Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]
Nieudany autostop | Spacer po Debreczynie | Byle dalej, byle do granicy!
Siedzę teraz w autobusie relacji Miszkolc-Debreczyn (1.670 HUF, wiele kursów dziennie). Jest dopiero 10:00. Jestem zmęczony po nieprzespanej nocy i czuję się zirytowany Węgrami. Najpierw w Hidasnemeti zamiast poczekać na kolejny pociąg do Miszkolca – zostałem w pociągu "Sawa". Węgierski konduktor zaczął mi pokazywać tabelki z kilometrami i wysokimi cenami w euro. Straszne! Po co ja zostałem w tym pociągu? Mogłem przecież jechać osobowym do Miszkolca o 6:00... Pociąg jednak ruszył, trudno. Dałem Węgrowi na odczepnego 5 euro (bardzo dziękował) i pojechałem dalej.
W Miszkolcu kolejny problem: zamknięte w sobotni ranek kantory. Taksówkarze proponują 250 HUF/euro (chociaż nie znałem aktualnego kursu, wiedziałem, że to za mało). U przypadkowego klienta barze wymieniam 10 euro (2.700 HUF), wypytuję o trasę wylotową i idę dobre 45 minut poza miasto, by popróbować stopa przy wjeździe na autostradę. A raczej autostratę – bo przez dwie godziny bezskutecznie sterczę z kartonem w ręce. Nie jestem nawet pewien czy to najlepsze miejsce do łapania w kierunku Debreczyna. Jak niepyszny wracam autobusem miejskim do centrum. Tu już łatwiej. Połączeń z Debreczynem jest stąd dużo, kupuję bilet i najbliższe pół godziny relaksuję się na pobliskim bazarze ciesząc swe oczy kolorowymi dorodnymi paprykami, melonami i arbuzami.
W autobusie przysypiam, dziadek opowiada mi coś po węgiersku, oczywiście zgadzam się z nim we wszystkim ;-) Na dworcu dowiaduję się o połączenia z granicą – mam jechać do Nyirabrany o 14:30. Mam sporą przerwę, czas więc na program turystyczny. Centrum miasta jest kilometr dalej, szybki spacer po uliczkach, wzdłuż głównej arterii komunikacyjnej trochę reprezentacyjnych budynków ze sławnym hotelem "Aranybika" na czele. Zwiedzam kościół pod wezwaniem św. Anny z charakterystyczną białą basztą zamiast dzwonnicy i rzucam okiem na Wielki Kościół (Kalwiński).
Bocznymi uliczkami wracam na dworzec. Tu zmieniam swój plan podróży, jak się później okaże zbyt pochopnie: zamiast czekać na kurs do Nyirabrany wskakuję do odjeżdżającego akurat autobusu do Berettyoujfalu. Węgier, który mnie namówił na tę zamianę twierdził, że jest tam większe przejście graniczne. Rzeczywiście, w Artand jest główne przejście do Rumunii, tyle tylko, że Berettyoujfalu jest oddalone od niego o 25 km! Jestem już potwornie zmęczony, usiłowałem odespać noc w autobusie, ale jak tu usnąć, gdy ktoś obok głośno gada i to po węgiersku!
Póki co jestem dobrej myśli naiwnie sądząc, że za chwilę będę przekraczał granicę. Niedoczekanie moje! Pociąg do Oradei jest dopiero za pięć godzin (19:26) i kosztuje aż 3.030 HUF. Idę więc 2 kilometry dalej na rondo, by spróbować stopa. Mży, czasem popaduje. Totalne zadupie. Po dwóch godzinach machania poddaję się. Węgry nie nadają się na stopa. Trudno. Wracam na stację sądząc, że mam jeszcze dwie godziny czasu a tu... odjeżdża jakieś intercity. Krótkie pertraktacje z konduktorką i za 2.000 HUF jadę do granicy (chciała 5.000 HUF za bilet). Później w Biharkeresztes daję Rumunowi 1000 HUF za drogę do Oradei. Nie muszę chyba tłumaczyć, że nie mogę zaprezentować biletów w sieci, tak jak Cezary?
A propos sieciowych relacji: wielokrotnie przeczytałem i wydrukowałem sobie wspomnienia z 6 wyjazdów do Iranu po 2000 roku. Internet to jednak skarbnica wiedzy. Mam oczywiście ze sobą przewodnik Lonely Planet po Iranie (2004), ale lubię poznawać indywidualne opinie i doświadczenia innych.
W pociągu do Oradei rozmawiam z sympatycznym Rumunem, na miejscu kupuję leje (kantor naprzeciw dworca) i bilet z przesiadką w Braszowie (2 rapidy, 75 NOL, odjazd o 18:00). Jeszcze krótkie internetowanie się przy głównej ulicy przy dworcu i kolacja na peronie (żółty ser nie wytrzymał, pa, pa!). Noc upływa w półśnie.