Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15-16]


Bocas del Toro – Almirante

sobota, 14 II 2026


Deszczowy poranek | A cóż to za owoce? | Tracę buty | Powrót do Almirante


Budzą nas krople padającego za oknem deszczu. Powinienem był dokładnie przestudiować klimat Panamy. Czyżby na karaibskim wybrzeżu częściej padało niż nad Pacyfikiem? Tak jest w rzeczywistości: opady w Bocas del Toro wynoszą 3100 milimetrów rocznie (160 mm w lutym), podczas gdy w Panama City – 2100 mm rocznie (16 mm w lutym)*/. Tak czy siak – dziś pada.

– No nic. Poczekamy, aż przestanie padać. Może za pół godziny. W końcu luty to sucha pora – pocieszam się.

– Szkoda, bo tak chciałam pójść na plażę.

Pójdziemy, ale na razie spróbuję zagotować w kuchni wodę na herbatę. Wygląda na to, że moja wczorajsza interwencja pomogła. Butla gazowa została wymieniona. Jakość gazu jest jednak marna lub też kuchenka jest niedostosowana do tego typu zasilania. W każdym razie gaz spala się kopcącym płomieniem, a wszystkie naczynia są osmolone.

Nadchodzi Renata, zjadamy razem śniadanie. Za oknem wciąż pada. Deszcz jest drobny, siąpiący. My chcemy udać się na wschodnią stronę wyspy, tam, gdzie znajdują się plaże.

– Nawet przy takim niewielkim deszczu przemokniemy za godzinę – stwierdzam.

– Poczekajmy, może przestanie.

Faktycznie: nim się spakujemy, deszcz jakby słabnie. Pozostaje kwestia bagażu, check-out jest o 11:00, a my chcielibyśmy wrócić wczesnym popołudniem. Odszukujemy panią sprzątającą, ta ledwo mówi po angielsku.

Imposible, imposible – powtarza w kółko, gdy wyłuszczamy jej sprawę.

Odszukujemy recepcjonistkę, z którą wczoraj rozmawialiśmy.

– Nie możecie zostawić bagażu.

– Przecież dostałem w powiadomieniu z hotelu, że można zostawiać bagaże w recepcji przy wcześniejszym przyjeździe.

– Ale nie przy opuszczaniu hoteli – dziewczyna jest uparta.

– Ale w czym problem?

Zmuszam panienkę do kontaktu z szefem. Przedstawia mu sprawę i widzę po jej minie, że będzie musiała ustąpić.

– Możecie zostawić rzeczy, ale robię to tylko w drodze wyjątku.

– Okej – wzruszam ramionami. – Będziemy przed czwartą.

Po przejściu kilkuset metrów stwierdzamy że... jednak pada. Za chwilę będę miał mokro w butach. Chronimy się w sklepie spożywczym pod podcieniami. Jeżdżą tędy autobusy na plażę Bluff, ale to nie jest rozwiązanie.

– Wszystko jedno, czy tu, czy tam będziemy moknąć.

– Dziś na pewno nie będzie plażowania.

Alternatywą dla opalania się byłby wyjazd do Boca del Drago w północnej części wyspy. Tam lokalną atrakcją jest Playa Estrella znana z obfitości rozgwiazd. Opcją było również podjechanie stopem do wnętrza wyspy i pochodzenie tam po lesie w poszukiwaniu ptactwa i ciekawych widoków. Dziś jednak w lesie pogoda by była taka jak w mieście, a chodzenie bez ścieżki – mało atrakcyjne. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na spacer wschodnim wybrzeżem obfitującym w plaży. Do najbliższej z nich – Playa Bluff – mamy około 5 km.

O 10:00 ostatecznie ruszamy brzegiem wzburzonego morza. Fale są większe niż wczoraj, woda mętna.

– Gdyby nie ta pogoda, byłoby tu ładnie – stwierdzamy zgodnie, patrząc na plażę z szeregiem palm (Playa Istmito).

– Idę za szybko? – zwracam się do Renaty, która zostaje nieco w tyle.

– No, idziesz w swoim tempie, trochę zbyt szybko.

Zwalniam. Przystajemy w różnych miejscach, fotografujemy przyrodę, przez co droga wydłuża się do półtorej godziny. Odnotowujemy wiele pensjonatów zlokalizowanych przy drodze. I to z gatunku tych lepszych. Nie były listowane na Bookingu, ale bez wątpienia noclegi są tam droższe niż tam, gdzie śpimy spaliśmy. W pewnym momencie czuję lekkość w kieszeni ortalionu.

– Zgubiłem komórkę! – stwierdzam z niepokojem.

Przeszukuję pozostałe kieszenie. Nie ma. Szybkim krokiem zawracam.

Zguba odnajduje się 200 metrów dalej. Na szczęście nic się nie stało smartfonowi.

– Musisz bardziej uważać.

– Tak, mamo!

Po kilku minutach dochodzimy do skrytego wśród drzew bungalowu. Lecz to, co przyciąga naszą uwagę, to niewielkie drzewo, z gałęzi którego zwisają olbrzymie kuliste owoce o średnicy 10 do 20 centymetrów.

– Widziałem już kiedyś te owoce – usiłuję odszukać w pamięci miasto.

To było w gdzieś w Argentynie lub Brazylii. E, nie. Już wiem! To było w Ciudad Mexico.

– Wiesz, jak się nazywają?

– No właśnie, nie przypomnę sobie.

Z pomocą przychodzi mi tabliczka z nazwą tej "agroturystyki": Casa Calabasa.

– A! To drzewo kalebasowe!

Cieszę się z identyfikacji drzewa. Może tym razem zapamiętam jego nazwę. Dopowiem jeszcze, że, co prawda, owoców dzbaniwa kalebasowego (Crescentia cujete L.) się nie jada, ale twarde skorupy wykorzystuje się jako naczynia lub instrumenty muzyczne (marakasy).

Droga, którą idziemy, już dawno straciła asfalt, przeskakujemy między kałużami na rozmokłej ziemi. Wieje silny wiatr i okresowo pojawia się mżawka. Ta niezbyt atrakcyjna pogoda wcale nie odstrasza amatorów surfingu. Raz czy dwa mijają nas dżipy ciągnące przyczepy z deskami surfingowymi. Drogą przejeżdżają także młodzi ludzie na motorach z deską surfingową zamontowaną na specjalnym stelażu. W kolejnej niewielkiej zatoce spotykamy całą grupę surfingowców. Prawdę mówiąc, ja tu nie widzę dziś jakichś specjalnych fal. Ale powiedzmy, w ramach nauki i doskonalenia umiejętności takie półmetrowe fale są wystarczające.

W mikroskopijnych zatoczkach spotykamy żerującą parę ptaków: to czapla śnieżna, którą widzieliśmy wczoraj oraz czapla modra (Ardea herodias), która zamieszkuje tereny podmokłe i wybrzeża morskie Ameryki Północnej oraz wyspy Galapagos. Zimy natomiast spędza w Meksyku i Ameryce Środkowej.

Po lewej stronie drogi kilka razy napotykamy na piękne rezydencje. Czy są przeznaczone dla turystów czy dla stałych mieszkańców – nie wiem. Ale z pewnością to przyjemne miejsca spędzania czasu.

Zatrzymujemy się na chwilę przy drodze.

– Zrób mi zdjęcie przy tych liściach! – prosi Renata.

Zielone, błyszczące od deszczu liście są faktycznie wielkie: mają z metr długości. I znajduje to potwierdzenie w nazwie tej tropikalnej rośliny z rodziny obrazkowatych: alokazja olbrzymia (Alocasia macrorrhizos).

Dochodzimy w końcu do plaży Bluff. Ma co najmniej 20 metrów szerokości i żółto-szary piasek. Renata obfotografowuje kolorowe palmy i poczerniałe od słońca i soli powalone drzewa. Nikogo prócz nas tu nie ma. Szurając nogami w piasku, wypisuję gigantyczny napis "Renata". Pod koniec tworzenia monumentalnego dzieła czuję piasek w butach. Bliższa inspekcja wykazuje oderwanie podeszwy. Trzyma się jedynie na czubku i pod piętą, ale jej los jest przesądzony.

– Być może powinienem był wziąć dodatkowo sandały? – nachodzi mnie spóźniona refleksja.

Ale przy krótkich wyjazdach minimalizuję ilość zabieranych ze sobą rzeczy. Faktem natomiast jest, że parę razy miałem problem z obuwiem: w Chinach i na Karaibach naprawiłem buty, w Austrii – pozbyłem się ich.

– Może nie trzeba było robić tego napisu? – mówi Renata, ale widzę, że jest zadowolona.

– No wiesz, na uczucia nie ma rady.

Śmiejemy się.

– Jest 14:00, powinniśmy wracać.

– A jak daleko do hotelu?

– Około ośmiu kilometrów.

– Może wrócimy okazją?

– To mi się podoba!

– Co takiego? – Renata patrzy na mnie podejrzliwie.

– To, że proponujesz autostop. Że nie protestujesz.

Na razie spokojnie idziemy, wiemy, że lokalsi niekoniecznie chcą zabierać na autostop, wolą świadczyć „usługi taksówkowe”.

W pewnym momencie zatrzymujemy się. Coś czerwonego mignęło w zaroślach. Niewielki, czerwono-czarny ptak przelatuje z gałązki na gałązkę. Zastyga na moment, rozgląda się i odlatuje na kolejny krzak.

– O, tam jest drugi – wskazuje Renata i dodaje: I trzeci.

To wojaki krawatowe (Leistes militaris), których przedstawiciela już zobaczyłem w Manuel Antonio.

– A tukanów jak nie ma, tak nie ma – wzdycha Renata.

– Może będą w Cahuita…

Nie mam takiej pewności… Ale przecież trudno oczekiwać, że podczas krótkiego wyjazdu spotkamy na 100 procent te, czy inne zwierzęta. To tak, jakby ktoś dostał zadanie: idź do parku narodowego w Polsce i przynieś zdjęcia 10 gatunków ptaków. Albo konkretnie: dudka lub żurawia. Przecież nawet maszerując przez wiele dni szlakiem po Beskidach, nie zawsze trafia się okazja, by zobaczyć choćby sarnę lub lisa, nie mówiąc o rzadszych drapieżnikach. W gruncie rzeczy i tak jestem zadowolony, że podczas moich trampingów zobaczyłem tyle różnych zwierząt i roślin.

Piąty czy szósty samochód, na który machamy, zatrzymuje się.

– Wsiadajcie!

Jedziemy z małżeństwem w średnim wieku. Są z Kanady, tu spędzają dwa tygodnie wakacji. Miło się rozmawia, choć tematy są standardowe.

– Gdzie jest wasz hotel? Podrzucimy was – proponuje kierowca, gdy dojeżdżamy do Bocas.

– Nie ma potrzeby, wystarczy tutaj – wskazuję sklep, w którym schroniliśmy się przed deszczem. – Stąd mamy już blisko. Wielkie dzięki za podwózkę!

Co jak co, ale na turystów oferującym podwózkę innym zawsze można liczyć.

Odbieramy bagaże z recepcji naszego hotelu i idziemy do portu. Mam lekkie obawy, czy godziny kursowania promów nie są ograniczone w sobotnie popołudnie. Informację, że łódź będzie za pół godziny przyjmuję z ulgą. Płacimy po sześć dolarów i cierpliwie czekamy aż łódź z Almiranty zacumuje. Krótki rejs ma mało przyjemną atrakcję w postaci zacinającego z boku deszczu.

W Almirante odszukujemy nie bez trudności słabo oznakowany hotel. Pokój jest niewielki ale w ocenie wymagającej Renaty jest czysty i w porządku.

– Jest nawet ciepła woda! – woła do mnie z łazienki.

Ja tymczasem próbuję zobaczyć w telewizji jakiś program informacyjny i prognozę pogody. Jak się okazuje, odbiornik nie jest w ogóle podłączony do kablówki. Interweniuję u recepcjonistki, która po 30 minutach przynosi modem Netfliksa i łączy go bezprzewodowo z lokalną siecią.

– Idziemy na jakieś zakupy i coś zjeść?

– Jestem gotowy.

Zaglądamy do pobliskiej restauracji. Chociaż jest elegancka i z chińskim menu, to świeci pustkami.

– Chodźmy stąd – mówi Renata.

Nie chce już nam się więcej chodzić, robimy zakupy w markecie obok. Później cierpliwie, na raty będę gotować tuzin jajek.

– Szkoda, że nie zostaliśmy na wyspach jeszcze jeden dzień… – zaczyna Renata.

– Ja też żałuję, ale wiesz, jak było.

– Zresztą pogoda i tak się popsuła.

– Ale chyba się cieszysz, że pojechaliśmy na wyspy i że byłaś na San Blas?

– Tak, oczywiście. Bocas też byłoby ładne, gdyby nie ta pogoda.

– Wiem, że wolałabyś więcej dni na jednym miejscu, ale dni transportowe są nie do uniknięcia.

– Na moich objazdówkach też były dni, kiedy głównie jechaliśmy, więc to mi tak nie przeszkadza bardzo.

– W Cahuicie zostaniemy dwie noce, więc będziesz mogła odpocząć od jazdy.

No cóż. Wbrew pozorom Panama i Kostaryka to całkiem spore kraje, a przemieszczanie się autobusami zajmuje sporo czasu.

________________________________
*/ Inaczej jest w Kostaryce. Karaibskie wybrzeże, aczkolwiek wciąż z dużymi opadami, jest mniej deszczowe niż wybrzeże pacyficzne. Opady w Cahuicie wynoszą aż 3900 mm rocznie (w lutym – 190 mm), zaś w Manuel Antonio – 7500 mm rocznie (w lutym 150 – mm). To 7,5 metra wody rocznie!


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej