Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6-7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-27] [28-29]

Jemaa el Fna: podoba mi się! | "Chujowy ten meczet" | Idę do fryzjera|Jemaa el Fna: chcę tu zostać!
Wysiadamy pod meczetem Kotubia a następnie szybkim krokiem przechodzimy na plac Jemaa el Fna. Jest olbrzymi i dokładnie taki jak w przewodnikach i relacjach. Żyje autonomicznym życiem. Centralnie umieszczony bazar na placu skrywa dziesiątki jeśli nie setki sklepików niewiarygodnie wprost stłoczonych. Mimo wczesnej – bo popołudniowej pory – na placu są tłumy. Wokół zaklinaczy wężów grupują się kółeczka ciekawskich a pomagierzy zaklinaczy wyszukują turystów, by zarzucić im mniej drapieżnego od kobry węża. To nic nie kosztuje, można sobie zrobić fotografię. Dopiero za usunięcie węża trzeba zapłacić... Pomagierzy są bardzo czujni i nie pozwalają mi na zrobienie gratisowego zdjęcia zestresowanej ruchami fujarki (bo przecież nie jej przeraźliwym dźwiękiem) kobry. Pomiędzy "fakirami" przechadzają się barwnie ubrani roznosiciele wody. Woda przechowywana jest w przewieszonych na ramieniu bukłakach z koziej skóry i serwowana w metalowych miseczkach. Hm, nie wiem czy ktoś by się skusił na tak wyszukaną mieszankę marokańskich bakterii... Kogóż tu jeszcze na tym placu nie ma... Są Arabki malujące tatuaże na dłoniach, ramionach lub innych członkach ciała... Pełny katalog wzorków w albumie... Po półgodzinie naniesiona na skórę pasta odpada i pozostaje brązowy ornament...
Czas na zakup znaczków (po 6.5 DH) i internet. W małej grupie (Ewa & Adam, Aśka, ja) szukamy cyber-cafe. Ewa niespodziewanie wybucha płaczem. Ma dość tego miasta. Odpoczywamy w parku. Podobno za szybko chodzę. Pamiętacie moje pierwsze zetknięcie z miastem arabskim w Aleppo? No, ale to przemykanie i kluczenie między uliczkami mi się podobało... Idę z Aśką na internet (5 DH/30 min), chwilę siedzimy w kawiarence przy coli, i wracamy pod meczet. Szymon opowiada o historii miasta i meczetu opisując walory tego ostatniego ale Jasiu ripostuje stwierdzając "Chujowy ten meczet" i symulując stosunek z zabytkowym murem miejskim. Spacer wzdłuż murów miejskich pod bramę (zapomniałem nazwy) z dyżurnym żebrakiem. Jacy oni są fotogeniczni...! Jeszcze trochę marokańskiej historii – groby Saadytów. Zaglądamy do kilku mrocznych sal z regularnie ustawionymi i jednakowymi w kształcie marmurowymi nagrobkami. Przepiękne sklepienia. Na Allaha, ileż tu było roboty, ile trzeba było cierpliwości i precyzji... Dalej, w ogrodach dwie ozdobne, XVI wieczne bramy. Chwila wytchnienia w cieniu cedrów. Tak, tych 10 DH zdecydowanie nie było zmarnowanych .
Teraz znów wąskie uliczki mediny. Dopiero tu widać, że nazwa "różowego miasta" jest zasłużona – ściany domów są pomalowane różnymi odcieniami wrzosu, różu i łososia. Gdyby jeszcze mieszkańcy pozamiatali najbliższe otoczenie i posprzątali śmieci, byłoby to całkiem przyjemne miasto. Mijam kilka "złotych" sklepów – pierwszych jakie widzę w Maroku ze złotą biżuterią – staram się zapamiętać dalszą drogę, by ewentualnie tu wrócić w poszukiwaniu kolczyków. Dochodzimy do muzeum Dar el Bacha w pałacu paszy Moulaya Youssefa. Co za pech ;-) – jest zamknięte.
Wracamy do Jemaa el Fna i tu się rozstaję z grupą. "Czas wolny" wykorzystuję na kolejny obchód placu – pojawiły się dodatkowe, wątpliwe wg mnie, atrakcje – walki bokserskie 5-7-letnich chłopców. Podejmuję ryzyko – kupuję sok pomarańczowy za 2 DH i idę z nową amebą do właśnie odkrytych tuż przy placu sklepików ze złotem. Efektem piętnastominutowego namysłu jest zakup małych kolczyków z cyrkonianowym oczkiem i półksiężycem. Cena... umiarkowana. Zadowolony postanawiam zadbać o siebie – zapuszczam się znów w uliczki mediny i uzgodniwszy z marakeskim golibrodą cenę zasiadam na fryzjerskim fotelu. Arab natłuszcza czy zwilża mi czymś włosy i chwyta za nożyce – zapewnia mnie o bezpieczeństwie tych zabiegów pokazując fotografię Belga, który tu się strzygł i jak widać przeżył. Niezbyt dobrze szło dziadkowi, przyzwyczajony widać do strzyżenia tuż przy skórze ale nie mogłem już chodzić z tak długimi włosami.
W powrotnej drodze spotykam Asię i ciąg dalszy wieczora spędzamy razem. Jemaa el Fna wygląda teraz niesamowicie: cały spowity dymami z setek palenisk z rozłożonych straganów-minibarów "pod chmurką". Za kilkadziesiąt dirhamów można dostać posiłek złożony z ryżu, sałatek, oliwek, jakiegoś mięska, lub mięczaków itp. Tłumy jeszcze większe niż popołudniu – trzeba się wprost przeciskać. Pojawili się "wędkarze" starający się zarzucić przyczepione do wędki kółko na jedną z kilkudziesięciu butelek coca-coli. Wciąż słychać dudnienie bębniarzy i jazgot różnej muzyki. To naprawdę niezapomniane przeżycie. |
|
|