Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16]


Almirante – Bocas del Toro

piątek, 13 II 2026


Nie lubię Panamy! | Gdy nie było drogi | Z drogi, bo jadą banany! | Płyniemy na wyspę | Spacer po plaży | Skromny karnawał


Dziś płyniemy na Isla Colón – największą z 9 wysp w archipelagu Bocas del Toro. Liczy sobie 61 kilometrów kwadratowych i jest najbardziej dostępna. Rano w nocy spałem kiepsko, bolała mnie ręka, wentylator cały czas dmuchał na mnie. O wpół do szóstej Renata zaczyna się pakować, wkrótce i ja dołączam do niej. Przechodzimy do kuchni, by zrobić sobie śniadanie. Przy śniadaniu rozmawiamy o życiu na wsi. Opowiadam swoje wspomnienia z dzieciństwa, kiedy odwiedzałem rodzinę w jednej z polskich biednych wsi. Później rozmawiamy o podróżowaniu przez wiele miesięcy i ewentualnej emigracji.

Poza nami rannym ptaszkiem okazuje się znajomy Czech. Pawel mówi coś do mnie po czesku, ale tak mamrocze, że niewiele mogę zrozumieć. Obecność faceta się jednak przyda, bo zadzwoni później po gospodynię, by nas wypuściła z hostelu.

– Nienawidzę Panamy – stwierdza gospodyni, otwierając nam furtkę.

Widząc nasz zdziwiony wzrok, dodaje:

– Lubię duże miasta.

No cóż mogę odpowiedzieć? Vous l'avez voulu, George Dandin.

Na lokalnym dworcu nasz autobus do Almirante stoi już prawie pełny i po 10 minutach ruszamy. Jedziemy średniej wielkości autobusem z trzydziestoma pasażerami. Mam znów możliwość obserwacji ludzi. Ci, którzy nie śpią, przeglądają komórki. Gruba Panamka od 20 minut upiększa w aplikacji smartfonu swoje zdjęcie, które sobie zrobiła w swej zielonej bluzce. Inni oglądają durne filmiki na YT, shorty na kanałach społecznościowych. Wczoraj gość, obok którego jechałem, przez całą drogę oglądał filmiki z młodymi mężczyznami. Ani jednej kobiety nie widziałem w jego komórce. Gej albo fan piłkarzy.

Droga na północ prowadzi przez Kordyliery – góry ciągnące się wzdłuż kontynentu amerykańskiego z północy na południe. Przemierzenie ich na całej długości jest marzeniem wielu długodystansowych, ekstremalnych piechurów. Lecz, jak to najczęściej bywa, przez podróżnych są one odkrywane fragmentarycznie, stopniowo. Ja w roku 2014 i 2017 poznałem tylko niewielkie regiony tego liczącego 8 tysięcy kilometrów pasma górskiego (a raczej zespołu łańcuchów górskich).

Cordillera Talamanca, góry przez które jedziemy, są w tym regionie stosunkowo niskie, wznoszą się zaledwie na 2300 m n.p.m. Wybrzeże karaibskie, ku któremu zmierzamy, to jednocześnie jeden z mniej dostępnych regionów Panamy*/. Ruta Fortuna została zbudowana dopiero w latach 70 zeszłego roku**/. Wcześniej istniały jedynie szlaki piesze i muliste ścieżki używane przez rdzenną ludność, m.in. Ngäbe-Buglé. Region był trudny do penetracji – Cordillera stanowiła naturalną barierę między Pacyfikiem a Karaibami. Przez wiele dekad brak było sensownego połączenia lądowego między wybrzeżami.

Kluczowym momentem stała się budowa odcinka Gualaca – Chiriquí Grande. Opady deszczu i towarzyszące im osuwiska oraz problemy logistyczne wynikające z budowy mostów i serpentyn, powodowały częste przerwy w realizacji inwestycji. Pierwsze połączenie między Chiriquí a Bocas del Toro przez ten górzysty obszar zostało otwarte dopiero 14 sierpnia 1975 roku, tworząc pierwszą przejezdną trasę lądową. Swoją drogą... To jest niezwykłe, że kraj, w którym dochód narodowy per capita do 2000 roku był wyższy niż w Polsce, wciąż ma regiony, do których dotarcie jest bardzo utrudnione.

– Piękna droga – zwracam się do mężczyzny koło czterdziestki, który z zaciekawieniem mi się przygląda.

– Mamy ją od niedawna, dawniej nie dało się tędy przejechać.

– I jak wtedy jeździłeś?

– To było dawno, ze trzydzieści lat temu. Mały byłem, nie pamiętam tych czasów. Po prostu jechało się na koniu leśnymi ścieżkami. Albo szło na piechotę.

– To musiało być trudne.

– Zwłaszcza w porze deszczowej. Wtedy ścieżki znikały. Rząd w ogóle nie liczył się z naszymi potrzebami. Oni tylko myślą o sobie.

– A jak z prądem, wodą?

– W ogóle nie było!

Przysłuchujący się naszej rozmowie inny, nieco starszy Panamczyk włącza się do rozmowy.

– Był prąd. Ale nie wszędzie. Teren tu jest trudny i koszty są duże.

Młodszy wdaje się w dyskusję ze swoim rodakiem. Toczy się ona po hiszpańsku, więc niewiele rozumiem.

– Rząd tylko kradł i był skorumpowany, tak uważam – mówi do mnie w końcu.

– Budowano jednak drogi. Powoli, ale konsekwentnie – upiera się ten starszy. – Może trudno w to uwierzyć, ale drogę łączącą Chiriquí Grande z Almirante zbudowano dopiero w latach 1999-2000.

– Ale faktem jest, że większe inwestycje zaczęły się dopiero w XXI wieku – młodszy nie ustępuje.

– W każdym razie dziś droga wygląda dobrze i chyba dojedziemy do Almirante – mówię.

– Nawet do Kostaryki!

Zazwyczaj turyści ulegają wpływom tego, co widzą dzisiaj, i mają tendencję do wydawania osądów bez znajomości panamskiej historii lub lokalnych uwarunkowań. W oczach localsów odpowiedzialność za zacofanie regionu ponoszą władze. Dopiero po 2010 roku rząd zwiększył inwestycje dla zapewnienia podstawowych usług, takich jak woda i prąd. Wcześniej brakowało również usług telefonicznych i opieki zdrowotnej. Nie można jednak nie brać pod uwagę bardzo wilgotnego klimatu pozbawionego pory suchej i górskich warunków terenowych.

W Almirante wysiadamy na przystanku przy głównej drodze. Prosta droga prowadzi nas do centrum miasta. A raczej miasteczka, gdyż mieszka tu nie więcej niż 13 tysięcy mieszkańców. Historia Almirante nie jest długa. Powstało na początku XX wieku z inicjatywy i za pieniądze United Fruit Company. Inwestycja była nader opłacalna. Firma wybudowała port, przez który rozpoczęto eksportować banany zwożone z okolicznych plantacji obsługiwanych przez sprowadzonych z Jamajki pracowników, zapewne potomków niewolników. Owoce oznakowane znaną na całym świecie niebieską nalepką Chiquita były transportowane do portu z pomocą zbudowanej naprędce sieci wąskotorowych linii kolejowych. Tory układane były wzdłuż wybrzeża do Chiriqui Grande, ale też prowadziły w głąb lądu, docierając do każdej plantacji. Z portu w Almirante (do dziś administrowanego przez Chiquita Panamá) do USA i Europy (via Colon do Liverpoolu, Bristolu, Souphampton i Londynu) płynęły setki tysięcy ton bananów. Do eksploatacji republik bananowych i innych krajów Ameryki Południowej i Karaibów United Fruit Company stworzyła flotyllę parowców znaną pod nazwą The Great White Fleet. Ciekawostką może być fakt, że zbudowany w 1903 roku s/s Venus był pierwszym statkiem-chłodnią służącym do transportu owoców.

Dziś po tej infrastrukturze kolejowej niewiele zostało. Nasypy kolejowe ogołocone z torów, porzucone w dżungli wraki parowozów, zardzewiałe zwrotnice i zrujnowane przystanki stacyjne. Transport samochodowy zastąpił przewozy kolejką, ale pamiętać należy, że linia kolejowa łącząca Almirante z Changuinolą i dalej z Sixaolą istniała do 1974 roku!

Dziś Almirante sprawia wrażenie spokojnego miejsca. Życie toczy się tu wolniej, bardziej lokalnie – i w cieniu turystycznego boomu pobliskich wysp. Chociaż miasto jest często pomijane przez turystów, to spacer na wpół opustoszałą ulicą daje lepszy wgląd w prawdziwe życie regionu. Domy przy ulicy Av. 1000 są parterowe lub piętrowe. Te drugie często mają konstrukcję drewnianą z dwuspadowym dachem. Górną kondygnację ozdabia czasem balkon lub ganek. Z domów, sklepów i ulic dobiega muzyka karaibska, jest obecna praktycznie wszędzie. Przed drzwiami wygrzewają się psy, na podwórkach kilkuletnie dzieciaki jeżdżą na rowerkach. Pomiędzy budynkami i przy ulicy sporo zieleni. Na jednym z drzew dostrzegam czerwone owoce. To bligia pospolita (Blighia sapida) zwana też ackee – wiecznozielone drzewo spokrewnione z liczi chińskim (Litchi chinensis) i longanem (Dimocarpus longan)***/.

Kierujemy się w stronę portu. Miejscowi naganiacze kierują nas na boczną uliczkę.

– Boat? You need boat? – zachęcają nas.

Widzę jednak, że inni ludzie idą prosto.

– Chodźmy dalej. Ściemniają – zwracam się do Renaty. – Pewne oferują droższe łodzie.

– To jest szybka łódź, będzie tylko dla was – wyjaśnia Panamczyk.

– Nie potrzebujemy transportu indywidualnego. Dzięki, nie chcemy.

Mężczyzna nie ustępuje, nagabuje nas i nie chce odejść, powtarzając swoje. Mam tego dość. Ruszam na niego z okrzykiem, zatrzymując się pół metra przed nim. Przestraszony facet aż się kuli.

– Okay, okay, okay! – piszczy.

Kilkaset metrów dalej w biurze kupujemy dwa bilety po 6 USD. Kilkunastoosobowa łódź jest już prawie pełna, zajmujemy ostatnie dwa miejsca. Początkowo płyniemy powoli, potem, po opuszczeniu portu, kapitan włącza dopalacze i ruszamy z dużą prędkością. Łódź podskakuje na falach, a każdy ruch w dół łączy się z bolesnym uderzeniem tyłka w twarde ławki. Wiatr owiewa moją twarz, a rozbryzgująca się woda sprawia, że po chwili jestem na wpół przemoczony.

Chociaż zwykle powtarzam, że nie lubię plażowania, pływania i w ogóle wody, to jednak w czasie takich – nawet krótkich – rejsów czuję się świetnie. Renata, która siedzi z przodu łodzi, zapewne ma odmienne zdanie, może nawet czuje się niekomfortowo. Na szczęście dla niej rejs nie trwa zbyt długo, może 30 minut. Już, już widać zabudowania Bocas i budynek portowy na brzegu. Cumujemy.

Pasażerowie się rozchodzą, my zarzucamy plecaki na ramiona i ruszamy w stronę naszego hotelu. Jest jeszcze długo przed godziną check-inu, ale, jak sądzimy, będzie można zostawić bagaże. Bocas z pewnością nie jest ani metropolią ani nawet średniej wielkości miastem. Liczy sobie zaledwie 7000 mieszkańców, zabudowa jest jakby podmiejska, parterowa, jedno- i dwupiętrowa. Domy w większości są ładnie utrzymane, a niektóre nawet prezentują postkolonialny charakter: mansardy, balkony z drewnianymi balustradami, wykusze. A wszystko otoczeniu starannie utrzymanych ogródków.

Po drodze zaglądamy do warzywniaka. Kupujemy pomarańcze i pomidory.

– Może spróbujemy jakichś innych owoców, bo ciągle jemy to samo? – proponuję.

– Które masz na myśli?

Są tu średniej wielkości melony, ale mam ochotę popróbować zielonych owoców wielkości pomarańczy. Mają cenę kilka razy wyższą od pomarańczy a więc i tu są rzadziej kupowane.

– To passion fruit – podpowiada sprzedawczyni. – Dać?

Bierzemy.

Nasz hotel położony jest na północno-zachodnim obrzeżu miasta i nosi nazwę Valerie Emanuel Apartments. Dostajemy pokój na parterze, recepcjonistka pokazuje nam jeszcze lokalizację ogólnodostępnej kuchni na pięterku w sąsiednim bungalowie. Pokój jest niewielki, z wentylatorem. Łazienka znajduje się za niezbyt estetycznym przepierzeniem. Starając się nie robić sensacji, łapię sunącego po podłodze kilkucentymetrowego chrząszcza i wynoszę na zewnątrz.

– Pójdziemy na plażę?

– Jestem już gotowy.

Najbliższa plaża to Playa Istmito, znajduje się przy przesmyku łączącym główną część wyspy z cyplem, na którym rozłożyło się Bocas. Piasek, podobnie jak wzburzone morze, jest szary, ale targany mocnym wiatrem rząd palm sprawia przyjemne wrażenie.

Woda w zatoce jest zamulona, raczej pod wodą tutaj nic nie zobaczę, zresztą jest dość zimno.

– Chyba jednak odpuszczę kąpiel.

– Pospacerujmy.

Na plaży spotykamy stado niewielkich, biało-brązowych ptaków. Biegają szybko, wydziobując z mokrego piasku robaczki. To biegusy tundrowe (Calidris pusilla), które przyleciały tu zimować z dalekiej Kanady****/. Nieco dalej spacerują czaple śnieżne (Egretta thula). Mają czarne dzioby i żółte stopy w przeciwieństwie do występujących tu również czapli białych (Ardea alba), u których kolory są odwrócone. Dochodzimy do końca plaży i zawracamy.

– Szkoda, że nie udało się tu zostać na dwa dni – odzywa się Renata.

– Wiem, ale widziałaś, jak znikały dobre oferty. Trzeba było podjąć jakąś decyzję, żeby nie zostać potem na lodzie z noclegami.

– Wiem.

– Jutro zostajemy tu do popołudnia i dopiero na wieczór wrócimy do Almirante – zapowiadam.

Idziemy chwilę w milczeniu.

– Przydałoby się kupić coś na śniadanie i na kolację – rzucam.

– A ja chciałbym zjeść jakiś obiad – przypomina Renata.

Pogoda nie jest zbyt rewelacyjna, zachmurzyło się. Wolnym krokiem ruszamy w kierunku centrum. Zaglądamy do kilku restauracji, ale ceny na wywieszonych menu odstraszają mnie. Bary w okolicy przystani okazują się już zamknięte. Kierujemy się więc w stronę głównej promenady miasta ciągnącej się między portem a lotniskiem. Tutaj Bocas prezentuje bardziej miejski charakter, jest sporo sklepów spożywczych, z pamiątkami i knajpek. Widząc tłum na ulicy i głośną muzykę, przyspieszamy. Czyżby Panamczycy świętowali karnawał? Jeszcze przed wyjazdem wiedziałem, że nasz wyjazd przypadnie na końcówkę karnawału i spodziewałem się jakichś parad lub publicznych występów.

Ostrzyłem sobie również zęby na ostatki i Środę Popielcową przypadająca na ostatnie dni naszego trampingu w San Jose. Już w David widziałem przygotowania do większej imprezy w parku.

Mieszamy się z tłumem gapiów zgromadzonych na chodniku. Trwają występy przebierańców. Trzech czy czterech performerów ubranych jest w czerwone „diabelskie” stroje, a na twarzach – ponadnaturalnej wielkości „diabelskie” maski. Skaczą i wygłupiają się, wymachując kijami. Dołącza do nich jeszcze czarny stwór i razem zabawiają widzów. Niestety w tym występie nie ma żadnego scenariusza, żadnej akcji lub czytelnych przekazów.

– Strasznie to amatorskie – krzywię się.

Kończymy oglądanie tych występów. Być może w większych miastach Panamy karnawał jest bardziej widowiskowy. Nigdy nie oglądałem wielkich parad podczas karnawału w Rio de Janeiro ani nie widziałem bawiących się turystów w maskach na ulicach w Wenecji. Zdarzyło mi się natomiast oglądać paradę w Tulum w Meksyku.

Zapadł już wieczór, a my wciąż bez obiadu.

– Wróćmy do tej pizzerii, którą widzieliśmy na początku – decyduje Renata.

Zamawiamy średnią margheritę i chociaż ruchu w restauracji nie dostrzegamy, to czas oczekiwania bardzo się wydłuża. Owszem, kucharz zwija się jak w ukropie i co chwilę wyciąga upieczoną pizzą z pieca, ale pakuje je do pudełek na wynos. "Ileż można czekać!", denerwuję się w myśli. Po 40 minutach panienka przynosi nam posiłek. Pizza jest, jak dla mnie, podejrzanie cienka, ale zjadliwa.

Jest już noc, gdy docieramy do hotelu.

___________________________________
*/ Podobnie jak region Guna Yala i oczywiście przesmyk Darien.
**/ Warto również przypomnieć, że Autostrada Panamerykańska została ukończona w 1936 roku.
***/ Spożycie niedojrzałych owoców ackee wywołuje jamajska chorobę wymiotną prowadzącą do hipoglikemii.
****/ Podobne są brodźce piegowate (Tringa melanoleuca) z rodziny bekasowatych, mają jednak żółte nogi, a ich upierzenie jest bardziej cętkowate.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej