafiamy na plac zwany Parque Central z centralnie ustawioną strukturą z elementami Art Deco zwaną Kiosco.
– Wracamy o hotelu? – pytam.
– Chyba tak. Nic ciekawego w tym mieście nie ma…
– Przynajmniej w porównaniu z Panama City.
– Nawet nowoczesnych wysokich budynków tu brakuje…
W drodze do hotelu rzucamy jeszcze okiem na Iglesia Nuestra Señora de la Merced. Postanawiamy, że jutro go zobaczymy od środka, przy lepszym oświetleniu.
Kończy się przedostatni dzień w Kostaryce. Przed wyjazdem spodziewałem się, że będzie on ciekawszy, przecież dziś ostatni dzień karnawału. Jutro Środa Popielcowa.
__________________________________
*/ W adresach w Kostaryce często używa się znanych budynków zamiast ulic. Adres naszego hotelu podany na Booking.com: „De torre Mercedes Benz 300 Norte, 200 Este, Calle 20 Pase colon, 10102 San José” należy czytać: „Weź jako punkt odniesienia biurowiec Torre Mercedes-Benz, przejdź 300 m na północ i 200 m na wschód, w okolicy ulic Calle 20 i Paseo Colón, w San José”. Proste?
**/ W San Jose ulice (calles) i aleje (avenidas) są numerowane następująco: na północ od Parque Central (tym z Kiosco) aleje są nieparzyste, na południe parzyste; na wschód od parku ulice są nieparzyste, na zachód – parzyste. Może dziwny sposób, ale znajdując się na rogu Avenida 13 i Calle 22, wiemy, że jesteśmy w północno-zachodnich peryferiach miasta.