Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32] [33] [34] [35] [36] [37] [38] [39] [40] [41] [42] [43] [44] [45] [46] [47-48]


Kunming

środa, 10 VIII 2005


Kolory po chińsku |Pagody i herbata |Spacer przez miasto |W buddyjskiej świątyni - jak ja to lubię! |Spojrzenie na Chińczyków skośnym okiem


A więc witaj stolico Yunnanu! Hałaśliwa, zatłoczona, nowoczesna! Chcę tu zostać jedną noc, zobaczyć kilka świątyń w pobliżu. Zazwyczaj Kunming jest punktem tranzytowym do Dali lub Laosu. Ja będę wracać do Pekinu. Wymyśliłem, że po drodze odwiedzę świętą górę Chińczyków, Tai Shan; chcę więc pojechać do Ta'ian. I tu zgrzyt. Mogę kupić bilety tylko do Zhengzhou. O ile są. Co za kraj! W Polsce, w Krakowie mogę kupić bilet z dowolnej miejscowości do dowolnej; tu - tylko na pociągi wyjeżdżające z danej miejscowości (z miejscówką). Przy kasach dwie gigantyczne tablice z cenami biletów i dostępnymi biletami na różne dni i pociągi. Mój bilet do Zhengzhou ma kosztować 453Y i jest zaznaczony przy 11 VIII ładnym zielonym znaczkiem. Przy dniu dzisiejszym - stoi czerwony znaczek, brakuje biletów. Długo się kłóciłem z Chińczykiem stojącym w kolejce - okazało się, że nie mam racji: zielony znaczek oznaczał "mei you", czerwony - dostępne bilety. Chcąc nie chcąc kupiłem bilet na 12 VIII (o pociągu do Pekinu można było tylko marzyć: brak na najbliższe dni). Pociąg jedzie makabrycznie długo, prawie 48 godzin; przynajmniej mam kuszetkę (500Y). Kunming: Xisi TaKunming: Dongsi Ta

Teraz czas na znalezienie noclegu, idę do Kunhu Fandian przy Beijing Lu, miejsca w 4-osobowym pokoju są po 25Y. Czy coś więcej mi potrzeba?

Zwiedzanie zaczynam od dwóch pagód Xisi Ta i Dongsi Ta. Już z daleka dostrzegam wielokondygnacyjne budowle. Na teren pierwszej pagody wchodzę za darmo, jest zamknięta, właściwie nie ma co zwiedzać. Zaglądam do sąsiadujących z nią budynków - starsze osoby grają tu przy stolikach w domino, a następnie nieopatrznie wchodzę do drugiej sali. Kilka pustych stolików i barek. Chinka zachęca mnie gestem i pyta "Tea? Yasmin tea?" Dlaczego nie? Na ladzie ma z 8 słoików z różnymi suszonymi liśćmi i kwiatami. Dziewczyna bierze po szczypcie suszu i zalewa wrzątkiem dzbanek. Ten miły obrazek zostaje całkowicie zburzony w 10 minut później, gdy przychodzi do płacenia. 30 juanów. No... ulżyłem sobie po polsku. Oczywiście nie zapłaciłem tyle.
Kunming: chiński palacz Później analizowałem tę sytuację z Chinką przechodzącą w pobliżu oraz z Japończykami z hotelu, którzy tu spędzili kilka lat. Zgodnie oceniają, ż ta cena była w tych warunkach nienormalna, że była to próba naciągnięcia obcokrajowca. Na ogół jestem ostrożny, pytam o cenę, ale tu chodziło, do licha, o herbatę! W ogóle wyglądało to na poczęstunek herbatą, taki jak zwykle spotykałem w Syrii czy w Mongolii. Heh! Czy jest jakieś chińskie przysłowie, by nie ufać nikomu?

Z niesmakiem opuszczam to miejsce. Kilkaset metrów dalej stoi Dongsi Ta - druga pagoda. Tym razem wstęp jest płatny, zaglądam tylko na dziedziniec upewniwszy się u biletera, że i tak wchodzić do środka nie można. Pomiędzy tymi dwiema świątyniami lśniący nowością budynek buddyjskiej świątyni: nic ciekawego, beton i nowa farba. Na ulicy sympatyczne rzeźby postaci z literatury.

Kieruję się teraz dalej na północ miasta, mijam nowoczesne centrum handlowo-usługowe - raj dla Jacka Z.: McDonald's i Kentucky Fried Chicken w sąsiednich budynkach... Zapuszczam się następnie w uliczki starego miasta. Pełno tu straganów i towarów: od znanej z Polski plastikowej "chińszczyzny" przez chińską "cepelię" do wyrobów z jadeitu. Te ostatnie są specjalnością miasta, tak jak maski w Wenecji czy noże w Toledo: wszędzie oferowane są bransoletki, wisiorki, figurki i inne drobiazgi z zielonkawego kamienia. Ale pomny ostrzeżeń przed fałszywymi jadeitami, powstrzymuję się przed zakupem. Przecisnąwszy się przez tłumy idę teraz w stronę świątyni Yuantong. Po drodze mijam spokojną, starą dzielnicę - bez turystów; życie się toczy tu powoli. Rodzinne sklepiki, punkty usługowe i warsztaty wychodzące wprost na ulice z kwitnącymi żółto akacjami. Sympatycznie. Kunming: brama w centrum

Yuantong Si to właściwie zespół świątyń buddyjskich rozłożonych w ogrodach. Przechodzę przez dwie bramy (6Y), za niskim budynkiem znajduje się jeziorko a na wysepce - świątynia. Świątynia jest w "chińskim" stylu, podkręcone ku górze dachy, ozdobne kalenice czerwone złączenia połaci krytych pomarańczową dachówką, czerwone słupy i drewniane, kolorowe detale. Na murkach grzeją się marmurowe lwy, czerwonych ryb w stawie pilnują kamienne smoki.
Przed mostkiem stoi kadzielnica, wierni wtykają do niej długie na pół metra (lub więcej) dymiące kadzidełka. Obok znajduje się osłonięte przed wiatrem miejsce na świece. Mimo obecności chińskich turystów, atmosfera miejsca jest przyjemna a to za sprawą muzyki buddyjskiej rozbrzmiewającej z drugiej świątyni położonej w głębi kompleksu. Tam trwają cały czas modły. Zaglądam z ciekawością, choć ze względu na tłumy nie da się wejść do środka. Wewnątrz siedzą i śpiewają mnisi ubrani w pomarańczowe długie szaty, na zewnątrz wierni - głównie kobiety ubrane w ciemne lub brunatne habity. Trzymają przed sobą modlitewniki, modlą się lub śpiewają. Przez wpółotwarte drzwi widzę błyszczącego w świetle setek świec Buddę. Wszystko spowija lekka mgiełka dymu...
Kunming: kaczki Pozostawiam ich i idę do małej świątyni znajdującej się na tyłach ogrodu. Świątynia jest maleńka, wokół bananowce i kępy bambusów. W przedsionku wystawiono stoliki i kolorowe poduszki do klęczenia. Tu też trwają uroczystości. Przysłuchuję się śpiewom, wkrótce modlitwy się kończą, z budynku wychodzą mnisi tworząc barwny korowód. Najwyższy rangą mnich otwiera orszak, za nim ustawiają się mnisi z bębnami, piszczałkami i innymi instrumentami perkusyjnymi. Na końcu podążają kobiety i mężczyźni w brunatnych lub czarnych habitach. Wąż ludzki okrąża świątynię trzykrotnie, później przesuwa się ku kolejnej świątyni i znów okrąża ją po trzykroć. Od czasu do czasu zanurzają się w obłok dymu z kadzielnicy.

Robi się późno. Wracam do centrum i odszukuję budynek PSB. Chcę uzyskać "u źródła" informację dotyczące mojej 30-dniowej wizy. Okazuje się, że wydział jest przeniesiony na przedmieścia, muszę się pospieszyć, za godzinę zamykają. Przejeżdżam chyba 20 przystanków, później marszobieg przez 2 kilometry. W biurze PSB mili urzędnicy, Amerykanie, Japończycy i inni obcokrajowcy. Okazuje się, że nie muszę przedłużać wizy, mogę opuścić Chiny w 31 dniu jej ważności.
Kunming: uliczny handel Zadowolony z takiego obrotu sprawy wstępuję do miejscowego Geanta, kupuję trochę żarcia, zupki i słodycze, także wino oraz szkolna torbę dla Sergiuszka. W powrotnej drodze zatrzymuję się przy nowoczesnym centrum handlowo-biurowym. Może się podobać, choć to nie szanghajskie drapacze chmur... Czeka mnie teraz długi spacer przez miasto w stronę hotelu.

W hotelu poznaję współlokatorów: Iwo i Shana z Japonii; spędzają tu tanio czas. Jeden z nich - trzydziestolatek jest w drodze już trzeci rok. Odpoczywa - powiada. Nie ma żony ani dzieci. Więc od czego odpoczywa?!
Chłopaki bywają cały dzień poza hotelem. Wieczorem znoszą do pokoju stosy tanich płyt DVD. Trochę rozmawiamy o zwyczajach Chińczyków. Uważają, że stosunek Chińczyków do nich to mieszanka "miłości i nienawiści". Ale też i podziwu i uznania. A jednocześnie sami mają do nich - Chińczyków pogardliwy stosunek ("niska moralność").

Kunming: Yuantong Si
Kunming: Yuantong Si Kunming: Yuantong Si
Kunming: Yuantong Si Kunming: Yuantong Si
Kunming: Yuantong Si Kunming: Yuantong Si


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej