Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]


Leoate (2317 m)-Moldoveanu (2544 m)-Cabana Podragu

poniedziałek, 11 VIII 2003


Jeszcze jedna noc za mną... |Czy będzie padać? |Fogarasze są piękne |Na Moldoweanu - jestem usatysfakcjonowany |Daleko do cabany? |Podragu


Fogarasze

Pobudka, tak jak planowaliśmy o 6.00 ale nawet głośne rozmowy nie są w stanie dobudzić wszystkich. ;-)
A więc przeżyłem i tę noc. Nawet nie było aż tak zimno - w końcu 6 chłopa ogrzewało naszą "piłkę". No i spałem w 5 podkoszulkach i polarze... Hasło "kto się idzie myć?" wzbudza tylko uśmiechy. No, w każdym razie ja nie polecę 200 metrów w dół zbocza...

O 7.15 wyruszam żegnając chłopców. Mówię im do zobaczenia pod Szczytem, ale czy tak się stanie? Wczorajsze cirrusy wywróżyły zmianę pogody. Ciękie chmury przesuwają się po niebie. Będzie lało, czy nie? Ruszam żlebem ostro w górę. Nie wiem, który z dwóch czerwonych szlaków idących z Zirnei wybrałem, jest mi wszystko jedno. Tuż przed szczytem ścieżka trawersuje w lewo (8.15). W dolinie o nazwie zbyt trudnej do wymówienia błyszczy bezimienne jezioro; bez nazwy, gdyż na czeskich mapach wszystko jest rozmyte i zamazane. Teraz znów trawers w prawo, w lewo itd. Droga mimo to cały czas pnie się do góry. Czasem widzę w oddali samotny namiot. W końcu ścieżka wyprowadza na grań, z której widać jakieś większe jezioro (Lac Urlea) z kilkunastoma rozbitymi namiotami wokół. Dobiega do mnie śpiew i gra na gitarze. Miłe... Mijam kolejne przełęcze; niektóre z nich wyróżniają się - odchodzą stąd boczne szlaki. Niestety oznakowanie szlaków w tej części Fogaraszy jest fatalne - znacznie gorsze niż w Alpach Rodniańskich. Brak nie tylko tabliczek z nazwą szczytu lub przełęczy ale też tabliczek przy początkach bocznych szlaków. A jeśli nawet są - to zardzewiałe i nie do odczytania. Ale tak naprawdę - jest mi wszystko jedno. Mam tylko jeden cel - dojść do refiugiu pod Vistea Mare. Czy zdobędę Moldoveanu? Wiele wskazuje na to, że tak. Nogi przez noc mi odpoczęły, naderwany mięsień na plecach - kontuzja sprzed lat ze Skandynawii odnowiła mi się, ale po zażyciu trzech tabletek polopiryny nie odczuwam bólu.
Tak więc idzie mi się w miarę szybko. Nade mną wciąż przewalają się ciężkie deszczowe chmury, mgła podnosi się i opada. Czuję, że Moldoveanu będzie loterią: w każdej chwili - wydaje mi się - może lunąć. Tyle się wszak naczytałem relacji z internetu o Fogaraszach - bardzo mokrych i zimnych ;-) Kolejna przełęcz jako żywo przypomina mi Zawrat - ze stromymi żlebami odchodzącymi stąd na północ i południe. Moldoveanu

Coraz więcej ludzi spotykam na szlaku - Rumunów i Czechów. W pewnym momencie dostrzegam na horyzoncie stado owiec - rzecz jasna na ścieżce. Są daleko i mam czas na obserwację, w którym kierunku górale gonią stado. Niestety - wdłuż szlaku. Widzę ratunek dla siebie - właśnie z doliny ruszyła na przełęcz kilkunastoosobowa grupa. Byleby tylko poszli we właściwym kierunku... Tymczasem robię sobie spóźnione śniadanie i w odpowiednim momencie spotykam się z grupą. I cóż za niespodzianka? Studenci z Warszawy pod przewodnictwem bardzo sympatycznej dziewczyny. Idziemy. Za zakrętem czekają te bestie, silniej ściskam swój patyk w ręce. Ale - coś dziwnego: pasterze siedzą, psy siedzą, a nawet owce leżą - sielska scenka. Dziewczyna zamienia parę słów z pasterzami (ho ho! ten jej rumuński!). Przechodzimy bez problemów choć owczarki z przyzwyczajenia ujadają. Rozmawiam z przewodniczką jeszcze przez chwilę, potem daję pokaz jak szybko się chodzi (co prawda było z górki ;-)

Tuż po 11.00 przechodzę charakterystyczną przełęcz z krzyżem potem wciąż te idące ukośnie trawersy i trawersy. Mijają kolejne godziny wędrówki. Wokół jest naprawdę ślicznie. Szkoda tylko, że słońce prawie cały czas jest za chmurami - doliny i skały są ocienione i martwię się, czy zdjęcia będą w stanie pokazać piękno tych gór. Właściwie każda z tych kotlin jest inna: niektóre zawalone są olbrzymimi zielonymi głazami rozrzuconymi niby klocki w pokoju niegrzecznego dziecka, inne wypełnione rumuszom skalnym osypującym się ze zboczy i tworzącym trójkątne stożki... Jedna z dolin spodobała mi się szczególnie: szeroka i długa, z widokiem na odległe miasta. A z wysokich zboczy osypuje się rumosz wzdłuż setek wyschniętych siklawic tworząc przepiękny podwójny grzebień czy może raczej rewers końskiej grzywy. Jedne z kotlin są suche, inne pełne rozlewisk i krzyżujących się strug. Wokół jeziorek tworzą się podmokłe łąki o intensywnie zielonej barwie i kontrastując z szaro-burą wyschniętą trawą ożywiają widok. Teraz, gdy piszę te słowa cabanie przypomniał mi się drobiazgowy opis powierzchni Księżyca pięknie przedstawiony przez Norman Mailera w książce "Na podbój Księżyca". Książka warta lektury.

Jest pięknie ale droga mi się dłuży... Zapytani o nazwę góry, Rumuni mówią, że to ostatni szczyt przed refiugiu. Czy aby na pewno? Znów trawersujące podejście zakręt i... mgła. A więc jeszcze trochę cierpliwości... Schodzę niżej, wiatr rozwiewa mgłę i... jest! - maleńki ceglany domek na przełęczy. W chwilę później jestem na dole. Tu, na przełęczy czuje się potęgę masywu Moldoveanu-Vistea Mare. Szczyt tonie w chmurach, byłoby przykre, gdybym z czubka nie nie widział... Ale oto wiatr na moment rozgania chmury i widzę grupkę ludzi na szczycie. Widocznie też się cieszą, bo zaczynają krzyczeć. Refiugiu jest czyste i w dodatku... puste! No tak, ale jest dopiero 13.20! Za chwilę Moldoveanu i co robić z resztą dnia?! Czekać tu na chłopców z Warszawy, może czekać na dużą grupę z Warszawy? Mam dylemat, zwłaszcza, że ludzie, których tu spotykam mówią, że idą do cabany Podragu. Póki co wspinam się ostro w górę. Na szczycie Vistea Mare boczny, krótki bo 20-minutowy, szlak na Moldoveanu. Kto chce może zostawić tu plecaki. Chmur prawie już nie ma, wierzchołek Moldoveanu jest oddalony może o 100 metrów. Wydaje się, że to tylko krótki spacerek po grani... Rzeczywiście, po 15 minutach jestem na miejscu (14.30). Są tu także grupki Czechów i Niemców. Widzę autentyczną radość na ich twarzach, cieszą się, całują i wiwatują. Cieszę się i ja. Moldoveanu okazał się dla mnie dobry i łatwy. Wiem, że w gorszych warunkach byłoby inaczej. Robimy sobie zdjęcia pod flagą, dokładam złotówkę do stosu monet pod masztem. Podragu

Czas na mnie. Węgrzy, których zapytuję o Cabanę Podragu twierdzą, że dojdę za 1.5 h. Zapewniają, że tak jest, mimo że na tabliczce jest 4h. Jak się później okaże, po prostu skłamali. W żaden sposób nie da się dojść do cabany tak szybko. Ale tak już jest, zawsze się znajdą ludzie, których w górach być nie powinno. Tak, czy owak zbiegam ze stoku. Jest co prawda dopiero 14.50 ale już chciałbym się umyć, wysuszyć, położyć w łóżku, pogadać z ludźmi. Droga mi się dłuży, podchodzę pod Vf Cofabia, trawers w górę, trawers w dół. Wydaje mi się, że już już będzie zejście z głównego szlaku, miało być wszak 1.5h , a tu nic, kolejna grań, trawers, podejście... W końcu dochodzę wraz z grupą Rumunów do wyjątkowo zacisznego stoku, z oddali widzę jak z przełęczy wiatr dmucha chmury prawie pionowo w górę. To już tu - myślę. Ależ gdzie tam! Jeszcze jedna góra a nogi i plecy już tak bolą... O 18.00 stajemy przy odgałęzieniu szlaku do Podragu: "20 minut". Chmury odsłaniają na chwilę dolinę... Jest Cabana, ale.. przeraźliwie nisko! Więc jeszcze trochę wysiłku... Zmęczony, resztkami uwagi rejestruję ciekawe wzory na warstwowanych skałach - choć oczywiście nie tak pięknych jak te z Petry. Mijamy sympatyczne jeziorko Podragu i lawirujące między potężnymi głazami strumyki. Fogarasze: warstwowane skały koło Cab. Podragu

W schronisku - po europejsku - ładne drewniane pokoiki, prysznice z ciepłą wodą, wykafelkowane WC z sedesem... Ciepło i milutko.
Ech życie...! Przez moment się rozmarzyłem. W rzeczywistości Podragu to nora jakich mało. Kobieta prowadzi mnie do pokoju za 100.000 lei - dwupoziomowa prycza jak w łagrze - ile tu osób wejdzie - nie wiadomo, brud, smród i ubóstwo. Z kąta patrzą na mnie oczy jakiegoś zarośniętego, brudnego Cygana, pardon, Roma, jakaś parka leży w śpiworach... Uciekam do sali po 120.000 lei - niewiele lepiej choć przynajmniej każdy tu ma swoje łóżko :-) Wychodek - szkoda gadać. Błe...! Nawet woda w "umywalce" czy raczej zlewie - zdemontowana. Dobrze, że jest ciemno (prąd będzie później) i mam pusty żołądek.
W jadalni - jedynym ciepłym pomieszczeniu, zdecydowaną większość stanowią Rumuni - ci prawdziwi turyści (zarośnięci, z brudnymi włosami i w buciorach) oraz ci niedzielni (parki w eleganckich ciuchach z zapasem herbatników). Zamawiam groszek zielony z mięsem(?), chleb i herbatę (75.000). Zielony kolor groszek stracił gdzieś lub kiedyś, zajadam tę brunatną paciarę i... smakuje mi nawet.
Mimo wczesnej pory (20.00) idę spać. Budzi mnie w nocy niemiecka parka. Dlaczego ona tak ciężko oddycha? Hm, jej gorąco a ja tu marznę ;-)


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej