Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16]


Manuel Antonio NP – Quepos – David

niedziela, 8 II 2026


Jest kolorowo | No, przesadzają! | Wypatrujemy zwierząt | Mój pierwszy leniwiec | Piasek parzy stopy | Kostarykańczyk nas naciąga | Zamieszanie na granicy | Nocleg u fanki kotów


W nocy budzi mnie nagła cisza. Szum wentylatora nieoczekiwanie ustał. Albo się przegrzał, albo zepsuł. Nie reaguję, nie chcę budzić Renaty.

– Która godzina? – dobiega do mnie później zaspany głos.

– Śpij. Dopiero piąta.

– Już nie zasnę. Wstanę i umyję włosy.

No dobrze. Ja tymczasem robię wchodzę na stronę Booking.com i robię printscreeny dostępnych noclegów w David w Panamie i w innych miejscowościach po drodze. Naprawdę trudno powiedzieć mi, czy uda nam się przejechać dziś do Panamy.

O 6:05 jesteśmy spakowani i gotowi do drogi. Wczoraj nasz host powiedział, że możemy rano zostawić rzeczy w pokoju, byleby wrócić przed 15.00. Na zewnątrz już się rozwidniło, zapowiada się słoneczny dzień.

– Widziałam coś dziwnego w ogrodzie – mówi podekscytowana Renata, wracając do pokoju.

– Co takiego?

– Coś takiego długiego przebiegu przez podwórko – rozstawia ręce na pół metra.

Z takiego opisu niewiele dla mnie wynika, nie wiem, co to mogło być*/. Park narodowy znajduje się 3,5 kilometra dalej, chcemy tę odległość pokonać w 50 minut. Droga jest nieskomplikowana, chociaż kręta. Ruch samochodowy jest już znaczny, a często brakuje pobocza. Co kilkaset metrów zatrzymujemy się, by sfotografować ptaki krążące nad nami lub siedzące na drzewach. Najczęściej to wilgowrony lub jakieś inne krukowate z długim ogonem i granatowo-szarym upierzeniem. Inne, mniejsze są brązowe. Szybko sobie jednak uświadamiam, że to jeden gatunek wilgowrona meksykańskiego (Quiscalus mexicanus), którego nieraz już widziałem, a różnice w wyglądzie wynikają ze znacznego dymorfizmu płciowego. Poruszają się w charakterystyczny, kołyszący się sposób. Zauważam też niewielkiego ptaszka. Upierzenie samca jest czarne z czerwonym gardłem i piersią. To wojak krawatowy (Leistes militaris) z rodziny kacykowatych. A dokładnej – samiec, bo samiczki są mniej barwne. Spotykamy również żółto zabarwione ptaki, nieco większe i bardziej smukłe od sikorki. To prawdopodobnie tyrany zachodnie (Tyrannus verticalis), które przylatują tu z Ameryki Północnej na zimę**/. Niestety brakuje mi tu papug i innych kolorowych ptaków. Za to kwiatów przy drodze co niemiara. Kwitnie na czerwono jeden z licznych gatunków imbiru (Zingiber), kilka razy spotykamy pomarańczowe i czerwone kwiaty helikonii (Heliconia L.) należącej zresztą również do rzędu imbirowców (Zingiberales). Popularna jest tu również wielobarwna bugenwilla oraz nieznane mi kosaćce. Jest też i róża chińska (Hibiscus rosa-sinensis). Raz nawet udajemy się dostrzec plumerię białą (Plumeria alba L.). Oczywiście pełno tu krotonów, czyli trójskrzynów (Codiaeum) oraz kordyliny (Cordyline) z wąskimi i długimi liśćmi wybarwionymi na fioletowo i różowo. Spotykamy też owocujące palmy wachlarzowate (Licuala Grandis).

Zrobiło się już całkiem jasno, droga prowadzi tuż przy piaszczystej plaży. Co chwilę przystajemy, by sfotografować spacerujące brzegiem sępniki czarne (Coragyps atratus), kwitnące krzewy, palmy z pióropuszami liści powiewającymi na lekkim wietrze, jachty przepływające obok wynurzających się z wody w pewnej odległości od brzegu samotnych skał.

– Widziałeś? – w pewnej chwili odzywa się do mnie Renata podekscytowanym głosem.

– Co takiego?

– Tam, w tych krzakach! Jaszczurka jakaś. Albo iguana.

Faktycznie, znów coś poruszyło się na gałęzi. Lecz zanim ustawię poprawnie zoom aparatu, zwierzę chowa się w głębi. Trudno, może będzie lepsza okazja.

Dochodzimy do odgałęzienia drogi prowadzącej do głównego wejścia do parku narodowego. Znajduje się tu niewielki, zarośnięty wodną roślinnością, staw.

– Be careful! – odzywa się mężczyzna stojący przy stoisku z pamiątkami, widząc, że się zbliżamy.

Ostrzegająca przed aligatorami tabliczka jeszcze bardziej nas zachęca. Niestety nic w wodzie się nie rusza, zresztą jest tu dość w ciemno. Spacerują tu natomiast długonogie długoszpony żółtoczelne (Jacana spinosa). Te, które obserwuję, są młodymi osobnikami. Mają żółte dzioby, charakterystyczną białą obwódkę na głowie. Gdy dojrzeją, ich brązowe na skrzydłach i białe na brzuchu upierzenie zmieni się radykalnie: szyja i podbrzusze staną się czarne, a skrzydła przybiorą barwę wiśniową.

Pospiesznie mijamy kilka straganów z pamiątkami.

– Chętnie pooglądam, ale w powrotnej drodze.

Renata przytakuje i pyta:

– Chować już wodę?

Przeczytaliśmy w internecie, że w Manuel Antonio obowiązują dość restrykcyjne przepisy dotyczące wnoszenia na teren parku plastikowych opakowań oraz jedzenia. Rozumiem to, ale nie akceptuję. Nie mam zamiaru nosić ze sobą ciężkiego termosu metalowego (zresztą go nie mam), a chcę mieć możliwość napicia się wody podczas, jak się spodziewam, kilkugodzinnego spaceru.

Półlitrową butelkę schowałem za paskiem spodni, niech się ode mnie odczepią. Zanim zostaną sprawdzone bilety, Kostarykańczycy dokładnie kontrolują bagaże odwiedzających park. W torebce Renaty strażnicy wypatrują ciastka i każą wyrzucić.

– Wiem. Zjem – stwierdza Renata i wycofuje się.

Widzę, że nie tylko my mamy ten sam problem. Kilka osób naprędce spożywa swoje zapasy jedzeniowe i wypija wodę z butelek. Widzę również miejscowych przewodników z lunetami na statywach prowadzących mniejsze lub większe grupki turystów.

Przedstawiamy przy kasie swoje bilety kupione wczoraj przez internet.

– Passport!

Myślę, że przesadzają z tym wszystkim. W końcu to tylko mały park narodowy. Jakoś nie przypominam sobie, by dokumenty były sprawdzane gdziekolwiek indziej. Nieważne.

Mamy ze sobą dwie przemycone butelki wody i ruszamy na poszukiwanie leniwców. Tutejszy las jest gęsty, drzewa wysokie, ale dolne piętro nie jest zbyt bujne.

– Trzymajmy się jakieś grupy z przewodnikiem, może wypatrzą jakieś zwierzę.

Pierwsze małpy spotykamy po kilku minutach. Ruch w koronach drzew jest zauważalny i bez lunety. Niestety sama obserwacja zwierząt jest utrudniona, nikną one wśród listowia. Dodatkowo, zanim odszukam je przy użyciu zoomu aparatu, przeskakują na inną gałąź. Ostatecznie udaje mi się sfilmować i zrobić parę fotek ciemno umaszczonemu osobnikowi. Dźwięki, które się wydobywają z jego wielkiego pyska, nie pozostawiają wątpliwości: to wyjec płaszczowy (Alouatta palliata).

Skręcamy w boczną ścieżkę, podążając za kilkuosobową grupką z przewodnikiem, i mając nadzieję, że tutaj leniwce nie pochowały się przed ludźmi. Przewodnik przystaje parę razy, pokazując coś w pobliżu. Raczej mówi o tutejszych roślinach niż zwierzętach.

– Tam chyba nic nie będzie. Wracajmy – uznaje Renata, widząc, że grupka się wycofuje.

Przy głównym szlaku spotykamy kolejną, tym razem większą, grupę, która z uwagą słucha przewodnika. Ten rozstawił statyw z lunetą, umożliwiając kolejnym osobom na spojrzenie przez obiektyw. Podobno na drzewie siedzi leniwiec. Również i my zaczynamy go wypatrywać. Jednak moje i Renaty wysiłki odszukania zwierzęcia spełzają na niczym. Podobne zawiedzione miny widzę u innych uczestników wycieczki. Celują swoimi smartfonami w górę, robiąc zdjęcia jakimś mało określonym i ciemnym kształtom skrytym w gęstej koronie i licząc na to, że później odnajdą na nich leniwca.

– Mam nadzieję, że jeszcze je znajdziemy.

– Chodząc za grupami, przynajmniej wiemy, gdzie jest coś ciekawego.

Podczas dalszego spaceru udaje się nam zobaczyć jeszcze parę wesołych małp i skrytego w gąszczu ptaka.

– A gdzie są tukany? – dopomina się Renata.

Cóż mogę odpowiedzieć?

Dochodzimy do leśnego baru ogrodzonego gęstą siatką uniemożliwiającą zwierzętom dostanie się do jedzenia.

Penetrujemy dalej północno-wschodnią część parku. Tu ludzi praktycznie nie ma. Udaje się nam zobaczyć niewielkiego jelonka. Zapewne to mulak białoogonowy (Odocoileus virginianus), który dość dobrze toleruje ludzi i potrafi przebywać nawet w pobliżu uczęszczanych ścieżek.

Ścieżka wyprowadza nas ostatecznie na niewielką plażę (Playa Las Gemelas). Robimy kilka zdjęć i zawracamy. Zdecydowanie czujemy niedosyt. Ale też wiemy, że grupy z przewodnikiem też niewiele tych zwierząt odnajdują. Zaczynam się zastanawiać, czy informacje, iż najlepszą porą do obserwacji zwierząt są wczesne godziny poranne, odpowiadają prawdzie. Później jest zdecydowanie jaśniej, chyba łatwiej wypatrzeć zwierzęta. Odnotowuję jeszcze parę motyli. Mają przeciętne rozmiary i nie zachwycają kolorami.

Dochodzimy do kolejnej plaży (Playa Manuel Antonio). Tu sporo kąpiących się lub plażujących ludzi. Bystre oko Renaty odnajduje skrytą wśród krzaków porastających brzeg iguanę. To czarnogwan środkowoamerykański (Ctenosaura similis) zwany legwanem czarnym. Siedzi przy zwalonym pniu, a gdy się zbliżamy na metr – powoli rusza.

– W końcu jakiś konkret – cieszę się z tego bliskiego spotkania.

Nieco dalej napotykamy na niewielkiego kraba taszczącego swój muszelkowy domek. Przechodzimy przez niewielki lasek i trafiamy na kolejną plażę. Playa Espadilla Sur jest również piaszczysta, a uroku dodają jej kwitnące różowo intensywnie różowo drzewo z rodziny bobowatych – Gliricidia sepium, zwane meksykańską lilią.

– Nic tu po nas – stwierdzam z żalem.

Ruszamy ciemnym korytarzem nadbrzeżnej ścieżki. Ale co to? Pod niewysokim drzewem zatrzymała się grupa ludzi, do której wkrótce dołączamy.

– Sloth! Sloth! – szepczą rozgorączkowani.

Tym razem leniwiec jest lepiej widoczny, aczkolwiek widać tylko jego łapy i pysk. To prawdopodobnie leniwiec trójpalczasty (Bradypus tridactylus). Zwisa głową w dół, widocznie tak mu wygodniej. Jego ruchy są niemrawe. A każdy wywołuje zduszone: ooo!

– No, wreszcie! – oddycham z ulgą. Jestem usatysfakcjonowany.

– Nie było tukanów, ale przynajmniej leniwca zobaczyliśmy – cieszy się Renata.

Dalej na ścieżce spotykamy kolejno dwie duże iguany. Wygrzewają się w słońcu na gałęzi. Później dochodzimy do pochylonego w stronę oceanu starego drzewa. Jest ogrodzone, a tabliczka mówi, by się nie zbliżać. To zrozumiałe: jego owoce zwane są tu manzanilla de la muerte, czyli „jabłuszka śmierci”. Manchineel (Hippomane mancinella) z rodziny wilczomleczowatych rośnie od Meksyku po północne regiony Ameryki Południowej, a także w regionie Karaibów. Spożycie owoców lub kontakt z liśćmi lub sokiem są równie niebezpieczne. Nie znam jednak przypadków śmiertelnego zatrucia. Otwartym pytaniem pozostaje, czy to właśnie tym owocem Ewa poczęstowała Adama.

– Stąd można przedostać się na plażę kolejną już poza parkiem. Idziemy?

– Chyba tak. Już chyba nie spotkamy leniwców ani tukanów – wzdycha Renata.

Szybko się jednak okazuje, że nie opuścimy parku narodowego ścieżką prowadzącą wzdłuż brzegu.

– Nie wolno wam tędy iść – mówi umundurowana strażniczka.

Protestuję, powołując się na opisy z przewodnika Lonely Planet.

– Nie wolno.

– Rozumiem. Ale dlaczego?

– Bo to jest niebezpieczne.

– Ale co jest niebezpieczne?

– Jest niebezpieczne – mantruje kobieta.

– Daj spokój – wtrąca się Renata.

Musimy zawrócić do głównego wyjścia. Znów spotykamy kilka małp i zapuszczamy się jeszcze ścieżką poprowadzoną przez las mangrowy. Tu spotykamy liczne kraby niebieskie (Cardisoma crassum). Są one powszechnymi mieszkańcami lasów namorzynowych, żyją wśród korzeni, gdzie budują swoje nory, czasem 2-metrowej głębokości. Przez dłuższą chwilę obserwujemy je z poziomu pomostu. Spacerują na swych czerwonych nogach powoli, badając teren wielkimi szczypcami. Kilka małych ptaszków i okazów roślinnych dołącza do mojej kolekcji zdjęć.

Idąc w kierunku wyjścia z parku, trafiamy na kępy helikonii.

– Nie przypuszczałem, że mogą być tak duże.

– Mają chyba 5-6 metrów wysokości.

– Zrobię ci zdjęcie na ich tle – proponuję.

Opuszczamy park narodowy.

Co dalej? Renata chciałaby spędzić czas na jednej z plaż w pobliżu Manuel Antonio. Taki był zresztą pierwotny plan. Ale oboje zdajemy sobie sprawę z poślizgu czasowego wynikającego z opóźnienia lotu. Mieliśmy tu być przecież przedwczoraj. Tym niemniej decydujemy się przejść na Playa Espadilla – najbliższą, a zarazem najdłuższą z tutejszych plaż.

Jest południe, zrobiło się naprawdę gorąco. Rozkładamy się w cieniu palm i na zmianę kąpiemy. Najtrudniejsze okazuje się przejście przez rozgrzany do kilkudziesięciu stopni piasek. Renata jest łatwiej: ma sandały i nie pływa. Ogranicza się do brodzenia przy brzegu. Ja tradycyjnie walczę z falami. Niestety nie są duże i nie mam takiej frajdy.

Wśród pobliskich drzew skaczą małpy. To kapucynki czarno-białe (Cebus capucinus), gatunek najbardziej charakterystyczny dla Nowego Świata. Z przyjemnością obserwujemy, jak biegają po konarach, jak się przytulają i wzajemnie iskają.

– Możemy wracać – mówi Renata.

– Już nie chcesz wchodzić do wody?

– Nie.

– No dobrze. Ale co robimy? Szukamy innego noclegu i zostajemy do jutra? Czy jedziemy do Panamy?

– Jedziemy.

Wiem, że Renata robi to dla mnie. Wolałaby zostać tu co najmniej dwa dni. Z drugiej strony z rozmów w Krakowie wynikało, że Panama jest dla niej bardziej atrakcyjnym krajem – przede wszystkim ze względu na planowany wypad na wyspy San Blas.

– Wracajmy autobusem – proponuje Renata.

Słusznie. Przystanek jest tuż przy plaży, a autobusy jeżdżą co 20 minut. Zaoszczędzimy sporo czasu.

W domu szybko bierzemy prysznic, przebieramy się i ruszamy w dalszą drogę. Pierwszy etap – transfer do Quepos jest bezproblemowy: podjeżdżamy kolejnym autobusem kursującym po tej samej trasie z parku narodowego. Na dworcu okazuje się, że najbliższy kurs w stronę Panamy jest dopiero jutro. Miejscowi doradzają nam, by pojechać do Parrita i tam przesiadać się do autobusu jadącego z San Jose. To mi się zupełnie nie podoba, gdyż Parrita jest w przeciwnym kierunku niż chcemy jechać.

– Weźcie taksówkę i jedźcie na przystanek przy szpitalu. To 4 kilometry stąd – radzi nam starszy mężczyzna. – Tam za 20 minut będzie autobus na granicę.

To jest jakiś pomysł. W najgorszym przypadku będziemy łapać stopa na głównej drodze. Tylko trzeba się pospieszyć! Taksówki stoją opodal dworca.

– 10 tysięcy colonów – mówi kierowca z pierwszej taksówki.

– Nie, dzięki.

Drugi kierowca, który zapewne obserwuje scenę rzuca:

– 5000 colonów.

– Nie, mogę dać 3000.

– 5000.

Przesadzają. Za 5000 colonów można kupić tu 8 litrów benzyny.

Trzeci kierowca przystaje na moją cenę. 23 złote za parę kilometrów, to i tak dużo. Wysiadamy w Barrio Inmacuda naprzeciw szpitala (Max Terán Valls Hospital). Czeka tu już jeden mężczyzna. Po kwadransie gromadzi się parę osób, z rozmów wynika, że faktycznie powinien już nadjeżdżać autobus z San Jose do Paso Canoas. Zjawia się z 20 minutowym opóźnieniem. Kierowca wychodzi, wpuszcza dwie osoby z biletami, jedna płaci za przejazd na miejscu.

– Nie ma już miejsc – zwraca się do nas.

Tego nie przewidzieliśmy.

– Są tylko miejsca stojące – wyjaśnia.

Ok, bierzemy. W tej sytuacji nie zamierzam wybrzydzać. Co prawda do granicy jest kawał drogi, ale może zwolnią się miejsca. Płacę 18800 colonów za dwie osoby i mam mocne przekonanie, że facet nas naciągnął.

Do granicy jest przecież niewiele więcej kilometrów niż do stolicy. Jedziemy i to jest najważniejsze. Renacie udaje się znaleźć trochę miejsca i usiąść na plecaku, ja na razie stoję. W Uvita zwalnia się trochę miejsc, możemy usiąść razem. Po trzech godzinach jazdy – przerwa obiadowa. Najwyższa pora, bo od rana nic nie jedliśmy. Bierzemy, jak wczoraj, ryż z warzywami.

Do granicy zostało jeszcze z 60 kilometrów. Wygląda na to, że dziś będziemy w Panamie. W najgorszym razie przenocujemy w Paso Canoas.

O 18:00 jesteśmy na granicy. Zapadł już wieczór. Na przystanku jakiś miejscowy woła coś do nas po hiszpańsku i pokazuje jakiś budynek. Wyławiam jedynie słowo immigration, ale nie wiem dokładnie, o co chodzi.

Ruszamy w stronę granicy. Tam powinniśmy znaleźć transport do David w Panamie. Transport jest: na podwórku stoją busy. Akurat jeden za chwilę odjedzie.

– Moment! Przecież nie mamy pieczątki wyjazdowej z Kostaryki – mówię lekko zdezorientowany do Renaty.

– Tamten facet coś mówił o immigration

– Sierota jestem. Musimy wrócić.

Budynek odprawy paszportowej (Dirección General de Migración y Extranjería) jest położony sto metrów przed przystankiem autobusowym. To mnie właśnie zmyliło, bo spodziewałem się, że znajduje się on bliżej granicy. Szybkim krokiem zawracamy, ponaglani przez informację od miejscowego, że placówkę zamykają o 20:00.

– Wjazd czy wyjazd? – pyta urzędnik w okienku.

– Exit.

– Musicie zapłacić opłatę wyjazdową. Osiem dolarów, tam macie QR kod – wskazuje planszę na ścianie.

– Jak to? Przecież exit tax jest tylko przy opuszczaniu Kostaryki samolotem?!

– Nie, musicie zapłacić na przejściu lądowym również – stwierdza Kostarykańczyk i pokazuje informację na tablicy.

Wygląda na to, że ma rację. Tylko żeby zapłacić podatek, musimy mieć dostęp do internetu. Prosimy pogranicznika o udostępnienie hotspota. O dziwo, zgadza się! Płacimy w dwóch oddzielnych transakcjach po 8 dolarów. Trwa to wszystko strasznie długo, denerwuję się. W końcu dostajemy stemple i szybkim krokiem wracamy na stanowisko z busami do David.

– Bus to David? – pytam zdyszany.

Oczywiście tamten autobus już zdążył odjechać, ale stoi inny, jeszcze pusty. Ładujemy się z ulgą.

– A niech to! – wykrzykuję.

– Co się stało?!

– Przecież nie mamy pieczątki wjazdowej z Panamy!

– I co robimy?

– Przepraszam, musimy wrócić po pieczątkę. Naprawdę przepraszam.

Budynek panamskiego immigration znajduje się sto metrów dalej. Znów wszystko się przedłuża, muszą nam zrobić zdjęcia i pobrać odciski palców z obu dłoni. Staram się wyluzować, przecież nic się nie dzieje strasznego. No, może poza perspektywą spóźnienia się na ostatni autobus do David. No dobrze, mamy komplet pieczątek, wracamy do busa.

Uff! Nie wiem, jak to się stało. Przecież dziesiątki razy przekraczałem granicę z buta. Jeden budynek, pieczątka, parę kroków (czasem kilkaset metrów), drugi budynek, druga pieczątka… Przerabiałem to tyle razy.

– To chyba dlatego, że jest już noc, niewiele widać – tłumaczę się Renacie. – No i tak bardzo chciałem być już po drugiej stronie.

– To nie twoja wina…

– Nikt nas nie zatrzymywał, nie ma tu wyraźnych oznaczeń, gdzie jest granica…

Tak jest w istocie. Granica kostarykańsko-panamska przebiega przez środek Paso Canoas. Ulice nie są przegrodzone żadnymi zaporami, a mieszkańcy zdają się przemieszczać swobodnie między obu częściami miasta.

W porządku, jedziemy. Do David mamy z godzinę drogi (55 kilometrów), będziemy na miejscu po 21:00. Pozostaje ostatni problem: zabukowanie noclegu. Rano upatrzyłem dla nas PaCasa Hostel leżący w północnej części miasta. Znów prosimy o internet pasażera, Panamczyk siedzący obok wykazuje zrozumienie i udostępnia hotspot. Szybko rezerwuję pokój.

¡Gracias!

– ¡De nada!

Bacznie obserwuję położenie autobusu na mapie i gdy jesteśmy już w centrum David – wysiadamy na jakimś przystanku.

– Mamy do przejścia jeden kilometr. Wziąć od ciebie plecak? – proponuję.

– Nie trzeba. Chodźmy.

Przemykamy opustoszałymi ulicami. Ostatni odcinek jest mało przyjemny, musimy przejść przez pustkowie. Hostel mieści się w parterowym budynku, wita nas po angielsku starsza kobieta. Łatwo się zorientować, że jest ekspatką. Dostajemy duży pokój z łożem małżeńskim i dodatkowym łóżkiem. Jest tu również kuchnia i duże patio ze stołami, hamakami, pralką i piłkarzykami. Po obiekcie kręci się parę psów i jeszcze więcej kotów. Widać, że właścicielka ma hopla na punkcie tych ostatnich. Informuje zresztą o tym na stronie Bookingu. Jednym z gości jest starszy Czech, Pavel. Rozmawiam z nim przez dłuższą chwilę, czekając aż zagotuje się woda w czajniku. Wracam do Renaty.

Kończy się dzień pełen emocji. Jestem zadowolony, zrealizowałem dwa wyznaczone cele: zobaczyłem leniwca i dotarłem do Panamy.


__________________________________
*/ Po powrocie z trampingu dochodzę do wniosku, że mógł to być ostronos (Nasua narica).
**/ Albo jakiś inny kuzyn bentewiego wielkiego (Pitangus sulphuratus), którego gdzieś w Ameryce widziałem.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej