Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]
Kłócę się o wizę | Mahdi opowiada mi o Azerach
O trzeciej jesteśmy na granicy. Mijam kłębiących się Irańczyków, przykładam swój paszport do szyby urzędnika, ten natychmiast zapomina o stojących w kolejce tubylcach, stempel ciach! i po minucie odprawa skończona. Niestety, do 5:00 muszę czekać, aż nasz autobus wypełni się resztą pasażerów. Po stronie tureckiej to raczej ze mną są kłopoty. Chłopak w kantorku sprzedającym wizy chce mi dać wizę za 15 USD, a ja chcę inną, jednokrotną za 10 USD. Kłócimy się przez godzinę, chłopak sprowadza swego ojca, którego właściwie zastępuje w pracy. Tłumaczę wszystko od początku. Facet pokazuje mi tabelkę a ja mu wizę kupioną trzy tygodnie wcześniej na przejściu bułgarskim. Wrrr!... Powinienem był kupić wtedy wizę wielokrotną, za 15 USD, tak byłoby najtaniej. Ustępuję, przecież autobus czeka. Trudno. Na pocieszenie mam widok majestatycznego Araratu wyłaniający się o świcie z nocnej mgły.
Irańczyk, który siedzi obok mnie jest właściwie Azerem. Podkreśla inność swej kultury; Azerowie stanowią wcale znaczną mniejszość narodową – jest ich tu 25%. Mówi, że jego nacja jest gnębiona przez Persów, nie mogą używać w szkole swego języka, nie mają swej telewizji, zasięg gazet jest ograniczony. Jedzie teraz do Ankary, gdzie od pewnego czasu studiuje marketing i reklamę. Jestem zbyt zmęczony, by podtrzymywać dziś dialog. Mahdi zasypia, ja tylko drzemię.
Podczas południowego postoju spotykam... tak, oczywiście: Beatę i Piotrka! Mają za sobą dodatkowe 10 godzin jazdy z Teheranu. Z Tabas pojechali nad Morze Kaspijskie, byli w Masuleh. Będę ich spotykał na prawie wszystkich postojach. Beata jest już bez chusty i coraz bardziej się obnaża.
Żałuję, że nie mam mapy Turcji. Nazwy mijanych miejscowości niewiele mi mówią, a drogowskazów podających odległość od Ankary lub Stambułu, jak na złość, nie ma. Cóż mogę powiedzieć o kolejnych godzinach? Nuda. Przypominam sobie o zmianie czasu i przestawiam natychmiast zegarek o pół godziny do tyłu. Wieczór zapada, a Ankary jak nie ma tak nie ma. Widocznie źle zrozumiałem mojego Azera.
Kurdystan. Piękny, biedny kraj. Kopce suszącego się przy domach nawozu, skaliste bezdrzewne góry i posterunki wojskowe. Te ostatnie na szczęście nieliczne.