Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Masuleh

niedziela, 27 VIII 2006


Pola ryżowe i plantacje herbaty? | Urocza wioska w górach | Dizi | Ach, ta mafia taksówkowa ;-)


Plantacja herbaty w drodze do Masuleh

Jarek idzie po śniadanie i doświadcza "dyskryminacji" w piekarni. Jako detalista musi odstać 25 minut w jednej z trzech kolejek: dla kobiet, dla mężczyzn i dla hurtowników. Przy śniadaniu niemal jednocześnie uświadamiamy sobie, że mamy w zapasie jeden dzień w Iranie. Ja optuję za Ardabil, zamkiem Babak a następnie Tabrizem. Jarek jest już zmęczony, ale z drugiej strony nie ma ochoty na dwa dni w okropnym Teheranie. A w Raszt ciężko byłoby wytrzymać jeszcze dwa dni. Po burzy mózgów postanawiamy dzisiejszy dzień przeznaczyć na wycieczkę do Masuleh zaś nazajutrz – rozdzielić się. Szczerze mówiąc mam średnią ochotę jeździć sam po Iranie, z Jarkiem dobrze mi się spędza czas. Ale do Teheranu już nie wrócę!
A zatem czas na Masuleh – tysiącletnią wioskę położoną na stokach górskich. To stosunkowo częsty cel trampingowców i miejscowych turystów, nie wypada go opuścić. Spodziewam się tam odpowiednika syryjskiej Maalouli, która mnie kiedyś tak zachwyciła. Jak będzie – zobaczymy. Podjeżdżamy miejskim autobusem do terminalu Yakhsazi i pakujemy się do minibusu do Fuman (1.500 IRR). Poznany Irańczyk prowadzi na szybkim krokiem przez całe miasteczko na jego północny kraniec. Ledwo mam czas zarejestrować w pamięci obecność na stoiskach miejscowej specjalności – klucheh fuman ciasteczek z nadzieniem orzechowym i ze wzorkiem. Na terminalu wskakujemy do kolejnego minibusu do Masuleh (2.500 IRR). Okolica robi się bardziej górzysta, na tarasach pola ryżowe, jest już po żniwach, na ściernisku zostały tylko krótkie miotełki. Nieco dalej – plantacje herbaty: przyjemnie jest popatrzeć na równe rządki krzewów herbacianych i powspominać zeszłoroczną wyprawę do Chin. Masuleh

Wjeżdżamy w coraz węższą dolinę, wśród pasażerów przeważają teraz miejscowi chłopi i babiny. Mężczyźni uśmiechają się do nas szeroko ukazując pozbawione połowy uzębienia szczęki... Ale oto i Masuleh – znacznie mniejszy niż Maaloula, ale rzeczywiście ładnie położony. Pomalowane w większości na żółto domy, murowane i drewniane poprzyczepiały się do stoku, piętrzą się aż prawie pod grań zbocza. Dachy ich domów są jednocześnie podwórkami domostw położonych wyżej. Między tymi domami skrył się niewielki meczet – z dwoma zielonymi minaretami. Nieliczni dziś wycieczkowicze rozłażą się po miejscowości, my idziemy do kilkumetrowego wodospadu – innej lokalnej atrakcji. Nic nadzwyczajnego, ale widok na wioskę z tego miejsca jest wspaniały. Ale jeszcze wspanialsze są góry wokół – wznoszą się na 2.500 metrów, wysoko ponad dolinę. Czuję się jak w Prioni, przed atakiem na Mitikas. Cóż – tym razem z wycieczki w góry muszę zrezygnować – mam tylko sandały.
Jarek jak zwykle przyciąga do siebie Irańczyków, rozmawiają intensywnie, ja mam czas na robienie zdjęć. Jesteśmy teraz w handlowej części Masuleh – uliczki są pełne sklepików z pamiątkami. Chętnie bym coś wybrał, na razie tylko testuję ceny. Jarek upatrzył sobie okrągłą haftowaną czapeczkę dla siostrzenicy, ja – łańcuszek ze złotymi monetami.
Masuleh "Jesteście Polakami?" – dobiega do nas zawołanie z tyłu. Piotrek z Warszawy podróżuje po Iranie solo, ale za to z namiotem, palmtopem, laptopem, bankiem 6 GB pamięci na zdjęcia, i bajerancką komórką, na której kolekcjonuje irańskie wideoklipy. Przyjemnie spędzamy czas rozmawiając na schodach czyjegoś domu. Później spacerujemy po uroczych uliczkach wypatrując interesujących elementów architektonicznych. Wszędzie ornamentowane drewniane okna, stare bramy z męskimi i żeńskimi kołatkami, balkoniki podtrzymywane rzeźbionymi dźwigarami... A wszystko ubarwione kwiatami na parapetach i w miniogródkach.

Piotrek namawia nas na dizi – irańską potrawę: gotowaną baraninę z fasolą. Zaleca wzięcie jednej porcji na dwóch. Ha ha! Może dla niego to za dużo, ale nie dla takich chłopów jak my! Dizi jest podawane tradycyjnie w glinianych garnuszkach. Irańczyk pokazuje nam, jak prawidłowo spożyć tę potrawę. Odlewa wywar z garnka do miseczki i wrzuca do niej kawałki chleba, który pęcznieje i tworzy papkę. Pozostałość w garnuszku – baraninę i fasolę (a w naszym przypadku – ciecierzycy) oraz ziemniaki należy ubić i utrzeć przy pomocy tłuczka. Kelner na szczęście odchodzi i nie muszę robić tych paciar – jem po swojemu. Do posiłku (17.000 IRR) biorę jogurt (mało a drogi, 5.000 IRR). W sumie – smaczne danie.
Dizi Pozostaje jeszcze zakup pamiątek. Narażam cierpliwość Jarka na szwank usiłując przekonać sprzedawców do moich cen. Tym razem się nie udaje zbić ceny, kupuję dla Sergiusza róg z dzwoneczkiem i koralikami. Jarek bierze czapeczkę. Do Fuman docieramy szybko minibusem, potem usiłujemy się dostać do terminalu autobusów do Raszt w miejscu, w którym wysiedliśmy.

Irańczycy wciąż pokazuję nam ten sam kierunek, lecz podają coraz dłuższe czasy dojścia do terminalu. Rozwściecza mnie przechodzący mężczyzna, który słysząc nasze pytania stwierdza "No minibus (to Rasht)". Skąd takie zachowania w nich? Czyżby brat-taksówkarz? Gdy kolejny Irańczyk mówi nam, że do terminalu jest 5 kilometrów, poddajemy się i bierzemy taksówkę. Po stu metrach mijamy dwa stojące przy krawężniku minibusy gotowe do odjazdu. Proszę kierowcę o zatrzymanie się, później wielokrotnie wołam "stop", drę się na niego, w końcu się zatrzymuje. Biegnę do busów, lecz te odjeżdżają do Rasztu, co potwierdza chłopak stojący na chodniku. Z pianą na ustach wracam do taksówki. Jedziemy na podmiejski terminal i już bez problemów wsiadamy do minibusu.
W drodze do hotelu po raz kolejny doświadczamy promiennych uśmiechów ślicznych Iranek. Uśmiechamy się i my. O tym, że jednak nie można przesadzać przekonał się Jarek, gdy po kilkukrotnym pomachaniu do studentek w autobusie dostał ostrzeżenie od towarzyszącego im Irańczyka, że go zastrzeli.
W hotelu naprawiam dziurkę w rozdartych spodniach – trochę przeszkadzała Jarkowi. Dostajemy wrzątek i raczymy się kawą i kupionymi w Fuman ciasteczkami z pysznym nadzieniem.
Masuleh
Masuleh
Masuleh
Masuleh
Masuleh
Masuleh
Masuleh
Masuleh

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej