Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30]


Hamadan - Khorramabad

czwartek, 10. VIII 2006


Pod pomnikiem Azadi |Surowe krajobrazy Lorestanu |Wrrrr, złoszczę się! |Nocna jazda autobusem


Azadi

Siedzę teraz w chłodnym wnętrzu gigantycznego terminalu West Bus Stadion. Ruch i hałas jest tu ledwie do wytrzymania. Naganiacze krążą po dworcu i monotonnym głosem wykrzykują kierunki kursów i marki autobusów. Albo coś jeszcze, ale - sorry - nie rozumiem. Można by pomyśleć: po cholerę tak krzyczą, przecież każdy może podejść do wybranego przez siebie okienka i kupić bilet. Widocznie jednak chodzi o zakrzyczenie konkurencji.
Przyjechałem tu metrem do stacji Azadi, przeszedłem kilkaset metrów w stronę dworca Zachodniego i... poddałem się. Wrrr... te upały są naprawdę nieznośne! Kilka przystanków autobusem i byłem na dworcu. No, prawie! By dostać się do kas, trzeba przedrzeć się przez terminal autobusów miejskich i podmiejskich, minąć rozległe parkingi i wspiąć się po schodach do nowoczesnego budynku dworcowego. Naganiacz doprowadził mnie do okienka, gdzie zaproponowano mi Hamadan za 30.000 IRR. "Bus very good, volvo"- podziękowałem uprzejmie. W kooperatywie Asoleh Safar Co. Ltd. pan chciał mi sprzedać bilet na mercedesa za... 26.000 IRR Musiałem użyć poważnego argumentu, czyli cennika z Lonely Planet. Cena natychmiast spadła do 16.000 IRR To już do przyjęcia: za 6 godzin jazdy płacę 5 zł. Zostawiłem plecak u gościa i poszedłem zrobić zdjęcia przez pomnikiem Azadi. W końcu to symbol Teheranu. Na marginesie - sympatycznie wyglądają podziemne fontanny w przejściach dla pieszych wokół Azadi Monument. Taki krótki spacer pod pomnik i z powrotem może oślepić człowieka. Pal sześć upał, prawie się nie pocę, ale przy tej temperaturze natychmiast wysychają spojówki, oczy pieką jak diabli, jestem wpół ociemniały.
Lorestan

No dobrze, jest 10.15, lekkie opóźnienie, ruszamy do Hamadanu. Pierwszą godzinę spędzamy jednak w... Teheranie. Ja wiem, duże miasto. Wszędzie korki. Niestety nie jedziemy najkrótszą drogą, lecz autostradą do Qazvinu. Chłopak, który się do mnie dosiadł, twierdzi, że na miejscu będziemy o 17.00. Hm, będę miał mało czasu na zwiedzanie Hamadanu. Pewnie, że są tam jakieś hotele, od biedy mógłbym nawet wybrać się nazajutrz rano na wycieczkę do grot Abu Sahr. To prawda, ale wolałbym najpierw dostać się do celu, zobaczyć ziggurat, a później pozwolić sobie na zwiedzanie zachodniego Iranu w oczekiwaniu na przyjazd Jarka.
To, co widzimy za oknami to Lorestan - kraj surowej przyrody i półdzikich plemion ;-) Początkowo droga prowadzi równiną, potem pokonujemy coraz wyższe przełęcze. Z niepokojem obserwuję wyprzedzające nas samochody, ale i zwykłe ciężarówki i tiry. Widać, że mercedes (czy benz, jak inni tu mówią) nie jest przystosowany do górskich tras. Gdy przy kolejnym podjeździe silnik zaczyna ryczeć, a maszyna stoi prawie w miejscu, oburzenie zaczyna się udzielać innym pasażerom: ostro wygarniają kierowcy swe pretensje.

Słońce ostro świeci, rzecz jasna nie ma klimatyzacji, dobrze, że chłopak roznosi ochłodzoną wodę. Nasze opóźnienia narasta, wiem, że już nie zdążę zwiedzić Hamadanu. Trudno. Na domiar złego kierowca nie wjeżdża do miasta, lecz przystaje na obwodnicy, doprowadzając do wściekłości podróżnych wysiadających w Hamadanie. "Mój" chłopak zabiera mnie do okazji, jedziemy ze dwa kilometry do terminalu. Nic nie płacę.
Lorestan W kasie wykłócam się znów o mercedesa. Czy oni zawsze muszą najpierw proponować volvo? Płacę 27.000 IRR za bilet do Ahvazu, dopiero dzień później zauważę, że na bilecie jest cena 26.000 IRR. Boże, jak ich trzeba pilnować na każdym kroku! Czy my też w Polsce oszukujemy i naciągamy Murzynów?
Wyjechaliśmy z Hamadanu tłocząc się najpierw w korkach - dziś zaczął się ich weekend, trwają więc imprezy pod miastem. Facet, którego posadzili koło mnie, uciekł po chwili do tyłu pojazdu. No chyba aż tak nie śmierdzę?! W każdym razie mam dwa miejsca dla siebie. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że kierujemy się na północny wschód. A Ahwaz leży na południe! Drogowskazy pokazują kolejne miasta leżące na południe od Hamadanu, chłopak obok potwierdza, że jedziemy do Ahwazu, tylko słońce świeci mi po niewłaściwej stronie. Trudno, muszę się pogodzić z tym, że słońce zachodzi tu na wschodzie...
W pół godziny później wszystko wraca do normy, słońce i miejscowości na właściwe miejsca, a ja pogrążam się w przerywanych gwałtownymi hamowaniami drzemkach.

Towarzystwo w autobusie jest jak zawsze mieszane. Począwszy od brzydkich staruszek przytrzymujących sobie zębami skrawek ulatującego na wietrze czadoru, przez wielkookie, czarnookie i wymalowane piękności, a skończywszy na podlotkach demonstrujących swój bunt młodzieńczy lub tylko modę poprzez podwiniecie nogawek dżinsów tak, by prawie było widać kostkę. Są tu starsi panowie i młody żołnierz (albo i nie żołnierz, mundurowych tu od czorta!). Kilku podrostków. Albo i wyrostków. Siedzi taki koło mnie, dziwaczny, z długimi włosami, z niebiesko-szarymi tatuażami na ramionach I LOVE YOU FO.... Najśmieszniejsze jest to, że właśnie ten młodzian wysiada tam, gdzie ja - w Shush, to z nim odbędę nocny spacer z autostrady do centrum. Hm...
Świt w Shush Od momentu, gdy powiedziałem kierowcy, gdzie wysiadam, Irańczycy zaczęli mnie wypytywać skąd jestem, dokąd jadę itd. Przyjemnym zaskoczeniem jest znajomość nazwy "Kraków" u jednego z nich. Inny dopytuje mnie o stosunki polsko-niemieckie. Godne uwagi.
Dobrze, że mam dwa miejsca do dyspozycji; dziś spędzę 18 godzin w autobusie! W Chinach jechałem i dłużej, ale były to miejsca leżące. Mimo zapadających ciemności, widzę, że kraj, przez który jedziemy jest piękny, choć pusty. Zmęczenie bierze górę nad ciekawością. Przysypiam.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej